Relacje


powrót »
Jesteśmy dumni z naszej działalności

Moja rodzina pochodzi ze wschodu Polski, spod Tarnowa. Po II Wojnie Światowej przeprowadziliśmy się na Ziemie Odzyskane, pod Głuchołazy. Pochodzę z wielodzietnej rodziny, bo posiadam jeszcze ośmioro rodzeństwa. Moja mama zmarła w 1955 roku, a ojciec, no cóż, opuścił nas. Ale pamiętam, że jak jeszcze był z nami to opowiadał, że jego brat zginął we Francji służąc w armii gen. Maczka, a część mężczyzn z naszej rodziny spoczywa pod Tarnowem, gdzie również polegli w czasie II Wojny Światowej. Tak, że jakoś nasiąkałem tym patriotyzmem od małego.
Troje najstarszego rodzeństwa było już samodzielne, a nasza najmłodsza szóstka trafiła do Domu Dziecka w Krowiarkach. Z tego okresu pamiętam taką historię. Miałem tam w sierocińcu starszego kolegę. Był Rosjaninem. Po wychowawczyni otrzymał nazwisko Gruszczyński. No i po dwudziestu latach jego rodzonej matce z Rosji udało się go odnaleźć, a udało jej się to tylko dlatego, że pamiętała jego numer obozowy, bo on trafił do sierocińca z obozu w Oświęcimiu. Na kanwie tej historii nakręcono potem film pt. „Zapamiętaj imię swoje”. Ze względu na postępującą ruinę sierocińca w Krowiarkach przeniesiono nas do Domu Dziecka w Paczkowie i tam już przebywaliśmy do usamodzielnienia. Ja opuściłem Dom Dziecka w 1966 roku. Od zawsze przejawiałem uzdolnienia plastyczne, ale tak mi się życie poukładało, że żadnej szkoły w tym kierunku nie ukończyłem. Zostałem plastykiem samoukiem. Muszę powiedzieć, że chociaż dzieciństwo miałem niełatwe, to jednak tak w ogóle nie narzekam. Jakoś wyszedłem na ludzi. Całe moje rodzeństwo rozjechało się po Polsce i poukładało sobie życie.
Poznałem żonę, wzięliśmy ślub, urodziło nam się dziecko i chociaż w moim poprzednim miejscu zamieszkania miałem całkiem niezłą pracę, to jednak trzeba było szukać własnego kąta, własnego mieszkania. Właśnie dlatego w 1974 roku całą rodzina przenieśliśmy się na Śląsk, do Jastrzębia. Podjąłem prace na KWK Borynia.
Człowiek był wtedy młody, energiczny, ale obserwował to życie. A wokół była bieda i szarzyzna. Stanie w całonocnych kolejkach za najpotrzebniejszymi, za najbardziej elementarnymi produktami, to było bardzo upokarzające. Oczekiwało się i chciało się zmian na lepsze. I jeszcze na dodatek to haniebne kuszenie ludzi do pracy lepszymi zarobkami za pracę w soboty i w niedzielę. Przecież oni przerabiali nas na niewolników. Nie chciałem w tym brać udziału i nie brałem. Zawsze i wszędzie są ludzie, którzy od doraźnych korzyści bardziej cenią sobie swoja godność. Oczywiście dzięki takim poczynaniom władz, cała reszta Polski patrzyła na Śląsk i na górników „wilkiem”. W związku z tym w momencie wybuchów strajków w sierpniu 1980 roku od razu przyłączyłem się do protestu. Nie byłem nikim ważnym. Byłem jednym z wielu, ale faktem jest, że ten okres względniej wolności, ten karnawał Solidarności to coś, czego nie zapomnę do końca życia.
W zasadzie, to że władza odpowie siłą na działania Solidarności było do przewidzenia już od wiosny 1981 roku. Przecież wtedy jeszcze „komuna” trzymała się mocno. Ale tak czy inaczej, sam fakt wprowadzenia w kraju stanu wojennego, był dla ludzi wydarzeniem szokującym. Wiele osób pytało: Co się stało? Czy ktoś na nas napadł? Tak; od razu się okazało, że Jaruzelski na nas napadł. Trudno zapomnieć te pacyfikacje, to strzelanie do bezbronnych robotników, te masowe aresztowania i cały ten komunistyczny zamordyzm.
Poczuliśmy wtedy, razem z żoną taką wewnętrzną mobilizację. Zaczęliśmy od pomocy internowanym i aresztowanym kolegom. Przygotowywaliśmy, dla nich i ich rodzin paczki żywnościowe, nie czekając na towary z zachodu. Po prostu kupowaliśmy ze swoich kartek żywnościowych, co się dało kupić i dzieliliśmy się tym z biedniejszymi i bardziej potrzebującymi od nas. Taki zwykły ludzki odruch.
Ponieważ wielu moich znajomych z opozycji wiedziało o moich zdolnościach plastycznych, więc zaczęto wykorzystywać je w pracy związkowej.
