Relacje


powrót »
"Dla Polski warto było"

 Na moje życie, na moją postawę decydujący wpływ miało wychowanie domowe. Mój ojciec był przedwojennym żołnierzem. Składał przysięgę jeszcze za Marszałka Piłsudskiego. Ojciec urodził się w 1908 roku. Za okupacji przesiedział w gestapowskich więzieniach, ładnych parę miesięcy. Później został przewieziony do obozu do Niemiec. Tam też poznał swoją przyszłą żonę, a moją matkę. Po wyzwoleniu, jeszcze przed powrotem do kraju ojciec otrzymał propozycję wstąpienia do armii amerykańskiej. Gdyby podpisał pięcioletni kontrakt miał szansę, aby otrzymać obywatelstwo amerykańskie. Był zawodowym podoficerem. Podczas kampanii wrześniowej służył gdzieś pod Łodzią. Jego oddział ochraniał magazyny broni i amunicji. Kiedy Niemcy zbliżali się do Łodzi jego oddział otrzymał rozkaz aby wysadzić te magazyny. Podobno falę uderzeniową, po wybuchu odczuwało się 12 km od epicentrum. Otrzymali rozkaz udania się w kierunku Lwowa. W trakcie przemarszu; a było to już po 17 września, czyli po wejściu Sowietów do Polski, otrzymali rozkaz ażeby się rozbroić. Część oddziału udała się do Rumunii, a ojciec powrócił do domu aby zająć się samotną matką. Ukrywał się w rodzinnym domu w Burzeninie. Którejś nocy przyjechało Gestapo i znaleźli go w piwnicy. To dziwne, ale ojca uratował tłumacz, który służył u Niemców. Po prostu pouczył go jakiej ścieżki obrony ma się trzymać. I jakoś udało mu się wybrnąć z opresji, został jednak przewieziony, jak już wspomniałem do niemieckiego obozu.
Po powrocie do kraju spotkał się z kolegami sprzed wojny i wspólnie zastanawiali się co to takiego ta władza ludowa. Szybko się jednak o tym przekonali. Aresztowania przez UB, przesłuchania. Był taki incydent: ciotka pracowała w gospodzie, była kucharką i mama chodziła do niej po jakieś jedzenie. Kosztowało to grosze. Ojca znowu wtedy zamknęło UB, a był przecież jedynym żywicielem rodziny. To był dzień targowy i nagle jakiś milicjant, który pił z chłopami, którzy ze wsi przyjechali na targ, podszedł do baru. Mama z żalem do niego powiedziała: Dlaczego pan mi męża zamknął? Milicjant odpowiedział, że złodziei i bandytów trzeba zamykać. Mama zareagowała tak, że dała mu w twarz. Czapka mu spadła, przewrócił kilka stolików i doszło do rozprawy sądowej. I wcale nie chodziło o to, że ten gliniarz dostał w gębę, tylko o to czy godło na czapce nie zostało poniżone. Sprawy wyglądały źle. I tu na wysokości zadania stanęła bufetowa, która w tym barze piwo rozlewała. Ona zeznała, że pani Sobczyńska Lucyna lewą ręką zdjęła milicjantowi czapkę i odłożyła ją na bar, a prawą ręką dopuściła się rękoczynu.
Mama otrzymała tylko wyrok w zawieszeniu. To był 1954 rok. Po kilku miesiącach wypuścili ojca na wolność, ale ciągle miał kłopoty. No i to wszystko co działo się w rodzinie i z rodziną spowodowało, że na władzę ludową patrzyłem bardzo nieprzychylnie. W1964 roku rozpocząłem pracę w stoczni. Miałem wtedy szesnaście lat. Byłem po szkole zawodowej i pracowałem jako elektryk. W stoczni pracowali ludzie z różnych stron kraju. Byli wśród nich również repatrianci za wschodu. Głównie od nich dowiedziałem się o tym jak funkcjonowała władza radziecka. I nie dziwię się, że to właśnie w stoczni rozpoczął się ten bunt, bo tam pracowało naprawdę wielu przyzwoitych ludzi.
W 1967 roku Stocznię Gdańską przemianowali na Stocznię im. Lenina. To było w rocznicę rewolucji październikowej. Nasz oddział, chociaż ludzie mieli wielką awersję do komunizmu, przerobili na oddział pracy socjalistycznej. Chcieliśmy tego, czy nie. Usiłowali nas kupić jakimiś premiami, nagrodami. Po prostu wcisnęli nam to na siłę.
Przyjechałem na Śląsk w 1970 roku. Byłem świadkiem wielu wydarzeń w Gdańsku i od razu zaczęła się mną interesować esbecja. Ponieważ mój brat pracował na kopalni „Lenin”, a ja musiałem uciekać z wybrzeża, więc przyjechałem na Śląsk. Szukałem pracy na wielu kopalniach ale jakoś nie chcieli mnie przyjąć. Jeden taki starszy sztygar, który pracował razem z moim bratem wytłumaczył mi, że jestem napiętnowany tym, że pracowałem w stoczni, w Gdańsku. Skierowali mnie do Rybnickiego Okręgu Węglowego, bo tutaj nikt, nikomu w dowód nie zaglądał i w krótkim czasie podjąłem pracę w KWK „Borynia”. Później przeniesiono mnie służbowo na KWK „Manifest Lipcowy”. W latach siedemdziesiątych wielokrotnie, moi przełożeni namawiali mnie abym wstąpił do partii komunistycznej. Jakoś udało mi się z tego wykręcić.
