Relacje


powrót »
Aby dom stał się domem

Najpierw do Jastrzębia wyjechała bratowa z mężem. Bardzo szybko otrzymali mieszkanie. Nie było na co czekać. Jastrzębie, co prawda bardzo mi się nie podobało, bo to była zwykła sypialnia, zwykły hotel robotniczy. Kiedy mieszkaliśmy w Rudzie, to co tydzień wyjeżdżaliśmy do kina do Katowic. Cotygodniowy seans w kinie „Rialto” to była „jazda obowiązkowa”. Ale do tematu. Mój mąż ukończył szkołę kolejową w kierunku zabezpieczenia ruchu i łączności. Na kolei były bardzo niskie zarobki, więc mąż podjął pracę w górnictwie. Najpierw pracował na dole na KWK „Paweł” jako elektryk, potem przeniósł się do PRG w Bytomiu i właśnie stamtąd mąż dostał przeniesienie służbowe na KWK „Zofiówka”. W to przeniesienie, to i ja trochę byłam zamieszana, bo interweniowałam u dyrektora męża. Chodziło mi o to abyśmy nie mieszkali tak blisko huty, ze względu na stan zdrowia dziecka. No i dyrektor PRG przychylił się do mojej prośby i wyraził zgodę na przeniesienie służbowe męża na KWK „Zofiówka”, na tą samą kopalnię, na której pracował szwagier. Do Jastrzębia przeprowadziliśmy się w 1973 roku. To miasto było sypialnią i to jest fakt, ale komfort życia w tych nowych blokach był jednak dużo wyższy niż komfort życia w starych kamienicach Rudy Śląskiej. Mąż porobił sobie różne uprawnienia i pokończył kursy, więc i zarobki nie były takie złe.

Podczas wystąpień studenckich z 1968 roku, czy podczas rozruchów na Wybrzeżu z 1970 roku nie byłam jeszcze ani na tyle dojrzała, ani na tyle przygotowana, aby się w to zaangażować, ale sierpień 1980 roku, to już było co innego. Strajki wybuchły najpierw na Wybrzeżu i nie zgadzam się z taką obiegową opinią jakoby górnicy nie mieli o tym żadnej wiedzy. Przecież ludzie w całym kraju słuchali Radia Wolna Europa, czy Głosu Ameryki, na Śląsku również, więc jakoś byli, może nie wszyscy, ale jednak zorientowani w sytuacji. W każdym razie ja i mój mąż jak tylko dowiedzieliśmy się o strajkach w Gdańsku i Szczecinie, to wsiedliśmy w samochód, udaliśmy się do rodziców męża i poprosiliśmy ich o opiekę nad naszą córką. Postanowiliśmy się jakoś zaangażować. Zrozumieliśmy oboje, że cały kraj, a zwłaszcza Śląsk powinien poprzeć Wybrzeże. U mnie w pracy niektórzy początkowo rzeczywiście nie chcieli wierzyć w to, że w kraju mają miejsce jakieś zajścia, ale po niedługim czasie sami zorientowali się, że komunikacja jest wstrzymywana, że koleje jakoś dziwnie kursują. W tym czasie moi teściowie dotarli do nas z Rudy Śląskiej. 28 sierpnia mąż wrócił z pracy i powiedział do nas: „No, nareszcie znalazł się u nas taki, który odważył się powiedzieć prawdę i zatrzymał kopalnię.” Mówił o Stefanie Pałce, który swoim wystąpieniem rozpoczął strajk na Manifeście Lipcowym. Nawiasem mówiąc Stefan jest moim kolegą, z którym stale utrzymuję kontakt. W moim mniemaniu Stefan wówczas zdobył się na bardzo wielką odwagę. Ilu było wówczas takich, których stać było na to, żeby krzyknąć do tłumu robotników: „Stajemy. Nie pracujemy.” Przecież on wziął na siebie wielką odpowiedzialność. Tylu innym, dzisiejszym bohaterom, zabrakło wtedy tej odwagi. On dzisiaj nie chce mówić o tamtych czasach, bo jak mi kiedyś powiedział; „A po co mówić? Ulka, oni nas i tak oplują.” Uważam, że on w pewnym sensie ma rację, gdyż, dla przykładu, po lekturze „zielonej serii” pt.: „Nasza Solidarność”, która ukazała się w Jastrzębiu, sama jestem bardzo zdegustowana kłamstwami, nadinterpretacjami i przekłamaniami, które się w niej znajdują. Te książki są jednym wielkim nieporozumieniem. Na podstawie tych książek nikt nie zbuduje sobie prawdziwego obrazu, tego co w roku 1980 w Jastrzębiu się działo.

