Relacje


powrót »

Urodziłem w 1944 roku w Radlinie, w tradycyjnej śląskiej rodzinie. Mieszkaliśmy niedaleko kopalni „Marcel”, w typowych górniczych „familokach”. Na wspomnianej kopalni pracowałem od 18 roku życia. W 1975 roku przeniosłem się na kopalnie „XXX-lecia PRL” (dziś KWK „Pniówek” - przyp. red.), a półtora roku później dostałem w Jastrzębiu dobre mieszkanie. To był zresztą jeden z powodów przenosin, bo poprzedni lokal miał niewielki metraż, jak na cztery osoby. Innym była choroba córki (oskrzela), a przecież mieszkaliśmy w sąsiedztwie koksowni. Lekarz doradził nam zmianę otoczenia i tak znaleźliśmy się w Jastrzębiu. Żyliśmy jak zwyczajni ludzie.

Nadchodzi sierpień roku 1980, kiedy to wybuchają strajki w Stoczni Gdańskiej. Wówczas atmosfera była już zupełnie inna, wręcz gorąca. Wiele osób wracało z urlopów nad morzem i tą drogą docierały do nas informacje o tym, co dzieje się na Wybrzeżu. Protest rozpoczyna się na „Manifeście Lipcowym”, ale ja jadąc do pracy na drugą zmianę 29 sierpnia nie byłem tego pewien. Jedni ludzie mówili, że to „Manifest” strajkuje, inni, że „XXX-lecia”. Gdy przyjechałem na kopalnie, dostrzegłem przed bramą zakładu grupke ludzi. Pomiędzy nimi stał Zbigniew Czuczman i przemawiał. Wokół niego gromadziło się coraz więcej osób, my również. Oczywiście byli tacy, którzy chcieli iść pracować. Do nich Czuczman powiedział: „Jasne, idźcie pracować, a inni za was będą strajkować. ”Manifest” strajkuje, a wy się do roboty pchacie”. On był zawsze spokojnym człowiekiem, ale tego dnia przemawiał jak natchniony. Ludzie chcieli go słuchać. Pamiętam taką humorystyczną sytuacje, gdy przy bramie były już tłumy. Do Czuczmana podszedł poważany działacz „starych związków”, który nazywał się Wuwer. Zapytał co się dzieje, po czym wyciągnął rękę, aby się przywitać. Czuczman uścisnął mu dłoń i powiedział, że „takiego g...a to już dawno w ręce nie trzymał”. Proszę sobie wyobrazić ten wybuch śmiechu!

Wśród tłumu zgromadzonego przed brama mówiono coraz głośniej, że „Manifest Lipcowy” strajkuje. Do pracy szli tylko ci, którzy bali się naprawdę wszystkiego. Zdecydowano, że idziemy na hale zborną. Tam pojawiła się także dyrekcja. Pamiętam te nazwiska: Twarogowski, Solik i Cofalik. Wówczas to jeszcze nie wyglądało na strajk, bo nie było żadnych postulatów. Oczywiście pojawiały się okrzyki, że nikt nie zjedzie na dół, że za dużo pracujemy również nadgodziny i 2 lub 3 niedziele w miesiącu to było obowiązkowe. Ale nie było oficjalnych postulatów. Słuchając tego zdenerwowałem się, że wszyscy krzyczą, wyzywają, a nie ma ąadnych konkretów. Powiedziałem do Zdzisława Chwalińskiego, mojego sasiada z bloku, że „idę, ale nie wiem czy wrócę bo mogą mnie zamknąć a w domu mam czwórkę dzieci. Miałem pustke w głowie, nie wiedziałem, co będę mówił. Chciałem jedynie, żeby to wszystko wyglądało inaczej. Wziąłem mikrofon i powiedziałem: „Żądamy poprawy stosunków międzyludzkich”, bo górnicy byli fatalnie traktowani. Otrzymałem ogromne brawa, ludziom się to spodobało. Drugim, czego zażądałem, a co z dzisiejszej perspektywy oceniam jako lekkomyślne, było „zmniejszenie biurokracji o 50%”. Cóż, człowiek nie myślał, szedł na żywioł. Ostatnie, o czym mówiłem to pięciodniowy tydzień pracy. Nawiazując do tego, w późniejszym czasie działacze Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego zwrócili mi uwage, że trzeba starać się o wolne soboty. Pięciodniowy tydzień pracy nie wyklucza przecież konieczności pracy w sobote. Ale wracając do mojego wystapienia, to muszę powiedzieć, że dostałem takie brawa, że wręcz wstyd mi o tym mówić. W każdym razie atmosfera była zapalna. Podszedł do mnie wówczas jeden z kierowców, Staszek, ale nazwiska niestety nie pamiętam. Poprosił, abym przemówił do załogi. Pomimo strajku, osoby że służb wentylacyjnych muszą zjechać na dół. Stwierdził, że mam posłuch wśród ludzi, ale ja nie chciałem się tego podjąć. Po tamtym wystąpieniu byłem zbyt zdenerwowany. Przemówił ktoś inny, ale górnicy zrozumieli, że nie można wszystkiego rzucić nawet w sytuacji strajku.

