Relacje


powrót »

Zaszczepiono mi patriotyzm jeszcze w latach dziecięcych. Ojciec poszedł na wojnę, kiedy miałem 6 miesięcy, a wrócił, kiedy miałem 6 lat. Uczestniczył w II Wojnie Światowej, był też więźniem obozu koncentracyjnego. Z wojska dostał się do niewoli, udało mu się przeżyć tylko dlatego, że był kowalem i Niemcy w obozie go potrzebowali. Widział, co się działo w kraju po wojnie. Po 1945 roku nie był już mile widziany w Polsce. Otworzył prywatną kuźnię, jednak tak zarzucono go podatkami, że musiał zamknąć biznes. Tata nie chciał wejść do partii, miał z tego względu problemy.

Ja skończyłem szkołę w Koninie, byłem tokarzem z zawodu. Wstępne praktyki odbyłem w Gorzowie. Miałem trafić do stoczni szczecińskiej, ale nie udało się. Później przyjechałem na Śląsk, miałem początkowo tylko odrobić, służbę wojskową, ale zostałem na stałe w pracy. W 1980 roku pracowałem w „PRG” w Suszcu. Na jednej z nocnych zmian rozpoczęliśmy strajk, zainicjowany działaniami KWK „Zofiówka” wtedy „Manifest Lipcowy”. Chcieliśmy skontaktować się z górnikami z „Manifestu”, ale odcięto nam telefony zewnętrzne. Wysłaliśmy delegację samochodem, ale nie byliśmy pewni, czy wrócą. Obawialiśmy się, czy w ogóle dojechali do kopalni. W ostateczności zadzwoniliśmy do Zakładu Gospodarki Kamieniem, znajdującego się przy KWK „Manifest Lipcowy”, gdzie połączono nas z kopalnią i poinformowano, że delegacja dojechała, została przyjęta. W 1980 roku, kiedy wybuchł strajk na kopalni było nas niewielu, strajk był rotacyjny. Nikt nie zjeżdżał, jedynie do bezwzględnie koniecznych prac. Właściwie każdy mógł nas tam „czapką nakryć” – zakład był nieogrodzony, stał w polu, trudno było zachować pełną dyscyplinę. Ale daliśmy sobie radę.

3 września podpisane zostaje „Porozumienie Jastrzębskie”. Zakładam „Solidarność” na naszej kopalni, jestem też jednocześnie członkiem Komisji Zakładowej i Mężem Zaufania. Okres „karnawału” solidarności właśnie się zaczął. Był to dobry czas – tak to oceniam. Można było nagle organizować wspólne spotkania, ludzie integrowali się ze sobą. Chociaż była bieda, niczego w sklepach nie było, to jednak zawsze udało się coś zorganizować dla wspólnej radości. Ludzie się bardzo szanowali. Nikt nie spodziewał się tego, że będzie stan wojenny.

Stan wojenny zastał mnie niespodziewanie, gdy byłem w sanatorium w Kołobrzegu. Szybko wracam do Jastrzębia i podejmuję natychmiast działalność konspiracyjną. Najpierw jest to Bractwo Trzeźwości, potem przekształca się to w PTTK „Pielgrzym” (działają w Kościele „na górce” przyp. red.), później współpracuję z podziemnym wydawnictwem „OŚĆ”, byłem też w na delegacjach w Szczecinie i na KWK „Wujek”. Podczas stanu wojennego Kościół „na górce” był skrupulatnie obserwowany, trzeba było wiele sprytu, by działać. Ksiądz Białas i ksiądz Czernecki zaproponowali organizację „Bractwa trzeźwości”, a następnie sami zainicjowali zamianę tego na PTTK „Pielgrzym”. Zbiegiem okoliczności pojechaliśmy do Warszawy w delegację, do współpracującej z nami organizacji, o podobnym charakterze. Kiedy jechaliśmy okazało się, że wszystkie dworce i okolice są obstawione przez policję, łapali wszystkich, którzy chcieli wyjechać ze Śląska. Nam się udało, zostaliśmy „przemyceni” gdzieś bokiem.

Działalność w PTTK „Pielgrzym” była jak najbardziej konspiracyjna, prowadziliśmy kolportaż ulotek, prasy i książek wydawnictw podziemnych. Kolportowałem „Wolnego związkowca”, „OŚĆ”, „RIS”. Aktywnie brałem udział w Mszach za Ojczyznę. Byłem uczestnikiem pamiętnej manifestacji 3 maja 1988 roku w Jastrzębiu.

W 1986 roku byliśmy zaproszeni do związkowców z wybrzeża. Pojechałem w delegacji do Szczecina, jako jeden z górników z Jastrzębia. Wówczas była to rocznica 1970 roku i wydarzeń grudniowych. Najpierw uczestniczyliśmy we mszy z tej okazji, byliśmy w mundurach górniczych. Po wyjściu z kościoła doskoczyło do nas czterech ubranych po cywilnemu osobników. Szliśmy w trójkę, jeden z nas uciekł. Złapali mnie i Romana Chrobaka. Wsadzili nas do tzw. „suki” i przewieźli na komisariat. Mówili nam żeby nie stawiać oporu, bo są z milicji”. Na komisariacie czekała na nas masa milicjantów, którzy zakpili, że - pobożni górnicy przyjechali. Powiedziałem „Szczęść Boże”, ale odpowiedzi nie było. Zostałem zabrany na dyżurkę ponieważ miałem ze sobą torbę podręczną. Miałem tam czapki górnicze, natomiast ulotki miałem w kieszeniach. Musiałem pokazać torbę, ale na szczęście mnie samego nie przeszukano. Następnie obiecano mi, że będę dokładnie „przemaglowany”. Po jakimś czasie zostałem zawołany do przesłuchania przez majora, ubranego po cywilnemu. Chciał koniecznie wiedzieć, po co przyjechałem do Szczecina, i co było na mszy. Zażądał ode mnie pozwolenia na posiadanie munduru górniczego, ale nie musiałem go mieć, ponieważ byłem górnikiem i miałem określony stopień. Zapytał mnie, czy nie można było modlić się za stoczniowców w Jastrzębiu, ale odpowiedziałem, że skoro nas zaproszono, to nie wypadało nawet odmówić. W kieszeniach miałem jeszcze pełno ulotek, które dostaliśmy w kościele. Po mnie zawołano mojego kolegę, Romana Chrobaka. On się trochę przestraszył i wcisnął za kaloryfer w worku nylonowym schowane odznaki, które dostał w kościele. Nylon się stopił i odznaki z za kaloryfera wypadły. Ale nie przeszukiwano nas, poza sprawdzeniem mojej torby i dlatego ulotki udało nam się przewieźć do Jastrzębia. Po przesłuchaniu dzwoniono do Jastrzębia, sprawdzono nas, a następnie wypuszczono. Wróciliśmy na probostwo i unikami wsadzono nas do pociągu i szczęśliwie wróciliśmy do Jastrzębia.

Rok 1980 to był pozytywny rok, pełen nadziei. Wydawało nam się, że w Polsce będzie inne życie. Teraz jest znacznie lepiej, ale wtedy inaczej sobie wyobrażaliśmy Polskę. Ci, którzy wtedy głosili razem z nami, jakiej Polski oczekują zmienili swoje postępowanie lub poglądy. Myślę jednak, że nasza walka miała swój głęboki sens w który nigdy nie zwątpiłem. 


Opracowanie: Paulina Krachało, Andrzej Kamiński

 




Kazimierz Brudziński
powrót »