Wracając jednak do tematu. Ja w tym czasie pracowałam w Zakładzie Robót Inżynieryjnych w Żorach i zajmowałam się sprawami pracowniczymi. Moja firma budowała wówczas osiedla w Żorach. U nas też ludzie dosłownie tyrali. Zostawali po godzinach, bo wiadomo było, że mieszkań ciągle brakowało. 28 sierpnia wróciłam z pracy, a mąż powiedział do mnie: „Ula, wracam na kopalnię. Strajkujemy.” Przyznam szczerze, że przed strajkami dochodziło między nami do lekkich sprzeczek, bo ja mówiłam do męża z wyrzutem: „Heniek, jak długo jeszcze będziecie czekać? Czy wy nie potraficie wziąć się w garść?” W każdym razie po powrocie na kopalnię, kiedy górnicy rozpoczęli już strajk, mąż pozostał na zakładzie do samego końca, do podpisania Porozumienia.

Jeśli o mnie idzie, to następnego dnia rano pojechałam do pracy. Na budowie zawołam do siebie brygadzistę Stefana Trzosa i powiedziałam do niego: „No i jak? Manifest stoi, a my co? Chyba trzeba będzie zwołać ludzi, powiedzieć im jak wygląda sytuacja i rozpocząć strajk.” Spojrzał na mnie i powiedział: „Musimy tak zrobić.” Zwołał pracowników i poinformował ich o strajku na Manifeście. Ludzie zaczęli między sobą dyskutować. W pewnym momencie Stefan zapytał mnie czy nie spisałabym ich postulatów. Zgodziłam się. U nas było dwóch przywódców, jednym z nich był Stefan Trzos, a drugim, jak mi się wydaje, był Augustyn Kąkol. Spisaliśmy najpierw nasze postulaty, a następnie pojechaliśmy na kopalnię Manifest Lipcowy. Na kopalni przyjęto nas bardzo serdecznie. Warunkiem przystąpienia do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego było między innymi to, że jedna osoba reprezentująca dany zakład pracy stale musiała przebywać na Manifeście. Koledzy wybrali mnie na swoją przedstawicielkę. Przyznam, że wtedy już czułam się na siłach, aby godnie reprezentować naszą załogę. Bałagan jednak na kopalni był straszny. Zjeżdżały się jedna delegacja za drugą. W pewnym momencie przywieźli Jarosława Sienkiewicza. Ja to zapamiętałam tak: Ktoś powiedział, że przybył „wielki” Sienkiewicz. Zdziwiłam się: A któż to jest „wielki” Sienkiewicz? Chodziło o wzrost, ale mniejsza o to. Trzeba podkreślić, że był człowiekiem wykształconym, no i miał głowę na karku. Był dostępny i bardzo otwarty. Wtedy z Boryni z Sienkiewiczem przyjechał również Zbyszek Rygiel. Mówiło się o tym, że wcześniej na Boryni Sienkiewicza zatrzymano i ja w to wierzę, bo on był, według mnie, człowiekiem, który potrafił trzasnąć ręką w stół i zawsze powiedzieć co mu się nie podoba. Jak już mówiłam na kopalnię stale przyjeżdżały nowe delegacje. Każda z nich miała swoje postulaty. Było tego naprawdę dużo. Te żądania zmieniały się z minuty na minutę. To wszystko przepisywała koleżanka Marzena Bera. Ona pracowała w „mieszkaniówce”. Też ta dziewczyna jest dzisiaj zupełnie zapomniana, podobnie jak Barbara Durlak.