Ostatecznie powstał komitet strajkowy. Z każdego oddziału delegowano po 1-2 osoby. Wszystko działo się na hali zbornej w obecności dyrekcji. Wtedy jeszcze nie było żadnej koordynacji z innymi kopalniami. Zebraliśmy postulaty załogi i odrzuciliśmy powtarzające się. Ktoś to wszystko zapisał, po czym ja wręczyłem postulaty sekretarzowi partii Wawrasowi. Zaproponowano nam, abyśmy jako komitet strajkowy przenieśli się do gabinetu dyrekcji, na co przystaliśmy. Sytuacja, która tam miała miejsce wszystkich nas zaskoczyła. Dyrektor czytał kolejne zadania i stwierdzał, że... wszystko jest do zrobienia! Proszę sobie wyobrazić nasze zdziwienie. Przez tyle lat byliśmy gnębieni, a tu nagle „wszystko jest do zrobienia”. Wykluczono jedynie sprawy, które nie były gestii wladz kopalni, ale rządu. Przypuszczam dziś, że były to kwestie dotyczące spraw związkowych i wolnych sobót. W każdym razie wzbudziło to nasza podejrzliwość. Jeden z nich, naczelny inżynier Juras, przeczytał nam oświadczenie, które mieliśmy podpisać. W tym oświadczeniu padały między innymi słowa, że „komitet strajkowy bierze odpowiedzialność za kopalnie”. Muszę przyznać, że przeszły mnie ciarki. Jeśli ktoś coś podpali lub stanie się cokolwiek innego, to będą nas mogli natychmiast aresztowac. Myślę, że była to rozmyślna prowokacja. Doszliśmy do wniosku, że nie należy nic podpisywać dopóki nie skontaktujemy się z „Manifestem Lipcowym”. Zadzwonił tam Andrzej Bednarski. Poradzono nam, że mamy absolutnie niczego nie podpisywać i oczekiwać na ludzi, którzy stamtąd przyjadą. Po jakimś czasie przyjechał mężczyzna, nie pamiętam jego nazwiska, ale wyróżniały go sumiaste wąsy. Powiedział nam, że mamy nic nie podpisywać i od tej chwili należymy do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Jeśli chodzi o mnie, to największe napięcie związane z odpowiedzialnością ustąpiło. Obawialiśmy się, że nas, prostych ludzi , dyrekcja będzie chciała „wpuścić w maliny”, mówiąc kolokwialnie. Od chwili wejścia w skład MKS-u takiego ryzyka nie było.