Była taka sprawa w 1976 roku. Ponieważ jestem kibicem piłki nożnej, więc często jeździłem na mecze reprezentacji, jeśli tylko ta grała na Stadionie Śląskim. Któregoś dnia, a było to latem 1976 roku, kierownik wezwał mnie do siebie i powiedział mi żebym się nie przebierał, bo pojadę razem z innymi na Stadion Śląski. Wiedziałem, że żadnego meczu nie ma, więc coś mi tu zaczęło brzydko pachnieć. Nie pojechałem. Okazało się, że przeczucie mnie nie zawiodło był to wiec zorganizowany przez komunistów, skierowany przeciwko robotnikom z Radomia i Ursusa. Gdybym wtedy zgodził się na ten wyjazd, choćby i nieświadomie, to bym sobie tego nie mógł wybaczyć do końca życia.
Rok 1980. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego akurat Jastrzębie? Dlaczego kopalnia „Manifest Lipcowy”. Jedyne co mi przychodzi do głowy to fakt, że strasznie pomiatano nami jako przyjezdnymi. „Specyficzny” dyr. Duda wyżywał się na dozorze w sposób wręcz niewyobrażalny, a potem dozór w ramach odreagowania wyżywał się na nas. Zresztą znienawidzona Partia na kopalniach, jedynie słuszny Związek Zawodowy i to, że traktowano nas jak przedmioty; wszystkie te czynniki musiały kiedyś spowodować wybuch. No i tak się stało.
W 1978 roku żona zapisała mnie do „ogólniaka” dla pracujących i chociaż goniłem dzieci do nauki i sam powinienem dawać im przykład, to w 1980 roku musiałem przerwać naukę, bo zostałem członkiem Komisji Zakładowej Solidarności, na naszej kopalni. Trzeba powiedzieć, że zaangażowanie ludzi w ruch Solidarności w tamtych czasach, było ogromne. Byliśmy wciągani, praktycznie we wszystko, od drobnych spraw, do tych naprawdę bardzo ważnych. Czuło się tą wolność. Można się nią było zachłysnąć. Wychodziło wtedy mnóstwo wydawnictw odkłamujących historię. Uczyliśmy się wszystkiego tego co komuniści chcieli z nas wykorzenić. Pamiętam, był rok 1962, a ja uczyłem się wtedy w drugiej klasie szkoły zawodowej w Gdańsku. Pewnego dnia przychodzimy do szkoły, a tu okazuje się z programu nauczania szkół zawodowych zupełnie wycofano historię. Bo po co robotnik ma znać historię. Komuniści traktowali nas jak idiotów.
Historii najnowszej uczyliśmy się od rodziców. Mój ojciec opowiadał mi o Katyniu. Powiedział mi kto za tą zbrodnię jest odpowiedzialny, więc kiedy już chodziłem do szkoły średniej to zapytałem jednego nauczyciela historii, aby coś mi o tym opowiedział, no żeby się chociaż ustosunkował do tematu. Na co nagabywany przeze mnie profesor stwierdził, że to wszystko co się mówi jest nieprawdą, i że za zbrodnię odpowiedzialni są Niemcy. Myślę, że mówił tak ze strachu, bo nie wierzę aby nic o tych wypadkach nie wiedział.
Jeśli idzie o te nieprzyjemne historie, które działy się w MKR Jastrzębskim to powiem tak: Pracowała u nas na oddziale pani Kowalczyk, jej mąż był inżynierem i pracował na KWK „Borynia” I znał Sienkiewicza. Po podpisaniu Porozumienia Jastrzębskiego, ten ówczesny MKR jeździł na różne interwencje. Kiedyś Sienkiewicz z ekipą pojechali wygaszać strajk w Cieszynie, czy w Bielsku, nie pamiętam dokładnie, gdzieś w tamtym rejonie. Państwo Kowalczykowie mieszkali w Cieszynie, więc po całej akcji Sienkiewicz jako kolega p. Kowalczyka zajechał do nich do domu. Panowie sobie trochę wypili. To był początek grudnia 1980 roku. Następnego dnia roztrzęsiona pani Kowalczykowa opowiedziała, że Sienkiewicz jak sobie trochę wypił to spod marynarki, z kabury wyciągnął pistolet. Poprosiła mnie o jakąś interwencję w tej sprawie. Bo i rzeczywiście w tamtych czasach broń u działacza Solidarności? Było to bardzo dziwne. I ja też byłem zszokowany. Pobiegłem z tym do Tadka Jedynaka z MKR-u i powiedziałem: Słuchaj, coś tu nie jest tak. Myślę, że Tadek dużo wiedział. Jakoś mnie uspokoił. W styczniu 1981 roku w Górniczym Centrum Kultury w Jastrzębiu miały miejsce wybory do MKR-u i tam nastąpiło małe trzęsienie ziemi. Sienkiewicza usunięto. Tam były różne powody, między innymi: niezbyt moralnego prowadzenia się. I w ten sposób Sienkiewicz skończył karierę w MKR-że.
