Relacje


powrót »

Radlin 14 grudzień 2007, rozmowa z księdzem Antonim Stych

Buntowałem się jeszcze zanim zostałem księdzem, już w liceum. Uczyłem się w dzielnicy Rudy Śląskiej. Ja i moja klasa strajkowaliśmy, spaliliśmy sztandar partyjny na boisku i legitymacje PZPR. Zamknęliśmy dyrektorkę w klasie, a sami urządziliśmy manifest. To był 1956 rok. Cała klasa była przesłuchiwana. Dyrektor wyleciał przeze mnie z funkcji.

Zanim zaczęła się działalność opozycyjna „Solidarności” pracowałem w Chorzowie. Pamiętam, że tam już w 1963 roku działała grupa oporu, która organizowała walki publiczne. Należeli do niej studenci. Opiekowałem się nimi. Walczyli o wolność, buntowali się przeciwko komunie. Nie działali przy kościele, ale za to silnie stawiali opór. Wszedłem w to grono. Jednostki akademickie działały wówczas w większych miastach akademickich, ale w miejscach swojego zamieszkania też chcieli walczyć.

Kościół „Na Górce” był dla komunistów bombą, która w każdej chwili mogła wybuchnąć. Zacząłem tam budowę kościoła, do której zaangażowałem miedzy innymi księdza Czarneckiego i księdza proboszcza Podleskiego, który rozruszał całą batalię księży, walczących o ten kościół\. W 1975 roku górnicy w Piekarach na Pielgrzymce upomnieli się w otwartym proteście, o budowę kościoła w Jastrzębiu Zdroju. Dotarło to do wojewody, który 26 sierpnia 1975 roku wydał oficjalne pozwolenie na budowę, która musiała być wykonana w przeciągu dwóch lat, wedle ustalonego z góry terminu. Ale od sierpnia do lutego nie poczyniono z budową nic. Zacząłem więc swoją posługę, jako budowniczy kościoła. Biskup podkreślił, że nie można utracić szansy i zaprzepaścić takiej walki o kościół. Obiecałem mu, że będę prowadził budowę po wojskowemu. Jedynie projekt był zatwierdzony i gotowy do realizacji. Miejsce nie było najkorzystniejsze, a w momencie, kiedy ja wziąłem je pod opiekę pasły się na tym gruncie barany.

Do Jastrzębia dotarłem w lutym 1975 roku. Był tam ksiądz Górnik, ale nie poczynił większych postępów w budowie. Do końca wyznaczonego terminu zostało zaledwie 1,5 roku, a nadal nie ruszyła. W ostateczności został dekretem przeniesiony do Kamienia, gdzie ja miałem pełnić posługę, a ja zostałem przydział do Jastrzębia Zdroju. Zimą w miejscu, gdzie powbijane były paliki, zaznaczające teren budowy odbyła się msza. Już w 1977 roku, kiedy przyjechała kontrola, stała większa część kościoła i rozpoczęta była budowa pierwszego piętra parafii. Umowa obejmowała punkt zerowy, czyli wyjście z ziemi, a my mieliśmy zrobione znacznie ponad to. Dowiedziałem się wtedy, że ubecy notują moje działania i cały czas obserwują moją pracę, jak też postępy w budowie.

Na fundamenty weszło 960 ton cementu, już samo załatwienie tego graniczyło z cudem. Zdobywanie materiałów, poszukiwanie transportu – wszystko było rudne. Trzeba wspomnieć o społeczności jastrzębskiej, która zaczęła się konsolidować wokół tej budowy. Musiałem to pielęgnować, dlatego przez trzy lata trwania budowy nie użyłem ani jednego słowa śląskiego. Pilnowałem się, żeby ta zbieranina mieszkańców z całej Polski miała wspólny cel i chęci do współpracy. Rzeczywiście udało się to i nie można umniejszać roli jastrzębia, którzy w czynie społecznym zrobili bardzo dużo. Proboszczem na św. Katarzyny był prałat Czarnecki.

W 1978 roku rozpoczęły się pierwsze, ciche protesty w Jastrzębiu. Spotykaliśmy się w takiej szopie z działaczami, na pierwszych „katechezach do strajku”. Tłumaczyłem ludziom, że przyjechali do Jastrzębia, aby mieć mieszkanie, chleb i utrzymanie, ale też po to, żeby walczyć o swoje prawa. Odwoływałem się do bohaterów II Wojny Światowej, którzy oddali krew za nasz kraj. Mówiłem ludziom, że już nie są mieszkańcami Mazur, czy Pomorza, ale obywatelami Śląska i Jastrzębia. Tutaj nie było Boga, ale zrobiłem wszystko, aby się narodziła znów kultura chrześcijaństwa.