W każdym razie debatowaliśmy, spisywaliśmy te postulaty i w pewnym momencie pojawiła się ta delegacja rządowa. Jeśli idzie o naszych przywódców to wyglądało to tak, że najpierw przewodniczącym był Pałka, a Jedynak był jego zastępcą. Później szefem został Sienkiewicz, a zastępcami zostali Pałka i Jedynak. Spośród członków MKS – u wybrano delegację do rozmów z przedstawicielami rządu. W MKS taki zakład jak mój się nie liczył, więc nie mogłam spodziewać się tego, że mnie wybiorą, a poza tym jestem kobietą. Zaczęły się negocjacje dotyczące naszych postulatów. Trwało to całe godziny. W końcu komisja rządowa zaczęła zgadzać się na te nasze postulaty. Nie chcieli zgodzić się jedynie na wolne soboty i niedziele. Tak im zależało na zwiększonym wydobyciu węgla, że początkowo nie było mowy o tym, aby ten postulat został podpisany. Zostało to oznajmione na forum wszystkich delegatów w cechowni. Oczywiście cała kopalnia była wtedy nagłośniona i całe te rozmowy były transmitowane, tak że wszyscy ludzie na kopalni słyszeli co się dzieje. Wtedy nie wytrzymałam. Podniosłam rękę. Ktoś to zauważył i udzielono mi głosu. Byłam bardzo zdenerwowana, ale z pełną determinacją zwróciłam się do przedstawicieli rządu i poprosiłam ich, aby wytłumaczyli mi dlaczego stale wmawiają nam, że w Polsce w rzekach zamiast wody płynie miód i mleko. Zapytałam jak mają żyć takie rodziny jak moja, skoro ja tylko z mężem mijam się w drzwiach. Kiedy on wychodzi do pracy, to ja właśnie z niej wracam, albo na odwrót. Jak mają żyć rodziny, w których małżonkowie ciągle witają i żegnają się na progu mieszkania. Zapytałam ich kiedy zrobią coś, aby w tym kraju dom stał się domem, a rodzina rodziną. Zapanowała kompletna cisza. Po jakimś czasie Aleksander Kopeć szef komisji rządowej poprosił o przerwę w obradach, aby naradzić się z resztą swojej komisji. Ta przerwa trwała może pół godziny, może trochę dłużej. W każdym razie były to najdłuższe minuty w moim życiu, bo mój mąż tak jak wszyscy inni górnicy również pracował na okrągło. Ludzie gdzieś w Polsce wyobrażali sobie, że górnicy opływają we wszystkie luksusy, a abstrahując od tego, że w PRL – u w ogóle nikt nie miał żadnych luksusów, no może oprócz komunistycznych włodarzy, to nawet te odrobinę lepiej zaopatrzone sklepy i to własne mieszkanie, było opłacane niewyobrażalnym trudem. No, ostatecznie każdy mógł tutaj przyjechać i podjąć pracę. W każdym razie po przerwie wrócili przedstawiciele komisji rządowej i stwierdzili, że podpisują wszystkie postulaty, łącznie z wolnymi sobotami i niedzielami. Wszyscy ostatecznie słyszeli tą moją wypowiedź. W niektórych książkach np.: w „zielonej serii” wychodzi na to, że człowiekiem, który szczególnie walczył i miał decydujący wpływ na podpisanie postulatu wolnych sobót dla robotników w kraju był Tadeusz Jedynak. Że to on wynegocjował wolne soboty i niedziele. Szlag mnie trafia kiedy to czytam. W czasie kiedy Międzyzakładowa Komisja Robotnicza otrzymała swoją siedzibę przy ul. 1 Maja w Jastrzębiu Zdroju, odwiedziła nas pani redaktor Dorota Tarkowska (m.in. Przekrój) i przeprowadziła wywiady z wszystkimi członkami MKR – u. I wszyscy bez wyjątku, nawet Jedynak, uznali mnie twórczynią wolnych sobót i niedziel dla kraju. Te wszystkie szczegóły historyczne jakoś ciągle są przekłamywane. To są może i szczegóły, ale taka jest prawda. Gdyby Józek Żak nie przysłał mi tych książeczek z „zielonej serii”, to do dzisiaj nie wiedziałabym, jakie bzdury na te tematy się wypisuje. Ja wiem, że dzisiaj te zasługi przypisują sobie tacy ludzie jak np.: Grzegorz Stawski ( owszem był sygnatariuszem ale było przecież dużo innych ludzi dziś dziwnie zapomnianych) ale to nie ma nic wspólnego z prawdą. Alojzy Pietrzyk to odgrywał wtedy zupełnie jakąś marginalną rolę (ja w każdym bądź razie go nie znam) był tylko jednym z wielu, a teraz robi z siebie herosa Solidarności. Moją rolę w tym epizodzie naszej solidarnościowej walki potwierdzili wszyscy członkowie MKR – u i mam to czarno na białym w jednym z numerów „Przekroju”, w wywiadzie red. Tarkowskiej. Mój mąż i ja właściwie od początku aż do podpisania Porozumienia byliśmy z innymi protestującymi na kopalni. Byliśmy świadkami jak w ciągu jednej nocy upadały i powstawały Komitety Strajkowe i dopiero ten trzeci się ostał. No ale w takich nerwowych sytuacjach tak bywa. Ludziom czasem trudno wyartykułować to czego chcą. Stefanowi Pałce należy według mnie oddać sprawiedliwość, bo to on w decydującym momencie potrafił cały ten „bałagan” ogarnąć. W pewnym sensie więc, powodzenie tych strajków to również jego wielka zasługa. I co by nie gadać, to trochę boli, że ci którzy dzisiaj piszą historię robią to tak niechlujnie, tak mało wnikliwie. Pozostaje tylko żywić nadzieję, że nie zawsze tak będzie.