Chciałbym dopowiedzieć jeszcze kilka słów o MKR-że. Dostaliśmy siedzibę na ul. 1 Maja w budynku starego sądu w Zdroju. Nie mieliśmy żadnego wyposażenia biurowego. Były tam tylko jakieś połamane krzesła i biurka. Elektryczność nie działała. O wszystko trzeba się było starać samemu. Dostaliśmy wtedy telefon z KWK Moszczenica, taki trochę śmieszny. Chcieli nam zaoferować kryształowy żyrandol, który miał wisieć w jednym z ośrodków wczasowych. Posłaliśmy tego człowieka, gdzie pieprz rośnie. Jeśli mieliby do zaoferowania jakieś sensowne urządzenia biurowe to co innego. Pewnego dnia podczas urządzania tych pomieszczeń, a w tym dniu akurat byli tam: Jarosław Sienkiewicz, Stefan Pałka i Tadek Jedynak, dostaliśmy telefon, że do parafii w Zdroju przyjechała delegacja z diecezji z ks. Biskupem Herbertem Bednorzem na czele. Chcieli nas odwiedzić, to przecież niecałe 50 metrów od nas. No i po kilku chwilach już byli. Mnóstwo zagranicznych dziennikarzy. Pamiętam, że w tej delegacji była również córka ówczesnego premiera Szwecji Olafa Palme. Rozmowa z gośćmi trwała około godziny. To była taka dyplomatyczna rozmowa, bez konkretów, bo niby jakie mogłyby i być. Po wyjściu gości Sienkiewicz stwierdził: Coś mi tu Kościołem śmierdzi.
Inna sytuacja jaką pamiętam. Solidarność rozwijała się bardzo dynamicznie. W pewnym momencie otrzymaliśmy telefon z Komitetu Wojewódzkiego PZPR od Żabińskiego. Sekretarka przekazała telefon Sienkiewiczowi, a ten zamknął się w swoim gabinecie i rozmawiał z nim już bez świadków. Za chwilę wyszedł i mówi: Żabiński dzwonił. Na co Tadek Jedynak odpowiedział: To, jedziemy. Sienkiewicz: Nie! Żabiński powiedział, że sam mam przyjechać. I to już było mocno podejrzane. Od tamtego czasu Tadek Jedynak zaczął baczniej przyglądać się Sienkiewiczowi, zresztą Stefan Pałka również. A na końcu wyszło szydło z worka. Była jeszcze taka znamienna sytuacja; jechaliśmy do Gdyni i Szczecina na odsłonięcie pomników, działo się to 15 grudnia 1980 roku. W autobusie przewodniczący Solidarności z Moszczenicy, ale to jeszcze nie był Romek Bożko, podszedł do Sienkiewicza i mówi: Pieprzmy tą Solidarność krajową, róbmy swoją, górniczą. Chodziło im o tworzenie branżowych związków na różnych poziomach tzw. „poziomek”, czyli de facto o rozbijanie Solidarności. Komentowaliśmy to później z Jedynakim.
W wyniku tych wszystkich faktów, które co rusz wychodziły na jaw, w styczniu 1981 roku Sienkiewicz musiał pożegnać się ze strukturami Solidarności.
W MKR-że już na ul. Katowickiej, była wydawana, taka jednodniówka „Wiadomości Jastrzębskie”. Sprzedawaliśmy to po złotówce, żeby chociaż na papier zarobić. Któregoś dnia ustawiła się kolejka; patrzę, a w kolejce esbek stoi, znałem go z widzenia. Kiedy kupił tą gazetkę, ja mówię do Tadka Jedynaka: Patrz esbek. A Tadek na to: Jak kupił, to niech sobie poczyta. My nie mamy nic do ukrycia. Tak, że na zasadzie ciekawostki; nawet esbecja kupowała naszą prasę.
W połowie 1981 roku do MKR-u miał przyjechać Romaszewski. Zamiast niego przyjechała jego żona i zrobiła nam szkolenie na temat: „Jak postępować w kontaktach ze Służbą Bezpieczeństwa”. Później znowu się okazało, że wśród osób, które uczestniczyły w szkoleniu, brała udział kobieta, która współpracowała z SB. Wtyczka na takim szkoleniu. Cóż takie były początki. Byliśmy przecież zwykłymi ludźmi, którzy wcześniej z aparatem przemocy nigdy nie mieli do czynienia.
Na jesieni 1981 roku władze utworzyły tzw. Inspekcję Robotniczo-chłopską IRCH-ę. I oni zaczęli wizytować gminy, miasta, zakłady pracy i według mnie było to już takie rozeznanie operacyjne przed wprowadzeniem stanu wojennego. Pamiętam jak wpadli na bazar w Katowicach; telewizja to nawet pokazywała, bo chcieli z tych kupców zrobić spekulantów. Milicja pozabierała towar tym handlującym. Później władze twierdziły, że wyprzedają ten towar w zakładach pracy. Kiedy wieźli nas na Komendę Wojewódzką, a było to 9 lub 10 stycznia 1982 roku. Było ze mną dwóch kolegów: Waldek Maciaszek i Zenek Zandler; my byliśmy autentycznie wystraszeni, jak to się mówi z duszą na ramieniu. Po prostu nie wiedzieliśmy, co z nami zrobią. Eskortowało nas trzech esbeków i oni prowadzili mniej więcej taką luźną rozmowę między sobą: Pierwszy mówi do kumpla: Wiesz ja dostałem z IRCH-y płaszcz skórzany. Na co ten się oburza: A ja tylko marynarkę. Trzeci pochwalił się, że dla żony zdobył kożuch. I tak z ukradzionego ludziom towaru SB pozbierała co lepsze, a resztki, być może posprzedawali po tych zakładach pracy.
