Relacje


powrót »

W 1980 roku pracowałem w kopalni „ZMP”, która wcześniej nazywała się KWK „Świerklany”. Jednak władze komunistyczne lubiły nadawać swoje nazwy, podczas przejęcia zakładów i tak ją dziwnie nazwano. W tamtym czasie stanęła praca w stoczni gdańskiej i rozpoczęły się strajki na Pomorzu, bardzo to przeżywaliśmy. Zaczęły się rozmowy w środowisku górniczym, w jaki sposób pomóc stoczniowcom, początkowo bowiem byli bardzo osamotnieni w swojej walce. „Kropkę nad i” postawili górnicy, dzięki temu doszło do podpisania porozumień w stoczni. Gierek nie spodziewał się, że na Śląsku stanie praca w kopalniach, to było dla niego zaskoczenie i „dobicie” go. A stoczniowców w walce wsparło przede wszystkim Jastrzębie. Najpierw pracę przerwała kopalnia „Borynia”, potem „Manifest Lipcowy”, a potem kopalnia „ZMP”. 

Byłem jednym, z trzech inicjatorów strajku. Piotr Wołowicz, Henryk Zgryźniak i ja tworzyliśmy ścisłą trójkę przewodnią. Ja wtedy pracowałem w tzw. „dozorze”, dołączył się jeszcze z naszej grupy inż. Marian Kosiński, który pracował w łączności i razem ze mną został skazany na więzienie. Ale ścisłych inicjatorów jest nas trzech i jeszcze Janina Glińska, która obecnie już nie żyje. Ona została naszym skarbnikiem i znalazła się w grupie inicjatywnej. Wówczas, podczas strajków, pracowała fizycznie - była wspaniałą kobietą.

Zebraliśmy się w 1980 roku w sali kinowej, podczas ogromnego zamieszania, panującego na kopalni. Dyrektor nawoływał do rozejścia się. Gdzieś po kopalni biegało ORMO. Wtedy przemówienie wygłosił P. Wołowicz , bardzo charyzmatyczny chłopak. Powiedział, że „stoją” już inne kopalnie i właśnie w tym momencie weszli na salę przedstawiciele strajku w kopalni „Borynia”. Wtedy też oficjalnie rozpoczął się strajk kopalni „ZMP”. Uczestniczyło w nim wielu ludzi, niemal cała załoga. Dyrekcja zakładu i inni pobratymcy partii nie włączyli się, starali się ten strajk rozbić wszelkimi siłami. Sekretarz partii straszył nas wprowadzeniem czołgów, konsekwencjami…Ale został wygwizdany i zaniechał prób. Wybraliśmy wtedy komitet strajkowy, na którego czele stanął Piotr Wołowicz, ustalono 8 członków KS: Janina Glińska, Henryk Zgryźniak, Grabowski, ja i jeszcze inni, których nazwisk nie pamiętam. Marian Kosiński, jako inżynier i mądry człowiek został desygnowany do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, działającego przy kopalni „Manifest Lipcowy”. On jest sygnatariuszem podpisania porozumień jastrzębskich.

Pamiętam zabawne sytuacje, które wtedy nas rozśmieszyły. Trzeciego dnia strajku, tuż przed podpisaniem porozumienia, drogę do naszej kopalni obstawiła milicja i nie puszczano do nas rodzin, nikogo. Zadzwoniłem do komendanta milicji w Żorach i przedstawiłem się jako Komitet Strajkowy „ZMP”, wystąpiłem z nakazem likwidacji tej blokady. Zagroziłem, że zwrócę się do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego o przerwanie rozmów z rządem. Jak machnięciem magicznej różdżki - zaraz nie było żadnego milicjanta pod kopalnią. Liczono się z Komitetami Strajkowymi i bano się naszych decyzji.

Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, jak wtedy. Pracownicy kopalni i inni uczestnicy strajku obdarowali nas wtedy kwiatami. Pierwszą naszą decyzją była prośba do dyrektora o powrót do tradycji górniczych i postawienia figury świętej Barbary. „ZMP”, jako nowoczesna kopalnia wtedy nie miała żadnych tradycji. Dyrekcja była wtedy bezsilna wobec ruchów związku zawodowego „Solidarność” i takie zezwolenie wydała.

Postać świętej Barbary zrobiono właściwie własnymi siłami, przy kościele w Żorach. Przyjechał nawet biskup Czesław Domin z kurii z Katowic i poświęcił ten pomnik. Odbyła się msza z udziałem całej załogi. Nawet „załatwiliśmy” wejście mieszkańcom okolicznych wsi, którzy także wzięli udział w uroczystości. Łzy nam wtedy napływały do oczu, kolejne zwycięstwo i bardzo ważna chwila.

Nastąpiły wolne wybory w związku „Solidarność”. Przewodniczącym na naszej kopalni został Henryk Zgryźniak – kombajnista i bardzo dobry przodowy, taki „fajny chłopak”. Jego zastępcą mianowano Piotra Wołowicza, bardzo charyzmatycznego faceta. Skarbniczką była Janina Glińska. Ja zajmowałem się sprawami BHP. Było nas tylko czworo w komisji zakładowej, ponieważ nasza kopalnia była niewielka. W tym czasie w kraju narastała niespokojna sytuacja. Jaruzelski został premierem, potem pierwszym sekretarzem i czuliśmy, że coś się święci. Nawet nasz dyrektor kopalni, który był zazwyczaj dość liberalny i elastyczny, w tym czasie zaczął dość „sztywno” kontaktować się ze związkami.


Opracowanie: Paulina Krachało, Andrzej Kamiński
 




Zbigniew Grab
powrót »