Do Miedzyzakładowego Komitetu Strajkowego wysłaliśmy dwóch delegatów: Zbigniewa Czuczmana i Mariana Peszyńskiego, który również bardzo przyczynił się do powodzenia strajku. Czasami dzwoniono do niego, aby ratował strajk, bo jedni chcieli uciekać, inni znów „wieszać dyrekcję”. Tak więc wysłaliśmy obu i od tego momentu nie mieliśmy już o czym rozmawiać z władzami kopalni. Mały pokój naprzeciw cechowni uczyniliśmy siedzibą komitetu strajkowego. Kilkanaście osób na tak niewielkiej przestrzeni, ale jakoś się pomieściliśmy. Chciałbym jeszcze dodać, iż była taka sytuacja, że dyrekcja zatrzymała na dwie godziny wyjazd górników z dołu. Potwierdzam, że miało to miejsce. I tak ten czas leciał...

Wówczas jeszcze nie mieliśmy przewodniczącego. To, o czym mówię, działo się po południu. Wieczorem dojechała kolejna zmiana i ludzie nadal dołączali do strajku. Wtedy też podszedł do mnie pewien człowiek i zaproponował, aby na przewodniczącego wybrać Grzegoszczyka, ponieważ jest świetnym organizatorem. Mnie to rozbawiło i ucieszyło bo znałem go od dziecka i wiedziałem że jest dobrym organizatorem. Jesteśmy z tej samej miejscowości. Grzegoszczyk przyjechał na trzecią zmianę, więc zdałem mu relacje z wszystkiego co się działo. Późnym wieczorem pojechałem do domu, bo wówczas jeszcze był to strajk rotacyjny. Po powrocie natychmiast włączyłem „Radio Wolna Europa”, ale nie było niczego słychać. Za bardzo zagłuszali. Podobnie zresztą w czasie strajku. Nawet pomiędzy kopalniami nie było komunikacji, bo telefony nie działały. Rozmawialiśmy za pośrednictwem straży pożarnej i taksówkarzy. Peszyński też bardzo dużo jeździł. Muszę powiedzieć, że nerwy były wówczas straszne, przez całą noc nie zmrużyłem oka.

Rano pojechałem na kopalnie po pieniądze. W tym dniu akurat była zaliczka. Z tego też powodu bardzo podziwiam Grzegoszczyka i cały komitet. Z jednej strony strajk, z drugiej strony przywożą pieniądze dla górników. Wszystkiego trzeba dopilnować. Do dzisiaj widzę Grzegoszczyka, gdy woła do mnie, abym się pośpieszył i przyszedł mu pomóc. Na nocnej zmianie została podjęta decyzja o zmianie charakteru strajku na okupacyjny. Po odebraniu zaliczki pojechałem do domu, po czym wróciłem na kopalnie. Żona bała się o mnie, ale nie sprzeciwiała mi się. Zresztą od początku byliśmy tak umówieni, że ja pracuje, a ona zajmuje się domem. Typowa górnicza rodzina. Pamiętam taką sytuacje, gdy odbieraliśmy paszporty w Szwecji. Niektóre kobiety brały konsularne, tymczasem moja żona stanęła murem za mną. Wzięła taki, jak ja. Bardzo ją za to szanowałem.

Na kopalni strajkowało ok. 10 tys. ludzi. W różnych zródłach pojawiały się niższe liczby, ale obejmowały one najprawdopodobniej tylko „dołowców”. Ogłoszenie strajku okupacyjnego ludzie przyjęli z entuzjazmem. Wiesław Matusiak i ja, po decyzji Grzegoszczyka byliśmy odpowiedzialni za sprawy dołu, chodziliśmy na odprawy do dozoru. Z nimi mieliśmy największe problemy, bo oni nie strajkowali. Jednocześnie bez przerwy próbowali nam przeszkodzić, chcąc posyłać na dół jak największą liczbę ludzi. Chodziło o to, żeby nas osłabiać. Dlatego o sprawy dołu i zapotrzebowanie do zabezpieczenia zawsze pytałem górnika z danego oddziału. To jego zdanie było dla mnie najważniejsze, a nie osób z dozoru. Rozumieliśmy potrzebę opieki nad kopalnią. Przecież po strajku będziemy musieli tam wrócić. Mieliśmy satysfakcje, że po strajkach kopalnia zaczęła fedrować bez problemów.

