Relacje


powrót »

W lipcu 1980 roku stanął Ursus i stocznie na Wybrzeżu. Za małego strajku o ceny w krótkim czasie powstał wielki ruch społeczny. Uważałem, że my w KWK „Jastrzębie” powinniśmy im pomóc. To była właśnie ta chwila. Ludzie to poparli. Widzieli, jak wygląda sytuacja. Siedem dni w tygodniu do pracy. Ciągle głowy spuszczone w dół, jeśli ktoś z kierownictwa podniósł głos. Nawet niektórzy „czerwoni” byli za, ale byli zastraszani, więc się wahali. Stwierdzali, że inni powinni załatwić sprawę za nas. Moja siostra zresztą mówiła podobnie. Zdecydowałem. Musimy pomóc Gdańskowi.

W dzień wybuchu strajku poszedłem do sygnalistów. Poprosiłem jednego z nich o nazwisku Marcinkiewicz, aby nie wpuszczał ludzi na dół do pracy. Następnie udałem się cechownię, gdzie stanąłem przed zgromadzonymi robotnikami. Mówiłem, że musimy przerwać wydobycie i pomóc strajkującym na Wybrzeżu, bo to też nasza sprawa. Nie możemy nadal być traktowani jak przedmioty. Walczymy o godność ludzką. Załoga przystąpiła do strajku, mimo że na cechownię przyszedł dyrektor Małyjurek. Oczywiście nie tylko ja byłem organizatorem. To tylko Wałęsa sobie teraz wszystko przypisuje, że sam wygrał strajk w Gdańsku. Bardzo dużo pomógł Henryk Nejman. Należy to podkreślić, bo był w partii. Z tego powodu do końca mu nie wierzyłem. Ale wówczas miał naprawdę duże zasługi. Wszystko to działo się między pierwszą a drugą zmianą 28 sierpnia. To była pierwszy strajk na Górnym Śląsku. Zofiówka rozpoczęła protest dopiero w nocy, a później dołączyły pozostałe jastrzębskie kopalnie. Jako ostatnie stanęły zakłady w Katowicach. KWK „Jastrzębie” było zapalnikiem strajków w regionie.

Nie od razu powstał komitet strajkowy na naszej kopalni. Gdy następnego dnia rano zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy na KWK „Manifest Lipcowy”, z naszego zakładu wysłano tam dwóch delegatów. Pojechałem ja i Józef Sadłakowski, natomiast na kopalni jako dowodzący zostali Nejman i Roman Auksztulewicz. Zanim przybyliśmy, na „Manifest” przywieziono Jarosława Sienkiewicza. Podkreślam – przywieziono! Od początku nie podobały mi się jego przemówienia. Chciał przekonać ludzi, że strajki są niepotrzebne. Miał ze mną duże problemy, bo ludzie popierali to, co mówiłem. Gdy kolejnego dnia przyjechał do nas ze Zjednoczenia jakiś gruby dyrektor z Katowic, to Sienkiewicz z nim pertraktował nad głowami strajkujących. Tymczasem zdecydowanie więcej osób chciało rozmawiać tylko z delegacją rządową. Mieliśmy różnego rodzaju postulaty, przede wszystkim branżowe. Spisywaliśmy je całą noc. Nie mieliśmy żadnego prawnika czy doradców, jak strajkujący w Gdańsku. Mimo to uważam, że nasze 13 postulatów wysuniętych w imieniu całego Śląska było lepsze od tych słynnych 21 z Wybrzeża. Zawarcie Porozumień Jastrzębskich załoga przyjęła z entuzjazmem. Osobiście odczytywałem tekst górnikom z KWK „Jastrzębie”, choć wcześniej cały strajk przebywałem na „Manifeście”.