Tuż po zakończeniu strajków i po podpisaniu Porozumienia otrzymałam propozycję pracy w MKR. Było to tak, że na początku wróciłam do swojego zakładu pracy. Zauważyłam jak bardzo zmienił się stosunek kolegów do mojej osoby. Wielu z nich twierdziło, że ja powinnam zostać przewodniczącą związku na naszym zakładzie, „Fadom” ZRInż. To był potężny zakład. Tam pracowało tysiące ludzi na wielu budowach i na początku w rzeczywistości wybrano mnie na przewodniczącą. Skoro zostałam przewodniczącą, to dyr. ZRInż. przydzielił mi pomieszczenie. Dogadałam się z załogą, że muszę najpierw jednak jechać do Jastrzębia na Manifest i dowiedzieć się jak się takie wolne związki organizuje. To przecież dla nas wszystkich była zupełna nowość i trochę czarna magia. Przyjechałam w momencie kiedy MKS przekształcał się w MKR. Kiedy się pojawiłam w biurze Sienkiewicza, a było tam wtedy sporo ludzi, to Sienkiewicz na mój widok odezwał się do całego towarzystwa: „Chłopcy, przecież to jest ta dziewczyna, która załatwiła nam wolne soboty.” Poczułam się trochę zaskoczona. Ale zaskoczył mnie jeszcze bardziej kiedy stwierdził: „Ona powinna pracować z nami.” Właściwie z miejsca zostałam przez ogół zaakceptowana. Jeszcze tego samego dnia wystosowali pismo do ZRInż – u, aby ten oddelegował mnie do pracy w MKR. I w ten właśnie sposób stałam się pracownikiem i członkiem MKR – u w Jastrzębiu Zdroju. Oczywiście w tym przypadku nie mogłam już pełnić tych dwóch funkcji na raz, tzn. przewodniczącej związków na zakładzie i członkini MKR i zrezygnowałam z pełnienia funkcji przewodniczącej na zakładzie. Moje miejsce w Żorach zajął Stefan Trzos, a jego zastępcą został Augustyn Kąkol. W skład MKR na początku weszli: Sienkiewicz, Pałka, Jedynak, Jarliński, Stawski, Kosiński, Sawicki, Włodarek, Włodarczyk, Winczewski, Kuś, Bera, Durlak, Rygiel, Kempiński, Kozieł, Kałduński, Kocik, Sawicki. To jest cały, pierwszy skład MKR. Podpisanie Porozumienia miało miejsce 3 września, a 11 września 1980 roku mój mąż obchodził 31 urodziny i ja w całym tym ambarasie zupełnie o tym zapomniałam. No ale to pokazuje jak dużo pracy i zamieszania było w MKR. Ja wtedy tak bardzo żyłam tym co działo się w kraju i w Jastrzębiu, że zdarzyło mi się, że pierwszy i ostatni raz zapomniałam o tak ważnej uroczystości w rodzinie.

Opowiem teraz taką historię. Otóż jeszcze wtedy I sekretarzem KW PZPR w Katowicach był Grudzień. Na Grudniu spoczywał obowiązek udostępnienia właściwego lokum MKR – owi, ale to pomieszczenie, które on dla nas przeznaczył, to była zwykła nora. Chodzi o pomieszczenie przy ul. 1 Maja. Myśmy tam mieli raptem 3 pokoiki na I piętrze. Dosłownie się tam dusiliśmy. Tam było naprawdę bardzo ciasno. Jarek Sienkiewicz wydzwaniał do Grudnia w tej sprawie, ale bez wyraźnego efektu. W końcu doszliśmy do wniosku, że musimy jechać do Warszawy. Pojechaliśmy tam moim „maluchem”. Pamiętam, że razem ze mną pojechali Zbigniew Rygiel oraz dwóch chłopaków, których niestety nazwisk nie pamiętam po latach. Wtedy po raz pierwszy byłam w Warszawie. Rozmowy miały się odbyć na drugi dzień więc zakwaterowali nas w hoteli dla VIP – ów. Przyznam, że taki luksus, jakiego nasi komunistyczni włodarze zażywali na co dzień, widziałam pierwszy raz w życiu. Następnego dnia udaliśmy się do KC PZPR. Przyjął nas Żabiński. On był wtedy członkiem Biura Politycznego KC PZPR. Chłopcy tak dosyć obwijali w bawełnę, więc się trochę zdenerwowałam i powiedziałam, że po prostu Grudzień utrudnia nam działalność poprzez niechęć do przyznania nam właściwego lokalu. Sekretarz Żabińskiego wszystko to sobie pozapisywał, natomiast sam Żabiński obiecał, że się tą sprawą zajmie osobiście. Grudzień na swoim stanowisku był jeszcze przez tydzień i żartobliwie mówiąc wyszło na to, że zwolniłam Grudnia. Oczywiście w ciągu tygodnia otrzymaliśmy właściwe lokum przy ulicy, o ile pamiętam, Katowickiej. Tam kiedyś był Dom Mody. W każdym razie po tym wszystkim zebraliśmy się i ustaliliśmy jakąś strategię działań, jakiś plan pracy. Mnie Sienkiewicz zlecił pracę w sekretariacie. Ludzie w MKR zostali podzieleni na grupy. Każdej grupie została przydzielona jakaś ilość zakładów pracy. Nasi mieli jeździć do tych zakładów i uczyć ich załogi w jaki sposób mają zakładać związki zawodowe. Pracowaliśmy na okrągło. Musieliśmy być dyspozycyjni i na każdy sygnał być gotowymi do działania. W tym pierwszym okresie nie było żadnych kłótni, ani żadnych niesnasek. Aż było miło popatrzeć. Wszystko szło bardzo sprawnie.

