Relacje


powrót »

Urodziłem się w Woli Kiedrzynskiej (Woj. Śląskie) 18 sierpnia 1951 roku. Tamże ukończyłem szkołę podstawową oraz Szkołę Górniczą przy Zakładach Górniczo – Hutniczych „Sabinów” uzyskując zawód ślusarza – tokarza. W „Sabinowie” rozpocząłem pracę na stażu, a następnie podjąłem zatrudnienie w Przedsiębiorstwie Robót Remontowych w Knurowie. W latach 1972 – 1974 pracowałem na słynnej później KWK „Wujek” w Katowicach. W tamtych czasach jedną z najważniejszych spraw była kwestia uzyskania mieszkania. O ile w Częstochowie na takowe miałem szansę dopiero w roku 1982, o tyle w Jastrzębiu Zdroju okres oczekiwania był znacząco krótszy. W styczniu 1975 roku zacząłem pracować na KWK „XXX-lecia PRL” (dziś „Pniówek”). Kończyłem kolejne kursy i uzyskałem uprawnienia strzałowego oraz kombajnisty. Otrzymałem mieszkanie w Zdroju i tak związałem moje losy z Jastrzębiem.
Przed rokiem 1980 działałem w tzw. „starych związkach”. Byłem nawet przewodniczącym na oddziale. Nie działałem natomiast w opozycji. W pamiętnym sierpniu sytuacja z dnia na dzień stawała się coraz bardziej napięta. Tak jak wspominał Ewald, z wakacji na Wybrzeżu wracało wiele osób i mówiło o tym, że w Gdańsku i Szczecinie robi się gorąco. W Jastrzębiu do pewnego czasu był spokój, natomiast jeżdżąc do rodziny do Częstochowy pamiętam, że tam już brakowało mięsa w sklepach. Stąd często woziliśmy tam różnego rodzaju deficytowe produkty. Na Śląsku było źle, ale nie tak tragicznie, jak w pozostałych regionach naszego kraju. Przyjechałem na kopalnię na 2 zmianę pierwszego dnia strajku. Pamiętam, że przemawiał Zbigniew Czuczman, a wokół niego skupiła się niewielka grupa ludzi. Czuło się, że coś „wisi w powietrzu”. Większość osób była za strajkiem, ale byli też tacy, którzy nie chcieli protestować. Jeden człowiek wspominał grudzień 1970 roku w Gdańsku. On tam był. Bał się, że tu może skończyć się podobnie. Zdecydował się wrócić do domu. My pamiętaliśmy, co stało się wówczas na Wybrzeżu, ale zostaliśmy. Żona oczywiście bała się o mnie, ale popierała moją decyzje. Wiedziała, jak wygląda sytuacja.
Ci, którzy zdecydowali się na protest, przeszli na Halę Zborną. Stare związki stanęły po stronie dyrekcji. Pamiętam sytuację, że pierwsza zmiana, która miała wyjechać na powierzchnię, została zatrzymana na dwie godziny pod ziemią. To wystraszyło niektórych, więc wracali autobusami do domów. Na Hali Zbornej padały różne postulaty. Do obecnych przemawiały kolejne osoby, m.in. właśnie Ewald Kudla, który nawiasem mówiąc był wówczas moim sąsiadem i do dziś jest bardzo dobrym kolegą. Mieszkaliśmy w jednej klatce, on na III, a ja na VII piętrze. Rozpoczęło się spisywanie osób, które miały reprezentować oddziały. Wytypowano także mnie. I tak znalazłem się w komitecie protestacyjnym. Wszystko działo się w obecności dyrekcji. Za stołem siedzieli Cofalik, Klimala i Juras. Z ust przemawiających padały różne argumenty za i przeciw strajkowi. Na pewno nie było tak, że wszyscy zdecydowanie popierali protest. Po jakimś czasie na kopalnię przyjechała nocna zmiana, m.in. Grzegoszczyk. Zaczął formować się ostateczny skład komitetu. Zdecydowano, że poszczególni delegaci przejdą do oddziałów, aby porozmawiać z pracownikami o postulatach. Po dyskusjach spisano wszystkie, a już na Hali Zbornej dokonano ich selekcji. Usunięto powtarzające się i skorygowano błędne. Z ostateczną wersją poszliśmy do gabinetu dyrektora, a ten zgodził się na wszystkie, które były w jego gestii. Jeśli chodzi o pozostałe, to obiecał, że skontaktuje się z odpowiednimi organami celem przedstawienia żądań załogi zakładu. Był tam chociażby postulat pięciodniowego tygodnia pracy, choć brano pod uwagę jeszcze inny system tak zwany 4 brygadowy w którym robota trwała 6 godzin, ale ostatecznie nie wprowadzono tego. Nie mieliśmy jeszcze wówczas przewodniczącego, więc o wszystkim decydowaliśmy kolegialnie. Naczelny inżynier Juras zaproponował nam podpisanie dokumentu, w którym mieliśmy wziąć odpowiedzialność za kopalnię. Opinie wśród nas były podzielone, ale po skontaktowaniu się z KWK „Manifest Lipcowy” otrzymaliśmy dyrektywę, że mamy absolutnie nic nie podpisywać. O tego typu sprawach miał decydować Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Z nimi kontaktował się Andrzej Bednarski. Niestety nie pamiętam, czy sprawa ta została załatwiona przez telefon, czy też Andrzej udał się na „Manifest” celem przedstawienia sytuacji.