Mówiąc o tych, którzy nie strajkowali, trzeba powiedzieć też o naszych „partyjniakach”. Wielu z nich wyprowadziliśmy poza teren zakładu. Sam kilku wyrzuciłem. I tu pamiętam sytuacje, kiedy popełniłbym wielki błąd. Pewne osoby przyszly do mnie, że należy usunąć z kopalni człowieka, który pracował w administracji. A ja nie pytałem o nic. Później okazało się, że to byli jego wrogowie, a ten człowiek uczestniczył w powstaniu na Węgrzech w 1956 roku. Wówczas tylko opanowanie Grzegoszczyka uratowało sytuację, bo zadecydował, że trzeba się przyjrzeć tej sprawie. Szczerze powiedziawszy, to wielu z nas miało nerwy w strzępach. Dlatego opanowanie przewodniczącego było tak ważne. Nie było czasu na sen i odpoczynek. W ciągu całego strajku spałem ok. 8 godzin. W końcu koledzy przegonili mnie do jednego z biur, żebym przespał się w spokoju. Gdy po kilku godzinach obudzili mnie, nie wiedziałem, gdzie jestem i co robię. Chciałem uciec przez okno i musieli mnie trzymać, aż się uspokoiłem. Takie nerwy były. Okazało się, że moja córka Iwonka przyjechała na kopalnie. Dlatego chcieli mnie obudzić. Dziecko stało przed bramą i płakało, że chce zobaczyć tatusia. Początkowo nie chcieli jej wpuścić. Wiadomo jaka była sytuacja. Zostawili mnie z Iwonką samego. Córka zapytała, dlaczego strajkujemy. Zacząłem jej mówić o godności ludzkiej, prawach człowieka i walce przeciw zakłamaniu. Dopiero wtedy się zorientowałem, że przecież rozmawiam z dzieckiem, ona prawie nic z tego nie rozumie. Do dziś wzrusza mnie tamta sytuacja.

Wspomniałem o konflikcie z dozorem, ale ostatecznie oni też zastrajkowali. Był taki nadsztygar o nazwisku Niemiec, który w czasie rozmów z nami wręcz kłamał w żywe oczy. Wtedy coś we mnie pękło. Uderzyłem pięścią w stół i zacząłem dosłownie wrzeszczeć po nich wszystkich, ze nas oszukują i mają za nic. Tylko mnie było słychac. Naczelny inżynier Juras powiedział potem, że „w tym biurze to jeszcze nikt tak nie zareagował”. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że nawet wśród dozoru są podziały. Jedni chcieli strajkować, inni nie. W końcu zacząłem ich przekonywać, że nasze postulaty dotyczą w równej mierze nas, jak i ich. Powiedziałem: „Jak nam spojrzycie w oczy po tym strajku? Wy tu w karty gracie, śmiejecie się, a my za was strajkujemy”. Potem poszliśmy na odprawę do głównego elektryka, Robaka. To był bardzo porządny człowiek, później należał do „Solidarności”. Ale wtedy często się kłóciliśmy o liczbę osób potrzebnych do pracy. Lista tego dotycząca miała być czytana w obecności wszystkich. W końcu wypracowaliśmy kompromis, ale nie było łatwo. Po strajkach mi powiedział: „Kudla, ty mnie chciałeś ustawiać, ale nie zawsze ci się udało” (śmiech). W momencie wyczytywania tej listy przyszło trzech ludzi z dozoru: Szymczyk, Nather i jeszcze jeden, którego nazwiska dziś już nie pamiętam. Ogłosili, że przystepują do strajku. Dokooptowaliśmy ich do komitetu strajkowego.