Mieliśmy duże mieszkanie w Żorach, więc warunki do roboty antykomunistycznej były całkiem dobre. I tak powoli nawet nie zorientowaliśmy się kiedy nasze mieszkanie zamieniło się w lokal konspiracyjny. Zaczęliśmy drukować ulotki, potem z górnych pięter budynków rozrzucaliśmy je po całym osiedlu. Zresztą dostarczałem je również na kopalnię.
W tym mniej więcej okresie przez Andrzeja Andrzejczaka poznałem Józefa Grembowskiego i zetknąłem się z działalnością KPN. Jak wspomniałem ze względu na swoje zdolności plastyczne zlecano mi wykonywanie przeróżnych transparentów. Do dzisiaj rozpoznaję „moje” transparenty na zdjęciach z pielgrzymek, manifestacji, wieców i innych opozycyjnych imprez z tamtych czasów.
Nasze mieszkanie służyło nie tylko za drukarnie, ale również jako miejsce spotkań działaczy opozycyjnych i do dzisiaj dziwię się, że przez te wszystkie lata nie mieliśmy ani jednej wpadki. To dziwne, że SB nas nie namierzyło. No, widocznie mieliśmy takie szczęście.
W okresie stanu wojennego i tuż po nim zajmowałem się drukiem bibuły i malowaniem transparentów. Robiłem to nie tylko dla Solidarności. Zgłaszali się do mnie ludzie z wszystkich możliwych ugrupowań opozycyjnych i robiłem co mi zlecali. Także dla PPS-u chociaż szczególna sympatią ich nie darzyłem, bo mieli tak bardzo lewicowe poglądy, że czasami wydawali mi się czerwieńsi od komunistów. Wielu z nich było trockistami.
W wielu manifestacjach brałem udział razem z żoną. No i oczywiście w mszach za Ojczyznę; to była „jazda obowiązkowa”.
Gdzieś w połowie lat 80. zostałem członkiem KPN. W naszym mieszkaniu gościliśmy na spotkaniach Leszka Moczulskiego z małżonką, albo Adama Słomkę i ciągle prowadziliśmy tą naszą misję antykomunistyczną.
Przed 1988 rokiem przeszedłem na rentę ze względu na stan zdrowia, ale ani na chwilę nie zaprzestałem swojej działalności, a w okresie strajków z sierpnia 1988 roku i tuż po nich, to się nawet bardzo wzmogło. W czasie strajków żona i ja jeździliśmy na kopalnię Morcinek. Trzeba było jakoś podnosić na duchu protestujących. Woziliśmy im żywność i bibułę.
Jesienią 1988 roku, to było chyba pod koniec października, pojechaliśmy wspólnie z małżonką i całą naszą KPN-owską grupą na demonstrację do Katowic. To była demonstracja górników zwolnionych po sierpniowych strajkach. Potem 11 listopada z okazji rocznicy odzyskania Niepodległości odbyła się również demonstracja w Katowicach. Po mszy św. mieliśmy również iść w miasto, ale daleko nie uszliśmy, bo zaatakowały nas siły MO. Pamiętam tego pułkownika SB, który białym Polonezem wjeżdżał w demonstrujących ludzi. Po tym ataku żona została pobita, a ja wziąłem udział w głodówce w katedrze Chrystusa Króla. Głodówka trwała 5 dni. Brało w niej udział kilkadziesiąt osób. Pamiętam z głodówki Kazika Świtonia i Jurka Wuttke. Wykonałem wtedy pieczątkę o treści: „Protest Głodowy”. Pieczętowaliśmy nią wszystkie oświadczenia głodujących i inne oficjalne dokumenty, które od nas wtedy wychodziły. Wykonałem tą pieczątkę z takiej większej gumki do zmazywania.
Potem wspólnie z żoną braliśmy udział w kongresach KPN-owskich, zresztą żona stała wyżej ode mnie w hierarchii partyjnej, bo ona była sekretarzem i skarbnikiem okręgu ROW KPN, a ja byłem tylko przewodniczącym żorskiego KPN-u.
Przed wyborami kontraktowymi również wspólnie zaangażowaliśmy się z ramienia KPN w różne działania.
Po 1989 roku dalej działałem politycznie. Kandydowałem z ramienia KPN w wyborach samorządowych. Od 1991roku byłem członkiem Porozumienia Centrum, ale w późniejszym okresie zawiesiłem jednak swoją działalność polityczną i bardziej skupiłem się na działalności plastycznej.
Bez fałszywej skromności jesteśmy wspólnie z żoną dumni z naszej działalności w całym okresie lat 80. Każdy uczciwy człowiek odczuwał potrzebę zwalczenia tego zniewalającego ustroju totalitarnego. Dlatego dzisiaj możemy chodzić z dumnie podniesioną głową.
Patrząc z perspektywy czasu na to, co w naszym kraju wydarzyło się przez ostatnie 20 lat, to pomimo tego iż jestem niereformowalnym optymistą, czuję jednak pewien niedosyt. Ten kraj, dzisiaj nie jest jednak całkiem takim jakim go sobie wymarzyliśmy. 

 

Opracowanie: Andrzej Kamiński
 




Krystyna i Marian Augustyńscy
powrót »