Zostałem wybrany przewodniczącym NSZZ „Solidarność” na mojej kopalni. Mieliśmy 122 delegatów spośród 8,5 tys. załogi. Na tych 122 głosujących, tylko dwóch było przeciw mojej kandydaturze. Mogę się tym pochwalić, bo wygrałem bardzo wysoko. Następnie z poszczególnych oddziałów wybrano członków komitetu. Poza mną do gremium weszli Nejman, Auksztulewicz, Sadłakowski, Jan Dąbrowski, Jan Winiarczyk i Teresa Chorążyczewska. Opracowaliśmy status wewnętrzny. Wszystko odbyło się według procedur demokratycznych. Nie było więc tak, że sobie dobrałem współpracowników. Jedynie Dąbrowskiego, którego nazywaliśmy „Chytrus”, wyznaczyłem na mojego zastępcę. Dużą część naszej struktury związkowej przejęliśmy ze starych związków, m. in. sposób wyłaniania delegatów. Tym też należy się pochwalić, iż u nas w starych związkach pozostało jedynie niecałe sto osób. To była jedyna kopalnia na całym Śląsku z takim rozkładem sił. Rekord województwa. Jeśli ktoś ma inne dane, to może mi je pokazać. Mimo to uważam, że popełniliśmy błąd biorąc do „Solidarności” wszystkich chętnych. Członków mieliśmy ponad 8 tys., ale to powodowało niepotrzebne tarcia.

Mała liczba osób w starych związkach spowodowała, że żaden z nich nie mógł być oddelegowany do pracy związkowej. Musieli iść normalnie do roboty. Jeden z nich był oddźwiernym sekretarza partii. Jedyne, co robił, to otwieranie drzwi przed przewodniczącym. To była ta równość w komunie. Powiedziałem dyrektorowi, że żądam usunięcia tego człowieka, a jeśli chce pracować jako oddźwierny, to może czynić to poza normalną pracą. Dyrektor przychylił się do tego wniosku. Z tym sekretarzem miałem zresztą różne przejścia. Facet miał gabinet piętro wyżej, a dzwoni do mnie i mówi lekceważąco: „Kolegoooo, może byście przyszli do mnie górę”. To ja mu odparowałem: „Kolegoooo, a może byście do mnie na dół przyszli”. Chciał mnie ustawić, ale nie pozwoliłem mu na to. W końcu to on miał lżej zejść na dół, niż ja wchodzić do góry (śmiech).

Sam „karnawał” Solidarności wspominam bardzo dobrze. Ludzie się zmienili. Przychodzili do pracy z uśmiechem na ustach. Byli prawdziwie solidarni. Jeśli w słusznej sprawie stawała jedna kopalnia, to inne natychmiast ją wspierały. Wywalczyliśmy wolne soboty i wreszcie mogliśmy mówić to, za co wcześniej można było stracić pracę. Ale były też inne sytuacje. Po samych porozumieniach na „Manifeście” przyszła do nas pewna pani. Nie wiem skąd. Do dziś nie mam pojęcia kim była i o co jej chodziło. Weszła do pokoju i powiedziała, że nasz czas już minął, zrobiliśmy swoje i możemy odejść. Oniemieliśmy. Ktoś odparł, że o tym zadecydują wolne wybory. Ale do dziś nie rozumiem tej sprawy. Niektórzy natomiast próbowali rozgrywać „Solidarność” do własnych spraw. Na jednym z oddziałów ludzie nie chcieli oddać sztygara, którego dyrektor wysyłał na poranną zmianę. Z tego powodu nie chcieli zjechać na dół, bo nowy im nie pasował. Powiedziałem im, że jeśli chcą strajkować, to mogą. Ale nie dostaną wypłaty. Przecież wydobycie było na głowie dyrektora, a nie związku. On nie zwalniał tamtego sztygara, a jedynie potrzebował do innych spraw. Niestety, żyjemy w takim państwie, że każdemu kto umie mówić wydaje się, że ma rację. Wiele tego typu rzeczy nie było potrzebnych, ale jeździłem na kopalnię i załatwiałem. Ta praca była moim dzieckiem. Bardzo się w to zaangażowałem i wiele dzięki temu przeżyłem.