To wszystko miało miejsce prawdopodobnie 1 września. Trzeba pamiętać, że sytuacja była niezwykle dynamiczna, więc po tylu latach dokładne umiejscowienie w czasie niektórych wydarzeń może sprawiać problem. Jeśli chodzi o tą datę, wszyscy wiemy, co ona oznacza. Był taki człowiek, nazywał się Lisowski (ale nie Paweł) pracujący w PRG. Z okazji rocznicy napaści Niemiec na Polskę przemówił do załogi w taki sposób, że gdyby ktoś wówczas krzyknął: „Wieszamy dyrektora”, to proszę mi wierzyć, że tak by się stało. Mówił o Poznaniu, o wszystkich zrywach... Być może mówił też o Gdańsku i Szczecinie. Nie jestem pewien czy wiedzieliśmy o podpisanych porozumieniach, ale przypuszczam, że tak. Była taka sytuacja, że do naszych zadań dołączamy postulaty z Wybrzeża.

Mówiąc o bardziej przyziemnych sprawach, trzeba wspomnieć o organizacji. Jeśli chodzi o zabezpieczenie, to różnie bywało, ale daliśmy sobie radę. Znałem takiego człowieka o nazwisku Korbel z Żor, który co chwilę przyprowadzał kogoś, kto „majstrował” przy samochodach na parkingu. Byli i tacy którzy uciekali. Za służby porządkowe odpowiadał taki młody chłopak, którego nazwiska również nie pamiętam. On to wszystko bardzo sprawnie zorganizował, więc na teren zakładu nikt niepowołany praktycznie nie miał wstępu. Inna sprawa, że agenci SB i tak byli dobrze zakonspirowani, ale kto wówczas o tym wiedział. Jeśli chodzi o kwestie posiłków, to zajmowali się tym Adam Kowalczyk i Paweł Lisowski. Poza tym ludzie sami przynosili jedzenie i dzielili się, więc nie było problemów. Trzeba też wspomnieć o nabożeństwach z udziałem księdza Dyrdy. Do dziś pamiętam, jak ludzie mieli łzy w oczach w czasie śpiewania „Boże, coś Polskę”...

Peszyński i Czuczman byli delegatami do MKS-u. Przyjeżdzali często, więc dzięki nim mieliśmy najnowsze wieści. W ostatnim dniu strajku, nad ranem, przyjechał Peszyński z informacją, że wszystko się udało. Koniec strajku! Euforia była niewyobrażalna. Następnie do załogi przemówił Grzegoszczyk.

Po zakończeniu strajku trzeba było wybrać (Z.K.R.) Zakładowa Komisję Robotniczą. To znaczy, że z ponad 20 osób z komitetu strajkowego należało wybrać sześć osób. Postanowiliśmy, że przewodniczącym zostanie Eugeniusz Grzegoszczyk, który sam dobierze sobie pięciu współpracowników. Ostatecznie do ZKR-u weszli Marian Peszyński i ja jako wiceprzewodniczący oraz Andrzej Bednarski, Zbigniew Czuczman i Andrzej Szymczyk. Ciekawostką jest, że w czasie wyborów jeden z członków ZKS zaczął nas pouczać, jak ma wygladać organizacja i działanie ZKR.u. O ile dobrze pamiętam to Grzegoszczyk go wyprosił - poźniej okazało się, że to był członek ORMO. Prawdopodobnie esbecy dali mu zadanie wniknięcia w struktury komisji. Po jakimś czasie Grzegoszczyk zrezygnował z Peszyńskiego, bo musiało nas być tylko pięciu - liczba ta wynikała z liczebności załogi. W komisji pracowaliśmy więcej niż osiem godzin. Było dużo wyjazdów poza teren kopalni. Podczas jednego ze spotkań z władzami wojewódzkimi w Jastrzębiu Zdroju wojewoda i miejskie kacyki wmawiali nam, że w kraju jest dobrze, a w sklepach wszystko jest. Wtedy wyciągnałem 100 złotych i powiedziałem żeby ktoś z jego ludzi wyszedł do sklepu i zrobił podstawowe zakupy. Była to odpowiedź na twierdzenie wojewody, że w naszym mieście wszystkiego jest pod dostatkiem. Wojewoda początkowo mnie zignorował, ale kiedy nie dałem za wygraną, dwie osoby z MKR-u i dwie osoby od wojewody poszły do sklepów. Oczywiście niczego nie kupiły.