Pewnego dnia, kiedy pełniłam dyżur odwiedził nas taki starszy pan, pod wąsem i wyglądał na bardzo zmęczonego. Jak wiadomo były to czasy powszechnego niedostatku. Dla przykładu nie można było w sklepie kupić kawy. Kawa to był luksus. Miałam akurat ostatnią łyżeczkę kawy i zaparzyłam sobie z tego taką lurę. Ten pan wszedł do sekretariatu, usiadł na krześle i powiedział do mnie: „Jestem taki zmęczony. Czy mógłbym napić się tej kawy?” Pomyślałam, że co prawda to resztka kawy jaką mam, ale cóż starszy człowiek, zmęczony. A niech mu wyjdzie na zdrowie. Poczęstowałam go tą kawą. On sobie usiadł naprzeciwko mnie, trochę upił tego płynu ze szklanki po czym otworzył torbę i postawił przede mną kilogramową paczkę kawy. Pewno nie warto by było o tym wspominać gdyby nie to, że był to pan Bolesław Lachowski pierwszy sekretarz Chrześcijańskich Związków Zawodowych z Brukseli (co do tego nazewnictwa „sekretarz” to warto wyjaśnić iż po francusku nie jest to toż same z partyjna nomenklaturą). Ten pan przyjechał do nas z pomocą. Pamiętam, że przywiózł nam papier i sporo sprzętu biurowego. Ten pan naprawdę mocno się angażował w pomoc i to nie tylko dla naszego MKR – u, ale również dla organizacji solidarnościowych w innych rejonach Polski. O panu Lachowskim jeszcze wspomnę później teraz wracam do MKR.

Po pewnym czasie rozpoczęły się u nas straszne kłótnie i koniec końców Sienkiewicz musiał odejść. Kiedy na początku stycznia 1981 roku opuszczał MKR, to zaproponował mi abym odeszła razem z nim. Wtedy Jedynak powiedział „Ulka zastanów się co robisz”. Odpowiedziałam im, że w takiej atmosferze nie chcę już więcej pracować. Wtedy w MKR były tylko kłótnie i gierki. O naturze tych sporów, tak Bogiem, a prawdą niewiele mogę powiedzieć, bo po pierwsze nie byłam w nie wprowadzana, a po drugie wolałam zająć się bardziej konstruktywną robotą np. pomocą w redagowaniu pisma MKR – u „Nasza Solidarność – Jastrzębie”. O ile pamiętam, to w skład redakcji wchodzili: Jedynak, Pałka, Stawski, Kosiński, Kuś, Bera, Jarliński i Rygiel. Te osoby na sto procent pamiętam. Jeśli o mnie idzie to zajmowałam się głównie drukiem. Redakcja i druk odbywały się w siedzibie MKR – u.
Znowu co się tyczy Sienkiewicza, to on nigdy nie wypierał się swojego członkostwa w PZPR. Natomiast nic nie mogę powiedzieć o tych wszystkich skandalach obyczajowo alkoholowych, o które go posądzano. Nigdy też nie widziałam, aby miał przy sobie broń. W tych sprawach nic powiedzieć nie mogę. Ja o Sienkiewiczu mogę powiedzieć tyle, że to był prosty i otwarty człowiek i jeśli miał z kimś jakiś problem, to mówił to temu człowiekowi prosto w oczy. To się wielu ludziom nie podobało. Co prawda kiedy odeszłam z MKR – u, to słyszałam o tym, że zaczął zakładać jakieś „rozbijackie” związki. Według mnie on obawiał się radykalizmu innych przywódców „Solidarności”. Ja odeszłam z MKR – u nieco później niż Sienkiewicz, a moja sprawa wyglądała tak: pierwsze pismo do MKR w sprawie o odwołanie mnie z pracy w MKR przyszło 19 stycznia 1981 roku i było podpisane przez Stefana Trzosa, czyli przewodniczącego „Solidarności” u nas w ZRInż – u, czyli człowieka, który zajął tam moje miejsce. To była pierwsza próba odwołania mnie z MKR. I o co chodziło? Otóż jeszcze przed odejściem Sienkiewicza otrzymaliśmy siedzibę w Katowicach na ul. Stawowej i Sienkiewicz podzielił nas na tych, którzy mieli wyjechać do Katowic i tych, którzy mieli zostać w Jastrzębiu. Jedynak, Stawski, Sienkiewicz i ja przeszliśmy do Katowic. Pałka został w Jastrzębiu, ale często bywał Katowicach. Na ten podział zgodzili się wszyscy w MKR. Potem do naszego MKR dołączyło całe Zagłębie Śląskie, wszystkie MKR – y z całego Śląska. No i wtedy zaczęły się prawdziwe rozgrywki. Miejsce przewodniczącego było jedno, a chętnych na to stanowisko było bardzo wielu.