Pierwsze spotkania katechetyczne, organizowane w szopie były takimi momentami nie tylko do zaszczepienia wiary, ale też zagrzewania mieszkańców do samodzielnego myślenia i podejmowania odważnych decyzji. Tak, można powiedzieć, że byłem budowniczym i buntownikiem. Wręcz namawiałem ludzi do pomocy przy budowie kościoła, bardzo brutalnie powtarzałem, że nie tylko kopalnia się liczy w życiu. Cały czas mieszkańcom to przypominałem. Ksiądz prałat Czarnecki też pociągał ludzi do walki o wolność.

Po katechezach ludzie pomagali mi rozładowywać transport materiałów budowlanych z samochodów i przy budowie. Trzeba powiedzieć, że bez przerwy był atak na nas, jako twórców kościoła, ze strony komunistów. Wymyślali wszystko, żeby nam utrudnić prace. Jednak nie wybudowałbym kościoła całego w pięć lat, gdyby nie milicja… Oni wozili mi żwir, załatwiali „na lewo”. Przyszli do mnie i powiedzieli, że też są mieszkańcami Jastrzębia, ale z racji pełnionych obowiązków nie mogą się tak osobiście angażować. Za to postanowili mi pomóc, załatwiając materiały.

Na dużą skalę wszystko rozpoczęło się w 1980 roku. Górnicy przyszli wtedy do kościoła „Na Górkę”, prosząc o msze na kopalniach. To był okres, kiedy na KWK „Borynia” odprawiałem mszę codziennie, na KWK „Manifeście Lipcowym” też czasami, na „Szybach Zachodnich”. Na KWK „Moszczenicy” ratowałem nawet strajk w 1980 roku. Zdyscyplinowałem dwóch innych księży, którzy tam ze mną spowiadali. Wygłosiłem dość mocną mowę, mówiąc: „Obcokrajowiec nie będzie nami rządził. Chociaż ukradł nam zasługi wojenne, to wolności nam nie odbierze”. Musiałem być twardy, bo ludzie chcieli uciekać, na początku nie zmierzało to w dobrym kierunku. Pokazałem, że ich wesprę jak tylko potrafię i silnie przy nich stanę. Byłem takim wsparciem duchowym, jakiego akurat im było potrzeba.

Po zakończeniu strajków w 1980 roku odprawiłem w kościele „Na Górce” mszę dziękczynną dla górników. Potem powstała tam pierwsza siedziba MKR. Byłem już w tym czasie przeniesiony do Radlina, ponieważ w Jastrzębiu mogło mnie spotkać coś złego. Wiem, że biskup Bednorz w 1981 roku, przed stanem wojennym był już represjonowany – ktoś przeciął mu opony w samochodzie. Sprawca został spłoszony. Podczas ucieczki wypadły mu dwie taśmy, na których nagrane były msze: moja i księdza Bednorza. Wtedy biskup zaczął się zastanawiać, czy w tym momencie coś mi nie grozi. Jak mówiłem - ja byłem dość stanowczy i nie odpuszczałem. Przez cały okres powstania „Solidarności” aktywnie z nimi współpracowałem. Mało tego – byłem w zarządzie MKR i rozszyfrowałem Sienkiewicza. Od razu założyłem, że on był konspirantem. Nawet założyłem się z biskupem, że to jest ubek. Wiedziałem, że to wyjdzie prędzej, czy później na jaw. Przekazywał na bieżąco informacje. Ciężko to było udowodnić, ale postanowiłem zorganizować prowokację – śledziliśmy go i wyszło na jaw, że jeździ przed spotkaniami z „Solidarnością” w Katowicach do siedziby PZPR.