Wróćmy jednak do początków stanu wojennego. Rankiem 13 grudnia 1981 roku przyszedł do mnie sąsiad i mówi: Nie ma Teleranka w telewizji. Włączyłem telewizor; faktycznie. Potem było przemówienie Jaruzelskiego. Na godz.11.00 poszedłem do kościoła. Po drodze do kościoła od przygodnych ludzi dowiedziałem się, że w nocy po Janka Bożka przyszli jacyś cywile, i że jak chcieli go z klatki wyprowadzić to Janek narobił krzyku; sąsiedzi mu pomogli i Janek uciekł tym esbekom, którzy po niego przyszli. W takim układzie ja już do kościoła nie poszedłem, tylko od razu udałem się na kopalnię na Manifest. Oczywiście większość chłopaków tam już była: Janek Bożek, Zenek Zandler, Waldek Maciaszek. Schodziło się coraz więcej ludzi. W poniedziałek jak dojechała pierwsza zmiana, to już było nas całe mnóstwo. Były przemówienia; Janek Bożek i Jurek Mnich najwięcej do ludzi mówili. Dyrekcja próbowała nas złamać komunikatami przez radiowęzeł; że stan wojenny, że zagrożenie, że wszyscy natychmiast mamy przystąpić do pracy. Załoga musiała zadecydować. Ludzie odśpiewali hymn i powiedzieli, że nie zjadą na dół. Zdecydowano, że jak wojsko wejdzie na teren zakładu to załoga go opuści. Rozumowaliśmy tak: Stan wojenny , to wojsko rządzi, a nie milicja czy ZOMO.
15 grudnia, rano kolega Błaszak, łącznik z KWK Jastrzębie przybiegł do nas przez pola i powiedział o pacyfikacji tej kopalni; że ludzi spałowali, że słychać było strzały, że na cechowni potraktowali ludzi gazem i o całej tej masakrze. Kiedy on się u nas pojawił, to nasz nieoficjalny Komitet Strajkowy; ludzie nazywali nas przedstawicielami załogi, zastanawiał się czy powiedzieć naszym o Jastrzębiu i czy nie wzbudzimy paniki wśród załogi. Ale Mirek Błaszak, ten łącznik z Jastrzębia już i tak wszystko opowiedział na cechowni. Pomimo tych wiadomości załoga zdecydowała, że nie wychodzimy i strajkujemy dalej. Teraz na chwilę wrócę do 14 grudnia. Prokurator, Komisarz Wojskowy i dyr. Grzywa przyszli do nas na cechownię i prowadziliśmy z nimi rozmowy. Mieliśmy trzy postulaty. Nieżyjący już dzisiaj dyr. do spraw pracowniczych Borowski pomógł nam je zredagować. Chodziło o uwolnienie Leszka Waliszewskiego i informację w jakim on znajduje się stanie, bo dotarły do nas wiadomości, że strasznie go pobito na dworcu w Katowicach. On był przewodniczącym Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiej Solidarności. Po drugie żeby związek mógł działać w sferze socjalnej, bo przecież bieda była straszna, a my mieliśmy i pieniądze i możliwości. Mogliśmy wspomagać ludzi i to całkiem sporymi zapomogami. Skoro nie mogliśmy nic innego robić, to prosiliśmy, żebyśmy choć na tym polu mogli pracować dla ludzi. Ale te rozmowy nie mogły się powieść, bo prokurator Pałka, również już dzisiaj nieżyjący ciągle nam mówił o łamaniu przez nas prawa, o karach, które nam za to grożą i w pewnym momencie, któryś z rozmówców z naszej strony poprosił Komisarza o wyjaśnienie tej paranoi; skoro jest stan wojenny to powinno rządzić wojsko, a po naszego kolegę Janka Bożko przyszło SB. Wtedy ten Komisarz powiedział do nas znamienne słowa: Wojsko nie ma żadnego wpływu na funkcjonowanie milicji i SB. I to był koniec rozmów. Zrobił się szum na cechowni, odśpiewaliśmy hymn i strajkowaliśmy dalej. Zanim jednak doszło do pacyfikacji, o której wiedzieliśmy, że nastąpi, ale jakoś to z naszych umysłów wypieraliśmy, bo nie było wtedy żadnej komunikacji, nawet tzw. telefony węglowe nie działały, moja żona , która pracowała wtedy w szpitalu górniczym, jakimś jednak cudem dodzwoniła się do mnie; i mówi: Słuchaj, co się dzieje? Szpital opróżniają. Karetki jeżdżą. Podobno były jakieś strzały na kopalni Jastrzębie? Ja do niej na to: Niczym się nie przejmuj. Pilnuj tylko dzieci. Wyobrażasz sobie, że Polak do Polaka będzie strzelał?
Jednak za chwilę okazało się, że bardzo się myliłem. Spacyfikowali kopalnię Jastrzębie, potem Moszczenicę i przyjechali do nas na Manifest. Najpierw były ostrzeżenia, później strzały na postrach, zza bramy, w końcu czołg staranował bramę i wjechał na teren kopalni, a zomowcy, którzy wdarli się za czołgiem obrzucili nas puszkami z gazem.