Henryk Kozieł: Pozwolę sobie wtrącić, że to była po prostu zwykła walka o stołki. Według mnie były to personalne rozgrywki, a program związku czy jego struktura pozostawały w tle i stanowiły tylko narzędzie do osiągnięcia stanowiska. Sienkiewicz spotykał się, co prawda, często z dygnitarzami partyjnymi, ale między innymi na tym polegała przecież jego rola. Można myśleć i mówić sobie o Sienkiewiczu, co kto chce, ale według mnie on nie był człowiekiem podstawionym. Bardzo trudno już dzisiaj odczytać rolę i postawę tego człowieka. Zresztą cała historia związku jest bardzo niejasna. Wielu ludzi zamilkło i nie chcą na ten temat mówić w ogóle, inni znowu przypisują sobie cudze zasługi, a całość przypomina węzeł gordyjski.

Urszula Popenda – Kozieł: Jeśli jednak idzie o to moje zwolnienie z MKR; otrzymałam więc dwa pisma ze ZRInż – u o odwołanie mnie z pracy w MKR podpisane przez Stanisława Trzosa. Oczywiście te odwołania podpisane zostały również przez dyrektora. Na pierwsze pismo MKR odpisał do ZRInż – u odmownie i póki co zostawiono mnie w spokoju. Muszę jeszcze dodać, że w tym czasie kiedy ja pracowałam w MKR w Katowicach, to pan Trzos stale siedział w MKR w Żorach i ciągle tam coś knuł. I 16 lutego 1981 roku przyszło kolejne odwołanie. Znowu podpisał się pod nim pan Stefan Trzos i pan Augusty Kąkol. Najpierw więc kiedy zaczynały się strajki, ja musiałam tych panów zachęcać do podjęcia akcji strajkowej, a kiedy sytuacja się ustabilizowała i było już bezpiecznie, to wtedy rozpoczęła się walka o stołki. Z mojego punktu widzenia prawdziwa „Solidarność” trwała trzy miesiące, a reszta karnawału, szczególnie na szczytach związkowych, to już tylko intrygi i wzajemne podgryzanie się. Dzisiaj to już naprawdę trudno powiedzieć czy to tylko ambicje członków „Solidarności”, czy działalność SB doprowadziły do upadku tego ruchu. Dla przykładu do MKR – u mógł wejść każdy i powiedzieć swoje, a ludzie potem się nad tym głowili; czy to była prawda, czy kłamstwo.

Henryk Kozieł: Osobną sprawą była działalność esbecji, a czymś zupełnie innym chore ambicje przywódców „Solidarności”, czy tych, którzy na te stanowiska chcieli się dostać. I tak powoli zwykła solidarność międzyludzka zaczęła się przeradzać w niechęć, a z czasem w nienawiść. Przynajmniej w niektórych przypadkach. Przecież moja żona również była przesłuchiwana przez SB, a dla niektórych był to już powód do tego żeby pleść o niej niestworzone bzdury.

Urszula Popenda–Kozieł: No tak, stale otrzymywałam „zaproszenia” na przesłuchania. Pytali o wszystko i o nic, ale tak naprawdę chodziło im o pana Bolesława Lachowskiego. I próbowali mnie zwerbować, ale wspomnę o tym później. Już po odwołaniu stanu wojennego, mój mąż Heniek, na zaproszenie pana Lachowskiego, pojechał do Belgii. Potem Bolek Lachowski przyjechał do Polski i przywiózł pieniądze dla prześladowanych członków „Solidarności”. Pamiętam, że dostarczałam pieniądze, między innymi, żonie Tadka Jedynaka. Aż do emigracji musiałam co dwa tygodnie odwiedzać Główną Komendę MO w Katowicach.
Nie dokończyłam jednak jeszcze sprawy mojego zwolnienia z MKR – u. Otóż po tym drugim odwołaniu MKR już nie stanął w mojej obronie i wróciłam do ZRInż – u, ale najwidoczniej wskutek różnych intryg moje akcje w zakładzie spadły tak nisko, że nie pozwolili mi objąć mojego starego stanowiska tylko wysłali mnie na jakiś „wygwizdów”, na jakąś odległą budowę. Kąkol i Trzos powiązali sprytnie moją osobę z osobą Sienkiewicza i ja za to wszystko zapłaciłam. Oprócz Sienkiewicza i mnie MKR opuściły jeszcze trzy osoby, ale spośród nich pamiętam tylko Jarlińskiego.

Potem oberwało mi się naprawdę za wszystko, nawet za te wolne soboty, o które tak walczyłam. Do dzisiaj mam pismo I sekretarza Komitetu Miejskiego PZPR z Jastrzębia, w którym opluł mnie za to dokumentnie. Komuniści na mnie pluli, a przywódcy związkowi odsunęli mnie zupełnie na boczny tor. Stefan Trzos umotywował swoją decyzję w mojej sprawie tym, że jakobym nic nie robiła w MKR na rzecz ZRInż. – u. To było śmieszne, no ale co on miał mi powiedzieć? Miałam poczucie krzywdy i takie traktowanie wprowadziło mnie w stan apatii. Przestałam interesować się tym, co działo się wokół. Wycofałam się z działalności związkowej, zresztą nie ja jedna. Słyszałam o przypadku samobójstwa emerytowanej pielęgniarki z Jastrzębia. Nazywała się Julia Tyszecka i ona tak wiele nadziei związała z „Solidarnością”, że kiedy cały ruch zaczął się sypać, to nie wytrzymała tego po prostu i wyskoczyła z okna. To może być oczywiście tylko plotka, ale doprawdy wiele osób strasznie się wtedy zawiodło na przywódcach pierwszych, wolnych związków zawodowych w PRL – u.