Po przeniesieniu do Radlina na parafię pw. Świętej Magdaleny w stanie wojennym nie przestałem działać. Przede wszystkim u mnie na probostwie ukrywali się różni uciekinierzy. Z ich powodu musiałem zmienić wikarego, który wciąż wypytywał się o to, kto u nas na okrągło nocuje. Ukrywałem Michnika, Bujaka, a z jastrzębskiej „Solidarności” Jedynaka, a także innych działaczy. Załatwiałem pierwszy kongres „Solidarności” w Tarnowskich Górach u moich znajomych, przy parafii pw. Piotra i Pawła. To było w 1982 roku.
W kościele w Radlinie stworzyłem punkt kolportażowy. Materiały prasy podziemnej szły do: Wodzisławia Śląskiego, Rybnika i Radoszowa. Nie chciałem drukowania, bo wiedziałem, że wpadlibyśmy. Ja dostawałem materiały od księdza Białasa, a potem sam kolportowałem lub dawałem innym do rozniesienia. Miałem czterokrotnie rewizję w stanie wojennym na probostwie. Nie miałem przepustki i nielegalnie przebywałem w Radlinie, miałem być gdzie indziej. Przecież w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 przyjechali po mnie, żeby mnie internować. Wtedy nie było jeszcze probostwa, więc mieszkałem w piwnicy, w domu u sióstr. Akurat w tym dniu od 21.00 do 5.00 było czuwanie nocne. Nie wyszedłem przez całą noc z kościoła. Chyba to była opatrzność Boska, ponieważ w ten sposób uniknąłem internowania. Chcieli mnie wyciągnąć z kościoła, podpalając stemple w oknie. Ale ja nie wyszedłem, zgasili to ludzie. Uparłem się, może ryzykowałem podpaleniem całego budynku… ale uparłem się. Kiedy po tych wydarzeniach odpoczywałem, usłyszałem, że właśnie ogłoszono stan wojenny. Zmieniłem szybko kazanie na niedzielę i przygotowałem je w innym duchu. „My Polacy jesteśmy ciągle prześladowani i gnębieni, ale zawsze w inny sposób (…). A teraz syn narodu, noszący godło polskie na swojej czapce zaprzeczył i wprowadził stan wojenny. Dlatego, przypomnijcie to sobie: ciężko będzie mu odejść z tej Ziemi, naród mu tego nie podaruje. Spod „czerwonej bandy” my się musimy wydostać” – tak powiedziałem do wiernych. Podkreśliłem, że wszyscy obcokrajowcy, którzy u nas mieszkają muszą szanować polskość. Na tej mszy był komisarz, który tego wysłuchał. Po latach dowiedziałem się, że miałem być wywieziony do Rybnika, a dalej do Ułańska. Powodem takich represji była cała moja działalność: katechezy patriotyczne, budowanie kościoła, udział w organizacji „Solidarności”, odważne kazania, nawołujące do walki o wolność.

Kiedy poszedłem po przepustkę do komisarza w lutym nie uzyskałem jej. Ale byłem gotów się poświęcić, jak mój ojciec, który był weteranem wojennym, więzionym przez Rosjan. Ja także byłem represjonowany – wzywano mnie do Wodzisławia na przesłuchania. Każdo z nich trwało po kilka godzin. Próbowali ode mnie wyciągnąć informację, gdzie są akta pierwszych komitetów zakładowych z całego regionu, aż pod Zieloną Górę. Przewiozłem je z Jastrzębia (dopiero niedawno upomniano się o nie). Ukrywałem je w „wędzoku”: rozkleiłem wszystkie kartki po ścianach, spaliłem dwa kilogramy słoniny, żeby pozostał zapach, że się wędziło. Potem wziąłem kilo sadzy i natarłem nią papier, dzięki czemu nie można było odkryć, że na ścianie są te dokumenty, a słonina spowodowała, że kartki zakonserwowały się, a nie zniszczyły. Po stanie wojennym, jeszcze przez kilka lat nikogo to nie interesowało. Działacze „Solidarności” nie chcieli ich odzyskać, więc w złości spaliłem te dokumenty. Naprawdę wiele poświęcenia kosztowało mnie, by w czasie rewizji ich nie znaleziono, bo na szczęście nikt ścian nie dotykał, a za to nikt się potem nimi nie interesował.

Ksiądz Bolesław Kopiec, który posługiwał na Wilchwach też miał być internowany. Przyjechano po niego, dzielnie wyszedł do zomowców i powiedział, że chce się przebrać. Wyszedł w mundurze w stopniu kapitana. Zapytał się, kto jest wyższy rangą od niego. Nie było nikogo, więc nie mogli go aresztować. On nawet nie zdradził tego parafianom, ale mi wyznał, bo trzymaliśmy się razem. Był tak samo walczącym księdzem.

Na początku „Solidarności” śląskiej działalność kapłańska była bardzo silnym czynnikiem. Księżą zadawali trudne pytania, zmuszali do myślenia, nie bali się trudnych tematów. Byliśmy też niejednokrotnie wsparciem dla ludzi, których chciano pozbawić Boga, ubezwłasnowolnić. Uważam, że działalność księży „Na Górce” uratowała Jastrzębie. Tutaj z założenia wysyłano orłów nie tylko posiadających wiedzę, ale twardo wierzących w wolność człowieka. „Na Górce” wszyscy byli nastawieni antykomunistycznie, wszyscy zaszczepiali duch patriotyzmu. Mój opór zawdzięczam tacie, który przekazał mi go w genach.
 




Ks. Antoni Stych
powrót »