Na cechownię powróciła figura Św. Barbary. Wbrew temu, co niektórzy twierdzą, odprawiano normalnie msze w KWK Jastrzębie. Ten, kto twierdzi inaczej jest bezczelny i kłamie. Nawet zdjęcia mam z tych nabożeństw, więc jak mogło ich nie być? Pamiętam masówki w Katowicach, na które zapraszał mnie Śliwa, choć nie pamiętam, z jakiej był kopalni. Mówiąc o karnawale „Solidarności” nie można nie wspomnieć o Sienkiewiczu. W Rydułtowach była pewna kobieta, której nazwiska też nie potrafię sobie przypomnieć. Bardzo tego żałuję. To była bardzo odważna osoba. Dzięki niej miałem poparcie dla wyrzucenia Sienkiewicza. I też wówczas zarzucano nam, że rozbijamy związek. To samo, co dziś z Kaczyńskim, gdy chcą zrobić porządek. Okazało się, że mieliśmy rację. Jestem pewien, że Sienkiewicza przywieziono pod kopalnię. Tak samo jak Wałęsę. Od początku o tym wiedzieliśmy. On przeskoczył przez płot, ale nie chce powiedzieć, kto go pod ten płot przywiózł. Dlaczego nikt nie zada mu tego pytania? Dziś uważa się, że to on obalił komunizm. Wszechmocny Wałęsa. Jest legendą Solidarności, ale tych legend jest naprawdę dużo więcej.

Inną kwestią były tarcia w związku, o których już wspominałem. Czasami napięcie rosło. Na przykład faktem jest, że nie odesłałem do regionu ani złotówki ze składek. Oni tam sobie ustalili wysokość swoich zarobków. Nie akceptowałem tego. Z jednej strony walka o idee, a z drugiej taki Sienkiewicz chciał zarabiać cztery razy więcej niż dotychczas. Gdy w stanie wojennym księgowy w stopniu kapitana nasłany przez władze sprawdzał nasze finanse, nie znalazł nawet grosza, który nie był prawidłowo zaksięgowany i wydany zgodnie z prawem. O kwestie pieniędzy zresztą buntowali się moi koledzy, którzy pracowali na powierzchni. Chcieli zarabiać tyle, co dołowi, albo chociaż otrzymać podwyżki na takim samym poziomie. W tym drugim przypadku mieli rację, ale ustalenia były takie, a nie inne. Niektórym musiałem ostro powiedzieć, że jeśli chcą mieć więcej, to niech przyjmą się do pracy pod ziemię. Ja z mojej kieszeni przecież nikomu nie dam. W czasie strajku każdy dostawał normalnie dniówkę. Wielu pchało się na strajk, bo wiedzieli, że będą mieli płacone.

Na początku 1981 roku powstał list popierający apel Jaruzelskiego o „90 dni spokoju”. Inicjatorem był Nejman. Byłem temu bardzo przeciwny, ale w demokratycznym głosowaniu wniosek przeszedł. Cóż, Nejman był partyjny. A ja, jak już mówiłem, nigdy takim do końca nie ufałem. Po sierpniu nie zachowywał się porządnie. Przychodził pijany do pracy albo pił wódkę z dyrektorem Głąbem. Gdy zwracałem mu na to uwagę, to wrzeszczał, że mam go wyrzucić, jeśli mi się to nie podoba. Ja uważam, że wszystko jest dla ludzi, ale nie w pracy. Nikt nie może powiedzieć, że kiedykolwiek widział mnie przy robocie pod wpływem alkoholu. List wspierający Jaruzelskiego został fatalnie przyjęty przez załogę. Nejman mógł zostać zlinczowany, ale postanowiłem go bronić. Przeprosiłem wszystkich za ten błąd, wziąłem to także na siebie. Stało się, trudno. Następnego dnia na kopalnię przyjechali dziennikarze, bo władze chciały rozdmuchać sprawę. Zabroniłem Nejmanowi udzielania jakichkolwiek wywiadów. On wypierał się później tego listu, ale nie można przecież zamazać czegoś, co miało miejsce. Można naprawić, ale nie udawać, że nic się nie stało. 


Opracowanie: Mariusz Gołąbek, Andrzej Kamiński

Zobacz również  >> Stan wojenny i internowanie

 




Antoni Jurkiewicz
powrót »