Henryk Kozieł:
Myśmy przecież własnym „maluchem” jeździli w sprawach związkowych po całej Polsce. Czy to z prasą, czy to przewieźdź jakąś delegację. Więc MKR załatwił nam opony do samochodu, bo ostatecznie użyczaliśmy im własnego samochodu. Ale po tych wszystkich „przewrotach” w MKR nowi przywódcy chcieli się z nami sądzić o te opony do „malucha”. No i co myśmy mieli o tym wszystkim myśleć? Aż żal było na to patrzeć.

Urszula Popenda – Kozieł: 13 grudnia rankiem obudził mnie mąż i to on poinformował mnie, że Jaruzelski wprowadził w Polsce stan wojenny. Myśmy mieszkali w Jastrzębiu na ul. Turystycznej i kiedy wyjrzeliśmy przez okno, to na głównej ulicy stały już wozy opancerzone i pełno było wojska. Byliśmy zszokowani; tak jak chyba wszyscy w Polsce. Widziałam na własne oczy, że kiedy te wszystkie oddziały jechały na pacyfikację Manifestu Lipcowego to kobiety rzucały w ich kierunku butelkami z mlekiem. Tak, że szok szybko przemienił się w złość, może bezsilną, ale jednak.

Henryk Kozieł: Podczas strajku po ogłoszeniu stanu wojennego załoga zebrała się na kopalni i prawie w całości siedzieliśmy na cechowni. Zorganizowaliśmy zabezpieczenie kopalni, aby nikt nie mógł nas potem posądzić o jakiś sabotaż. Ostatecznie mogliśmy się po komunistach spodziewać wszystkiego. Potem nastąpił atak zomowców. Podczas tej pacyfikacji był taki chaos, że ja już z tego niewiele pamiętam, a zmyślać nie chcę. Ostatecznie nas rozbili i już.

Urszula Popenda – Kozieł:
Po wprowadzeniu stanu wojennego początkowo nie mieliśmy z nikim żadnego kontaktu, ale pan Bolesław Lachowski z Belgii zaczął przyjeżdżać do Polski z pomocą dla prześladowanych. On wtedy przyjeżdżał do znajomego do Katowic. O nas nie zapomniał. Zorganizował grupy pomocowe i mnie przydzielił Jastrzębie. Między innymi wtedy woziłam pieniądze jak już wspomniałam żonie Tadka Jedynaka. Ostatni kontakt z Lachowskim mieliśmy w 2005 roku. On już był wtedy bardzo schorowany.

Henryk Kozieł:
Już w okresie stanu wojennego zacząłem być bardzo szykanowany w pracy. Moją brygadę wysyłano na najgorsze przodki. Porozmawiałem jednak ze swoimi ludźmi i uzgodniliśmy, że i tak będziemy trzymać się razem i że nie pozwolimy się złamać. Nawiasem mówiąc, dzisiaj za dwadzieścia lat pracy w górnictwie otrzymuję z ZUS – u 328 złotych emerytury.

Urszula Popenda – Kozieł: Jak już wspomniałam, co dwa tygodnie byłam wzywana do Katowic na przesłuchania przez SB. To była zwykła upierdliwość z ich strony. Czasami wyglądało to tak, że przyjeżdżałam, przesiedziałam tam godzinę albo dwie, nikt ze mną nie rozmawiał i kazali mi jechać z powrotem do domu. Wspomniałam już, że głównie chodziło im o Lachowskiego.

Henryk Kozieł:
Żona Lachowskiego była z pochodzenia Polką, ale urodziła się w Belgi. Oni zresztą byli obywatelami belgijskimi. Pani Lachowska pracowała w tym czasie w rządzie belgijskim i zajmowała się polityką socjalną. A mąż również miał kontakty na najwyższych szczeblach w rządzie belgijskim. SB była oczywiście o tym doskonale poinformowana. Stany Zjednoczone prowadziły wtedy zbrojeniową politykę „Gwiezdnych Wojen”, a w Europie Zachodniej prowadzono prace nad budową tzw. „parasola ochronnego”. Oni po prostu poprzez nas chcieli w jakiś sposób dotrzeć do państwa Lachowskich. Ja kiedyś wygadałem się przed esbekami na ten temat. Chciałem żeby nam dali spokój, bo żonę ciągle wzywali i my już naprawdę nie rozumieliśmy o co chodzi. Tymczasem wspominając im o panu Lachowskim, najprawdopodobniej tylko powiedziałem głośno to, o co im i tak od dawna chodziło. Tak więc od tamtego czasu przestała esbeków interesować działalność żony w „Solidarności”, natomiast strasznie dużo wypytywali o ten „parasol ochronny.”