Nie rozumiałem dlaczego zaczęli do nas strzelać. Kilkadziesiąt razy byłem na procesach w sprawie strzałów oddanych na Manifeście i Wujku. Na Wujku, podobno dochodziło do bezpośrednich starć między górnikami, a zomowcami, ale nie u nas. U nas wyglądało to zupełnie inaczej. Na Manifeście nawet w trakcie najostrzejszych walk, odległość między walczącymi stronami zawsze wynosiła kilkanaście metrów. Odrzucali nas od siebie puszkami z gazem. Chcieliśmy ich wyprzeć z kopalni, ale my mieliśmy tylko style od łopat i kilofów. Do bezpośredniej walki wręcz nie doszło. W pewnej chwili z tego tłumu zomowców, wyszło kilku funkcjonariuszy z karabinami i zaczęli do nas strzelać.
Najpierw seria nad głowami. Któryś z chłopaków, który był w wojsku (najprawdopodobniej Zbigniew Kozioł), rozpoznał świst kul i krzyknął do nas: Ostrą amunicją strzelają! Myśmy w pierwszej chwili przyklęknęli, a potem ostro ruszyliśmy na nich. Zomowcy zaczęli się wycofywać, chować się za lutnie; takie wielkie rury do tłoczenia powietrza do przodków, któryś z nich nawet się potknął i przewrócił, ale za chwilę poszła druga seria z „kałachów” i Czesiek Kłosek, biegnący obok mnie, padł. Chłopaki zaczęli się wycofywać. Ja chciałem zabrać Cześka z placu, ale on był zupełnie bezwładny. Widziałem trochę krwi na brodzie. Krzyknąłem na kilku naszych i zabraliśmy go na punkt opatrunkowy. Położyłem Cześka na kozetce lekarskiej, a po chwili zaczęto wnosić innych rannych. Czesiek jakoś dał radę podać mi numer do swojej żony, więc zadzwoniłem do niej; poinformowałem ją, że jest ranny, ale że jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo (musiałem kobietę jakoś uspokoić). Po chwili przynieśli Kraszewskiego, który otrzymał postrzał w kolano. Potem chłopaka, który miał poparzoną twarz i Tomaszewskiego z postrzałem w brzuch. Położyli go na podłodze, bo już nie było miejsc na leżankach, były tam dwie panie pielęgniarki, które same nie wiedziały co w tej sytuacji począć. Były mocno zestresowane. Trochę na nie pokrzyczałem i to pomogło. Zdjęły mu koszulę i zrobiły opatrunek; ja się na tym nie znam, ale ta rana na pierwszy rzut oka nie wyglądała wcale groźnie. Z punktu opatrunkowego udałem się w kierunku stacji ratowniczej bo przebiegający obok ludzie krzyczeli, że na cechowni są już zomowcy i biją kogo popadnie. Niektórzy chcieli opuścić kopalnię, nawet w trakcie ataku sił ZOMO. Tym też się niezgorzej nazbierało. Milicja przez długi czas nie chciała dopuścić karetek pogotowia. Ludzie leżeli i wykrwawiali się, a ZOMO bawiło się z nami w „chowanego”. Dopiero gdzieś po 40 minutach podjechała pierwsza karetka.
To było dla mnie naprawdę straszne przeżycie. Wobec tej bezrozumnej, niszczącej siły czułem się bezradny jak dziecko. Po pacyfikacji ukrywałem się przez ok. 2 tygodnie w szpitalu gdzie pracowała moja żona, ale już na Wigilię byłem w domu. Pomyślałem, że przecież nie popełniłem żadnego strasznego przestępstwa, ale niestety władza ludowa uznała inaczej.
Przyszli po mnie w nocy z 8 na 9 stycznia 1982 roku. Najpierw walenie do drzwi i krzyk: Otwierać, bo wyłamiemy drzwi! Weszli do domu. Narobili strasznego „rabanu”. Moje dzieci bardzo się wystraszyły. Było ich w sumie sześciu; trzech cywili i trzech zomowców z odbezpieczonymi „kałachami”. Pojęcia nie miałem, że jestem aż tak groźnym przestępcą. Żonie powiedzieli, że ma mi dać jakieś ciepłe ubranie, papierosy i że za jakieś, góra dwa dni mnie wypuszczą; muszą tylko ze mną pogadać. Potem okazało się, że żona dowiedziała się gdzie jestem, dopiero po upływie półtora miesiąca, a na wolność wypuścili mnie 24 lipca 1982 roku. Wracając jednak do okresu aresztowania. Siedziałem wtedy w Zabrzu-Zaborzu. Pomyślałem, że my więźniowie musimy jakoś sobie ten nasz czas zorganizować żeby nie zgnuśnieć i nie upadać na duchu. Ja jako młody człowiek grałem w piłkę nożną, najpierw w Polonii Gdańsk, a potem w Lechii. Dogadałem się z Leszkiem Waliszewskim; on był z innego pawilonu, że dobrze by było gdybyśmy wszyscy zaczęli uprawiać jakiś sport.