W kopalni walczyliśmy o prawa górnikow. Jeździliśmy też do zjednoczenia do Katowic. Były to wyjazdy interwencyjne. (Należałem do komisji trojstronnej). Podczas rożnych kontroli - dla przykładu w cieszynskiej “Olzie”- chcieli nas oszukiwać bo pokazywali puste hale, a ukrywali rzeczywisty stan magazynów. Ważnym wydarzeniem było postawienie figury św.Barbary, ktora stoi do dziś i będzie tam stała na wieki. Rownież bardzo ważnym wydarzeniem jest “SZTANDAR SOLIDARNOŚCI”. Jest to pierwszy sztandar solidarności w Polsce, przed ktorym w październiku 1980r w Jastrzębiu kłaniał się Wałęsa. Jeżeli już wspomniałem o Wałęsie to muszę powiedzieć, że sytuacja między Śląskiem a Gdańskiem nie była najlepsza. Dla przykładu podam w grudniu to jest 16.12.1980r. pojechaliśmy aby oddać hołd poległym stoczniowcom. Nasze autobusy zostały zatrzymane przez służby porządkowe ze stoczni Gdańskiej i nie chcieli nas dopuścić do pomnika. Strasznie się wtedy zdenerwowałem bo nie mogłem zrozumieć jak mogą nie dopuścić do złożenia wieńca. W końcu nie wytrzymałem nerwowo i do tych porządkowych puściłem taką wiązankę słów, że chyba pamiętają do dzisiaj. Do orkiestry (byliśmy z całą orkiestrą gorniczą) powiedziałem -ustawiać się i grać jak najlepiej i idziemy. Nie reagujemy na żadne zatrzymania. Ludność Gdańska była wspaniała ze wszystkich stron bili brawa, słyszało się okrzyki “Śląsk z Wybrzeżem brawo, brawo”, tak było aż do samego pomnika. Nasuwa się pytanie? Gdańszczanie witali nas serdecznie a ci co powinni nas witać, a przynajmniej wskazać nam drogę gdzie mamy pojść to nie chcieli nas puścić. Następnego dnia pojechaliśmy do Gdyni złożyliśmy wieniec i pojechaliśmy do Szczecina. Przez całą drogę myślałem jak nas przyjmie Szczecin. Byliśmy trochę spóźnieni, msza była już zaczęta. Tym bardziej obawiałem się jak to będzie. Okazało się ze obawy moje były niepotrzebne. Byliśmy wszyscy zaszokowani postawą szczecinian jak rownież ZKR-em. Gdy dochodziliśmy do miejsca gdzie była msza ludzie rozsuwali się i tylko było słychać: “górnicy idą, górnicy idą przepuście”. Doszliśmy do samego oltarza tam przy tablicy poległych stoczniowców złożyliśmy wieniec. Po mszy zaraz przyszli chyba członkowie ZKR-u zapraszając nas na spotkanie. Tam też otrzymaliśmy od Jurczyka i Wadołowskiego gazety w których opisywano co działo się na wybrzeżu w 1970 roku. Do tej pory nikt na Śląsku nie wiedział dokładnie co tam się działo. Rozmowa z Szczecińskimi działaczami dała owoce, bo mieliśmy poźniej dobre stosunki.

20 grudnia 1980 odbyły się wybory do komisji “Solidarność”. Wówczas ZKR dokonał samorozwiązania. Do komisji zakładowej wybrano: Grzegoszczyka, Bednarskiego, Czuczmana, Szymczyka i Kowalczyka. Ja w wyborach do ZKZ nie startowałem. Po wyborach zostałem przewodniczącym odziałowej komisji związkowej mojego oddziału G-2.

Zobacz również >> Stan wojenny

Opracował: Mariusz Gołąbek
 




Ewald Kudla
powrót »