Urszula Popenda – Kozieł: Kiedy zainteresowali się działalnością Lachowskiego, to zaczęli mi proponować kursy języka francuskiego. Tak że chociaż głośno nie usłyszałam propozycji o współpracy, to można było łatwo wywnioskować do czego ich działania zmierzają. Chcieli zrobić ze mnie szpiega. Wykręcałam się jak umiałam, a SB tak znowu strasznie nie naciskała.

Henryk Kozieł: Ponieważ mieliśmy stały kontakt z państwem Lachowskimi i znaliśmy się dobrze, więc zostałem przez nich zaproszony do Belgii. Bolek Lachowski wiedział, że lubię majsterkować i że jestem, jak to się mówi, taką „złotą rączką”, więc dał mi okazję zarobić trochę pieniędzy przy remoncie ich domu. Dla ludzi mieszkających za „żelazną kurtyną” była to wielka okazja. Wziąłem więc urlop i wyjechałem.
Stosunki między nami, a państwem Lachowskimi były przyjacielskie, więc przyszło mi do głowy, biorąc pod uwagę ciągłe nękanie żony, że trzeba emigrować z Polski, bo Lachowscy zobowiązali się udzielić nam wszelkiej pomocy.

Urszula Popenda – Kozieł:
Długo przymierzaliśmy się do wyjazdu z Polski na stałe. Dość powiedzieć, że mąż był w Belgii dwukrotnie i ja także byłam tam dwa razy. Drugim razem wróciłam do Polski z belgijską delegacją rządową jako przedstawicielka „Solidarności”. Jeszcze póki co, jakiś czas zostaliśmy w kraju. Trudno było podjąć decyzję o wyjeździe. Decyzję o emigracji podjęliśmy drogą losowania. Głosowaliśmy mąż, ja i córka, no i padło jednak na wyjazd. Najpierw wyjechaliśmy do Belgii. To był 1984 rok. Mieszkaliśmy na odludziu w takim starym zameczku i nagle po trzech miesiącach nasi gospodarze poinformowali nas, że muszą nas ukryć. Nie mieliśmy zielonego pojęcia co się dzieje i dlaczego. Ale chodziło zapewne o tą historię z państwem Lachowskimi. Służby belgijskie chroniły nas przed służbami komunistycznymi. Kiedy zamieszkaliśmy już w Luksemburgu, to pozwolono nam się poruszać po całym wolnym świecie, ale mieliśmy zakaz wyjazdu do jakiegokolwiek państwa komunistycznego. Nie muszę przypominać, że zostaliśmy dokładnie „prześwietleni” przez służby belgijskie. A po przekroczeniu granicy któregokolwiek państwa komunistycznego od razu zostalibyśmy aresztowani.

Od 27 lat mieszkamy poza Polską. Też nie było nam lekko kiedy tutaj przybyliśmy. Musieliśmy przecież zaczynać życie od nowa. Trzeba było nauczyć się języka francuskiego, rozpocząć pracę i dorabiać się od podstaw dosłownie wszystkiego. Ale jakoś nam się udało. Córka skończyła tutaj studia i wyszła za mąż. Przyjęliśmy obywatelstwo Luksemburga, bo w innym wypadku nie moglibyśmy ruszać się stąd za granicę. Myśmy się co prawda urządzili, ale sytuacja gospodarcza, coraz bardziej pogarszała. To jest odczuwalne głównie dla młodych ludzi. Tutaj też jest bezrobocie, tak jak w całej UE. Polacy przyjeżdżają do Luksemburga i pracują za jakieś marne 3,4 euro za godzinę, a pośrednik bierze 30. Aktualnie Europa Zachodnia dla Polaków nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś. Dwa lata temu odwiedziliśmy Polskę. Wzięliśmy nawet kredyt i zakupiliśmy w Polsce kawałek ziemi z tą myślą, że kiedyś wrócimy. Czas jednak pokazuje, że w Polsce dzieje się coraz gorzej. Póki co nie widać, aby miało się ku lepszemu. Mamy polską telewizję, śledzimy wiadomości z Polski w Internecie, i czasami człowiekowi aż się włos od tego na głowie jeży. Bywa, że tęsknota za Polską człowieka zżera, ale cóż zrobić? Związaliśmy swój los, swoje życie z tym nowym krajem. Nasze wnuki, chociaż urodzone w Luksemburgu, mówią również po polsku.

Henryk Kozieł: Czujemy się i pozostaniemy Polakami i chociaż w Luksemburgu zapuściliśmy korzenie, to nasze serca biją dla Polski.


Opracowali: Andrzej Kamiński, Mirosław Śliwa




Urszula Popenda-Kozieł
powrót »