Waliszewski organizował jakieś walki zapaśnicze. Grywaliśmy w siatkówkę. Ponieważ wtedy miał miejsce Mundial, więc my też zorganizowaliśmy sobie mini Mundial. Klawisze wiedzieli, że coś się święci, ale nie wiedzieli co. Stało się tak, że umówiliśmy się w kilku, że jedziemy do lekarza i każdy z nas ma na coś narzekać. Ja sobie wymyśliłem ból ucha. Zabrali nas do „suki” i ruszyliśmy do szpitala MSW-u. Po drodze gdzieś w lesie „suka” się zatrzymała i wysiadł z niej jeden klawisz i jeden z naszych i gdzieś poszli. Po jakimś czasie wrócili. Co się okazało? Otóż ten „nasz” był sędzią piłkarskim i dogadał się jakoś z klawiszami, skoczyli do niego do domu i zabrał stamtąd prawdziwy strój sędziowski. Myśmy ten turniej urządzili na wzór prawdziwego Mundialu. Wtedy były już chyba ćwierćfinały i wyszło jakoś tak, że Polska miała grać ze Związkiem Radzieckim. Drużyny urządziliśmy celami. To były trzyosobowe zespoły, bo i boisko było malutkie. Każda drużyna otrzymała nazwę państwa, które brały udział w mistrzostwach. Pamiętam, że jak miał się odbyć mecz Polska – Rosja to poprosiliśmy takiego taksówkarza, który z nami siedział, aby kibicował Ruskim. Najpierw się opierał, a potem zrobił taki numer; na białym dużym ręczniku napisał czarnym flamastrem i dużymi literami „Nie lubię Ruskich”, a małymi literami i żółtym mazakiem „pierogów”. Klawisze, którzy nam kibicowali, odsuwali się od niego, jak najdalej mogli. Żaden nie chciał koło niego stać. Kupa śmiechu z tego była. Natomiast więźniowie kryminalni wyrzeźbili z mydła puchar dla zwycięskiej drużyny. Był naprawdę bardzo udany. Po prostu pięknie to zrobili. Moja drużyna była reprezentacją Włoch. Zajęliśmy trzecie miejsce w całym turnieju. Acha, więźniowie kryminalni z chleba porobili nam medale. Mam ten medal w domu do dzisiaj. Nawet szampan na koniec się znalazł. Leszek Waliszewski go załatwił, ale jak on go przemycił na teren więzienia, tego do dzisiaj nie wiem. Mówiłem o sprawach weselszych, ale były również te przykre. Dla przykładu; na początku maja 1982 roku, ktoś nam podpalił barak. Dusiliśmy się. Waliliśmy w kraty żeby nas wypuścili. Nikt się nami za bardzo nie przejął. Oczywiście, za powstały pożar zrzucili całą winę na nas. Ponieważ zdarzenie miało miejsce gdzieś około 1 maja, więc wykombinowali sobie, że my właśnie przez podpalenie baraku chcieliśmy zamanifestować Święto Pracy. Czysta głupota. Innym razem powsadzali do naszych baraków 40 kryminalistów. Takie psikusy nam robili.
Po wyjściu z internowania zająłem się pomocą innym represjonowanym, jak również kolportażem gazet podziemnych i wydawnictw „drugiego obiegu”. Był taki kolega z Boryni, Dublak się nazywał; jego żona pracowała wcześniej na centrali w MKR-że. Oni zdecydowali się na wyjazd do Kanady. Przed opuszczeniem kraju zjawił się u mnie i poinformował mnie, że do Jastrzębia będzie przyjeżdżał łącznik i przywoził będzie „Tygodnik Mazowsze” i inne wydawnictwa i czy ja decyduję się zająć kolportażem tych pism. Zgodziłem się oczywiście. No i zaczął do mnie przyjeżdżać. To był chyba brat Ryśka Kusia, kolejarz. Przywoził mi te pisma koleją, bo niewiele go to kosztowało. Kolportażem zajmowałem się jakieś trzy czy cztery lata.
W tym okresie byłem nękany przez SB. Dzwonili do mojego kierownika z pracy, aby on mi przekazywał te ich ustne wezwania. Nie poszedłem ani razu. Kiedyś, mocno poirytowany wziąłem słuchawkę od kierownika i wytłumaczyłem temu esbekowi, że na żadne telefoniczne wezwanie nie stawię się na komendę, bo to zwykłe bezprawie. Jeszcze w obozie internowania prawnicy z Uniwersytetu Śląskiego, którzy siedzieli razem z nami nieźle nas wyedukowali, co do tego jak postępować z milicją i SB, co nam wolno, a czego nie i w ogóle jakie mamy prawa. Bo oczywiście SB podejmowało działania aby przeciągnąć mnie na swoją stronę. Były takie rozmowy, podczas, których esbecy chcieli mnie zmiękczyć tak zwanym, ludzkim podejściem, ale ja wiedziałem, że to zwykła „lipa”. Mam to w dokumentach, które udostępnił mi IPN. Były również nieformalne próby wciągnięcia nie w ten esbecki „syf”, z tym, że one nigdzie nie są udokumentowane.
Jak już powiedziałem wcześniej, starałem się jak mogłem pomagać i wspierać innych represjonowanych kolegów. Pamiętam rozprawę Tadka Duraka. Przyjechało nas na tą rozprawę kilku. Milicja nas zaaresztowała. Nawet chyba przesiedzieliśmy z godzinę na komendzie, ale żony tych oskarżonych narobiły takiego szumu, takiego rabanu, że musieli nas wypuścić.
W tych działaniach zawsze miałem wielkie wsparcie ze strony mojej małżonki. Przecież trudno tak żyć w stałym zagrożeniu, w stałym stresie. Niejedno małżeństwo rozpadło się w ten sposób, ale moja żona zawsze mnie wspierała. Dla przykładu: po tym właśnie aresztowaniu wróciłem do domu dosyć późno i żona bardzo się niepokoiła. Był drugi dzień rozprawy i ja zapytałem żony: Mam jechać, czy nie? Ona na to: A co ty postanowiłeś? Ja odpowiadam: Jadę. Przecież nie dam się zastraszyć. Żona spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała: To dobrze, bo gdybyś nie pojechał, to byłbyś dla mnie zerem. To było bardzo budujące.