Czym zajmowałem się w czasie strajku? Jako pracownik G3 (oddział wydobywcy) wraz z Ewaldem byliśmy odpowiedzialni za zabezpieczenie dołu kopalni. Byłem strzałowym i kombajnistą, więc musiałem chodzić na odprawy do dozoru. Ci tymczasem przedstawiali nam niemal katastrofalną wizję tego, co dzieje się pod ziemią (dozór wowczas nie strajkował). Oczywiście wszystko to było czynione na złość protestującym, gdyż dozór chciał, aby pomimo strajku praca odbywała się normalnie. Nie mieliśmy wyboru, więc pytaliśmy najbardziej doświadczonych członków załogi, czy rzeczywiście na danym oddziale sytuacja wygląda tak tragicznie, jak przedstawiają to przełożeni. Na szczęście to byli ludzie z dużym stażem pracy i wiedzieli, że nic złego się nie dzieje. W kilku przypadkach należało interweniować, ale dozór nie miał żadnego poważania u górników i jedynymi osobami, które mogły przekonać ich do pracy, byliśmy my. Nam wierzono i ufano. Moj ówczesny kierownik był człowiekiem bardzo narwanym. Miał pretensje, ponieważ gdy zażądał zjazdu to nikt nie chciał się ruszyć, ale gdy ja lub Ewald poprosiliśmy, to nagle znajdowało się dziesiątki ochotników. Cóż, pokutowały lata traktowania ludzi jak bydło. Ileż razy prosty górnik słyszał od niego „spierdalaj”.
Bodajże w drugi dzień strajku przeszliśmy z systemu rotacyjnego na okupacyjny. Pamiętam, że załoga była mocno zbulwersowana względem postawy naszej kopalnianej komórki partyjnej. Oni bali się wyjść do ludzi i przemówić. Siedzieli więc w komitecie zakładowym i tyle ich widziano. Ja jako odpowiedzialny za dół kopalni często byłem zmuszony zjeżdżać pod ziemię. Do tego dochodziły odprawy z dozorem i wspominam sytuację, jak chciano z zakładu wyrzucić jednego nadsztygara, bo po prostu zaczął siać zamęt. Wiele osób się bało i, jak już mówiłem, wspominało to, co działo się na Wybrzeżu dekadę wcześniej. Nie wiedzieliśmy, co się z nami stanie. Czy nas pozabijają, czy aresztują... Sam w 1976 roku, kiedy to miały miejsce wydarzenia w Radomiu, byłem na Wybrzeżu. Mówiono nam, że miejscowi niechętnie patrzą na ludzi ze Śląska. Na wagonach często widzieliśmy różne napisy adresowane do nas. Polecieliśmy samolotem do Gdańska i kierownik wycieczki przestrzegał nas przed afiszowaniem się miejscem pochodzenia. Tymczasem po przylocie zostaliśmy bardzo miło przywitani. Nie było absolutnie żadnych problemów i nic z tego, co mówiono, nie sprawdziło się. Tak starano się skłócić robotników z różnych części kraju. Propaganda władz celowała w ten punkt. Dobrze to pamiętam.
Tego drugiego dnia na kopalni miała miejsce Msza Święta. Odbyła się na wyraźne żądanie załogi zakładu. Odprawił ją nasz proboszcz, ksiądz Dyrda. W czasie nabożeństwa zbierano pieniądze, z których część przeznaczono na rodziny ofiar wypadku w KWK „Halemba”, który miał miejsce w tamtym czasie. Zginęło kilku kolegów... Z tej zbiórki zbudowano później również pomnik. Ksiądz Dyrda przywiózł figurę Świętej Barbary, która stanęła na cechowni. Kto chciał, zawsze mógł się pomodlić. Później namalowano także obrazy Swietej Barbary, które powieszono przy wejściu do szybu, pod ziemią.
O porozumieniach z Gdańska i Szczecina dowiedzieliśmy się od działaczy z „Manifestu Lipcowego”. Do tego momentu atmosfera była niesamowicie napięta i brakuje słów, aby to dziś opisać. Po otrzymaniu wiadomości o podpisaniu Porozumień Jastrzębskich na kopalni zapanowała euforia. Ludzie byli pełni nadziei, że teraz wszystko się zmieni i będziemy traktowani jak ludzie. Potem powstał Zakładowy Komitet Robotniczy. Ja zostalem przewodniczącym oddziałowym oraz członkiem plenum. Potwierdzam również sytuację, w której Grzegoszczyk zdecydował się publicznie podziękować Edwardowi Gierkowi. Była nawet przygotowana depesza do pierwszego sekretarza, ale została ostatecznie wstrzymana. Gierek był człowiekiem stąd, więc wiele osób, mimo, wszystko czuło do niego sentyment.
Gdy ochłonęliśmy to trudno było nie zauważyć, że wszystko powoli wraca na stare tory. Dyrekcja ciągnęła w swoją stronę, ale i my mieliśmy możliwości, by wyrażać swoje zdanie. Próbowano wywierać nacisk na ludzi, aby przychodzili do pracy w dni wolne. Kupowano górników za 200 zł, gdy tymczasem sztygar otrzymywał 500 zł. Pamiętam taką sytuację, gdy nasz przewodniczący Grzegoszczyk miał urodziny. Otrzymał wówczas od dyrektora kopertę, w której było bodajże 1000 zł. Dowiedziałem się o tym od Ewalda. Zdecydowałem, że nie można tego tak zostawić, bo nagroda dla przewodniczącego nie została przyznana przez dyrektora z jego własnej kieszeni, ale z funduszu zakładowego. Jakim prawem? Wystąpiłem z tym na plenum, choć przekonywano mnie, że lepiej nie dotykać tego tematu, bo może to się skończyć w niemiły sposób. Mimo to wystąpiłem z takim pytaniem do dyrektora. Ten początkowo był twardy, ale ostatecznie przyznał, jak wyglądała sprawa. Dziś można podejrzewać, że chodziło o pokłócenie nas. Tym bardziej, że na innych kopalniach robiono podobne rzeczy. Grzegoszczyk nie miał do mnie o to nigdy pretensji, choć narzekał, że Ewald powiedział mi o tym. Później nasz przewodniczący uciekł w czasie wyjazdu do Włoch... Wracając jednak do sytuacji po podpisaniu Porozumień, to trzeba powiedzieć, że siła głosu pracowników wzrosła. Z tym często nie potrafili sobie poradzić sztygarzy i kierownicy. Wcześniej mogli robić to, na co mieli ochotę. Wrzeszczeć na ludzi i przeklinać ich. Ile razy wymieniano szyby w okienku na cechowni poniewaz kierownik tak delikatnie je zamykał gdy ktoś się zwracał z jakąś proźbą o wolne. Po sierpniu musieli się hamować. Była taka sytuacja, że na moim oddziale kierownik złapał młodego chłopaka, który spał na zmianie. Chciał go natychmiast zwolnić. Zdecydowałem się wstawić za młodym, przecież można było dać mu naganę lub przenieść, ale nie natychmiast zwalniać. Kierownik był nieugięty, więc poszliśmy do Jurasa i tam osiągnęliśmy kompromis. Chłopak został na kopalni, a mimo to miał potem do mnie i tak pretensje, że został przeniesiony. Cóż, dziwna wdzięczność.
W maju 1981 roku nie byłem we Włoszech, gdzie udał się m.in. Ewald. W tym czasie pojechaliśmy do Szczecina wraz Władysławem Skowronem i Józefem Fludrem, Bronkiem Śliwowskim był też Andrzej Szymczyk i jszcze inni, na uroczystość poświęcenia sztandaru ziemi pomorskiej. Wyjazd miał charakter rewizyty, gdyż na Barbórkę 1980 roku na naszą kopalnię przyjechali pracownicy Stoczni Szczecińskiej, wtedy im. Adolfa Warskiego. Przed ich przybyciem często słyszeliśmy, że nasze zarobki w porównaniu z ich wypłatami są za wysokie, bo przy spawaniu kadłubów pracuje się równie ciężko. Cóż, przyjechali, weszli na przodek, zobaczyli jak wygląda praca górnika i... wyzbyli się jakichkolwiek wątpliwości. Jeden z nich był wręcz zszokowany. Mówił, że tu pracują jakieś czarne „diabły”, które tylko zęby i oczy mają białe. Kurz, dym, temperatura, po prostu warunki zupełnie nie do pracy. I już nikt z nich nie wspominał nic o żadnym spawaniu. 2 maja 1981 roku pojechaliśmy do Szczecina. Odbyła się tam uroczysta Msza Święta, poświęcenie sztandaru ziemi pomorskiej, a także spotkaliśmy się z działaczami związków zawodowych z Norwegii. Oni przekazali nam później specjalistyczną maszynę off-setową, z powodu której miałem w czasie stanu wojennego niemałe kłopoty. My na Wybrzeżu, a druga grupa pojechała do Włoch. Gdy dowiedziałem się o ucieczce Grzegoszczyka I innych byłem bardzo rozczarowany. Nikt się tego nie spodziewał.
 

Zobacz więcej >> Stan wojenny

Opracował: Mariusz Gołąbek




Wiesław Matusiak
powrót »