Tego dnia znowu jechało nas kilku, między innymi Józek Grembowski. Na przystanku w Żorach wsiadło więcej ludzi i wśród nich był taki wysoki szczupły esbek w kapeluszu, którego Józek rozpoznał. Jak tylko autobus ruszył to Józek wstał i poinformował wszystkich pasażerów, że ten facet jest esbekiem. Śmiech był na cały autobus, a ten esbek aż spurpurowiał ze złości. No i dojeżdżamy do Katowic; autobus zatrzymał się na wysokości kościoła świętych Piotra i Pawła i Józek „chodu” z tego autobusu, a ten esbek za nim. Ale kiedy go tak gonił to zgubił ten swój kapelusz i na chwilę się zatrzymał. W tym czasie Józek zdążył mu uciec. Rozpoczęła się rozprawa. Patrzymy; otwierają się drzwi i ukazuje się w nich Józek z Kazikiem Świtoniem. Ale po przerwie Świtoń sobie poszedł.
Pamiętam jak było z wizytą u Wałęsy, w grudniu 1983 roku. To było po przyznaniu mu pokojowego Nobla. Pewnego dnia spotkałem kolegę, który szedł na pocztę wysłać Wałęsie telegram gratulacyjny. Ja mówię do niego: Ty chyba zwariowałeś, która urzędniczka na poczcie wyśle ci taki telegram do Wałęsy? To co robimy? Zapytał kolega. Ja na to odrzekłem: Pojedziemy tam. Gdańsk Przymorze znam, przecież pracowałem tam i mieszkałem. Jakoś trafimy.
Siostra kolegi, a miała zacięcie artystyczne, wyrzeźbiła z grafitu puchary pamiątkowe; nie chcieliśmy do niego jechać z pustymi rękami. Wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy: ja, Romek Horak i jeszcze jeden nieżyjący już dzisiaj kolega. Dość wcześnie rano przyjechaliśmy do Gdańska i gdzie ok.7.00 udaliśmy się na plebanię św. Brygidy do księdza Jankowskiego. Przyjął nas bardzo serdecznie. Była tam u niego artystka z Krakowa, która utkała dla Wałęsy duży, piękny gobelin z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Przyjechał po nas bus z kierowcą. Jak zbliżaliśmy się do domu Wałęsów, to wokół aż się roiło od esbeków. Do naszego kierowcy przyczepił się jakiś mundurowy milicjant, że podobno wjechał gdzieś „pod zakaz”, ale tak w ogóle to dawali nam spokój, tylko nas fotografowali. Trochę się obawialiśmy, ale póki co, wszystko szło gładko. Koledzy się dziwili, ale wytłumaczyłem im, że wyglądamy dosyć elegancko i niby skąd oni mają wiedzieć, że my nie jesteśmy jakimiś dyplomatami? U Wałęsów spędziliśmy kilka godzin. Potem Wałęsa z żoną udali się tym busem, który nas przywiózł po odbiór paszportu dla niej, bo za kilka dni miała jechać do Szwecji, a myśmy na piechotę udali się na dworzec. Powiedziałem do kolegów, że po drodze musimy zachowywać się bez zarzutu; idziemy spokojnie, przez ulice przechodzimy tylko po pasach. Chodziło o to aby nie dać gliniarzom pretekstu do zatrzymania nas. Ale i tak w pewnym momencie radiowóz zajechał nam drogę i zaczęli nas legitymować. Traf chciał, że zza rogu wyjechał ten bus z Wałęsą i jego żoną. Danuta Wałęsowa sobie poużywała na tych milicjantach ile wlezie. Koniec końców odstąpili od kontroli, zresztą otrzymali przez radio jakieś polecenie. Oddali nam dowody i pojechali za samochodem Wałęsy. To było 3 grudnia 1983 roku. Nocą byliśmy już w domu w Jastrzębiu. Następnego dnia udaliśmy się na mszę barbórkową i księdzu Czerneckiemu przekazaliśmy miniaturkę tego pucharu, który dzień wcześniej wręczyliśmy Wałęsie.
Gdzieś w 1984-85 roku kupiłem sobie samochód, naszą „królową szos” marki Syrena i jeśli trzeba było gdzieś dalej wyjechać, to kombinowało się 2-3 kanistry benzyny i w drogę. Pierwszy wyjazd o ile pamiętam był do Wrocławia. Tadek Jedynak odsłaniał tam w jakimś kościele tablicę upamiętniającą żołnierzy Armii Krajowej. Przyjechaliśmy dwoma samochodami pełnymi ludzi, do rodziny Władka Matusiaka. Czasy były ciężkie, ale udało im się załatwić jakieś parówki i nas ugościli. Potem w drodze powrotnej Tadek pojechał do Gliwic udzielić wywiadu rozgłośni Wolna Europa, a myśmy wrócili do Jastrzębia. Różne te wyjazdy były: do Radomia, do Kielc.
3 Maja 1988 roku, po mszy za Ojczyznę zrobiliśmy, taki wielki wymarsz z kościoła „na górce”. Na placu autobusowym oraz terenie targowiska przy ul. A. Bożka było pełno milicji. Tadek Jedynak jako lider prowadził całą tą manifestację i jego jako pierwszego milicjanci zwinęli do „suki”. Rozgonili nas wtedy bardzo brutalnie. Mnie też się nieźle oberwało; miałem rękę w gipsie.
No i zaczynają się strajki 1988roku. Już w maju chłopaki z Moszczenicy i od nas z Manifestu, chcieli coś zorganizować, ale jeszcze wtedy to nie wypaliło.
Zresztą, w Gdańsku, w stoczni, to też początkowo się nie udało.
Pamiętam, chyba 15 sierpnia 1988 roku, byliśmy z kolegami w Radomiu na uroczystościach związanych z wydarzeniami 1976 roku. Była msza za Ojczyznę. Ludzi był cały tłum z całej Polski. Po mszy Edek Tabor przemówił w naszym imieniu; przekazał zebranym wyrazy solidarności, zachęcał do nie ustawania w walce o wolną Polskę, oddał cześć robotnikom Radomia i zebrał ogromne oklaski. Potem był przemarsz z kościoła na miejsce, gdzie miał stanąć pomnik upamiętniający wypadki 76 roku w Radomiu. Duża manifestacja, bardzo wiele osób. Były kwiaty, hymn i Boże Coś Polskę i zaczęły się przemówienia. Przez chwilę wydawało się, że może się ta impreza wymknąć spod kontroli, ale zostało to jednak opanowane. Wieczorem koledzy udali się pociągiem do Jastrzębia, a ja z żoną na urlop, na wybrzeże.
Następnego dnia rano byliśmy już u rodziny. Byliśmy naprawdę zmęczeni tą podróżą, a ty gdzieś około godz. 11.00 przybiega szwagier i krzyczy: Wy tutaj, a w Jastrzębiu kopalnie stoją. Twoja pierwsza. Więc po czterech czy pięciu dniach wróciliśmy. Pojechałem prosto na kopalnię, ale zakład był już szczelnie obstawiony przez milicję; nikogo nie wpuszczali. Przepuścili jedynie auto organizacji „Lekarze świata”. Oni przywieźli koce, żywność i lekarstwa.
Dostałem wiadomość od Tadka Jedynaka, abym czekał z samochodem gotowym do dłuższej podróży na ul. Pszczyńskiej. Miał pojawić się tam człowiek, którego miałem zawieźć na międzynarodową konferencję dotyczącą przestrzegania praw człowieka, w Krakowie. Kręciłem się tak chyba ze dwa, trzy dni. Potem okazało się, że Władek Matusiak, bo to właśnie on miał jechać na tą konferencję, dojechał tam jakimś innym autem. Prawdopodobnie byłem podstawiony aby zmylić SB.
W trakcie trwania strajku, ponieważ byłem poza kopalnią, więc organizowaliśmy z żoną zaopatrzenie w żywność dla strajkujących. Żona gotowała, a ja z kilkoma kolegami dowoziliśmy te produkty na kopalnie: Manifest i Borynia.
Wiadomo, jak wtedy było z zaopatrzeniem. Półki puste, kolejki okropnie długie i każdy walczył o swoje. Ale jak ludzie dowiadywali się, że to dla strajkujących, to zawsze nas przepuszczali do lady, bez kolejki. Osobną sprawą było dostarczenie tych towarów na kopalnie, bo wszystkie dojazdy były szczelnie obstawione przez silne patrole milicyjne. W związku z tym te nasze wyprawy, często wyglądały tak, jakby je kto wyjął z filmów szpiegowskich. Bo kto wtedy miał wiedzieć, że to wszystko skończy się tak, jak się skończyło.
Pietrzyk z Lisem, wtedy u mnie bywali. Poza tym taki kolega Edek Nowak, który w tamtym czasie pracował jako operator dźwigu na placu drzewnym, nocami ukrywał Lisa w kabinie dźwigu. To było dosyć bezpieczne miejsce.
Była taka zabawna historia z powielaczem. Mój kopalniany oddział, miał również pośród swoich obowiązków konserwację i serwis wind osobowych na osiedlu. Pewnego dnia wzywa mnie kierownik i powiada: Idź tam na Kaszubską 3? Bo im tam w nocy winda wysiada. Sama się załącza.
Maszynownia windy znajduje się trochę powyżej ostatniego piętra. Otworzyłem drzwi; patrzę, a tam jakieś papiery i powielacz. Zdziwiłem się, ale po jakimś czasie okazało się, że koledzy Edek Wolny i Heniek Ochnio drukowali tam bibułę. Drukowali głównie w nocy, a ponieważ powielacz był elektryczny i chodził dosyć głośno, więc aby zagłuszyć jego pracę włączali windę. I stąd właśnie wynikła „awaria” windy. Już po strajkach 1988 roku, kiedy zaczęły tworzyć się te komisje, zabraliśmy wraz z Edkiem ten powielacz do delegatury, która miała siedzibę w „białym domku”, potem Edek zabrał go do domu. Został u niego do dziś; jako pamiątka.
Oceniając przemiany w naszym kraju z perspektywy lat, mam bardzo ambiwalentne odczucia. Bo tak, z jednej strony chociaż wiele wycierpieliśmy; my i nasze rodziny, to dla wolnej Polski warto było. Zły tylko jestem na naszą własną naiwność; na to, że pozwoliliśmy przetrwać układowi. Komuchy robią za biznesmenów, a ludzie, którzy walczyli w Solidarności, zbierają puszki aluminiowe na śmietnikach. Wypadałoby coś z tym zrobić.


Opracował Andrzej Kamiński

 




Leopold Sobczyński
powrót »