Relacje


powrót »
Wolność nie dla wszystkich


Ojciec powiedział mi kiedyś, że lepiej umrzeć niż zostać komunistą, a wiedział co mówi. Rodzina mojego ojca mieszkała na Zamojszczyźnie i stamtąd komuniści wywieźli ich na Syberię. Ojciec miał wtedy cztery lata. Z całej wywiezionej rodziny do Polski wrócił tylko on ze swoją siostrą, bo Sowieci pozwolili na powrót tylko dzieci do lat 10. Do końca życia zapamiętał tamtejsze warunki życia i sposób traktowania ludzi przez funkcjonariuszy sowieckiej władzy. Ojciec wychował się w Domu Dziecka w Garwolinie, tam ukończył szkołę podstawową i technikum samochodowe i rozpoczął pracę w fabryce FIATA w Warszawie. To wszystko działo się jeszcze przed wojną. Ja również urodziłem się w Garwolinie i tam odebrałem wykształcenie. Pracowałem jako operator spychaczy i ładowarek. Jeszcze jako kawaler trochę włóczyłem się po Polsce. Ożeniłem się w Garwolinie i przyszedł czas aby osiedlić się na swoim, dlatego tak jak wielu innych przyjechałem na Śląsk, najpierw do Rydułtów.

To był 1971 rok. Przyjechałem wraz z żoną. Najpierw zamieszkaliśmy w Domu Górnika. Ja pracowałem na kopalni w Rydułtowach, a żona w fabryce prefabrykatów dla potrzeb górnictwa. Po około trzech miesiącach otrzymałem mieszkanie w Jastrzębiu Zdroju i przeniosłem się na kopalnię Borynia.

No i przyszedł rok 1980; lato. Stanęło wybrzeże, stanęło pół Polski, a Śląsk ciągle fedrował. Myśmy tu w porównaniu z resztą Polski mieli się całkiem dobrze. Gierek był tak „dobry”, że skutecznie udało mu się podzielić Polskę na tą lepszą, czyli Śląsk i gorszą, czyli całą resztę kraju. Śląsk musiał stanąć, abyśmy przez całą Polskę nie byli postrzegani jako zdrajcy. Przecież już wcześniej mieliśmy „pozamiatane”. Kiedy pojechało się na wybrzeże, to wyśmiewano nas za milczenie w sprawie Gdańska, Szczecina czy Radomia. Problem Śląska polegał na tym, że nie mieliśmy lidera, nie było tutaj kogoś kto pociągnąłby za sobą ludzi. We wcześniejszych wystąpieniach antykomunistycznych inteligencja nie potrafiła zgrać się z robotnikami, a w 1980 roku jednak to nastąpiło. Zryw solidarnościowy spowodował zjednoczenie prawie całej Polski, tylko Śląsk jeszcze odstawał. I wówczas sytuację uratował Kościół Katolicki. Ja uważam, że to hierarchowie naszego, śląskiego kościoła popchnęli nas do strajku.

Kiedy stanęły u nas kopalnie, Manifest i Borynia, to esbecja, która miała i nadal ma długie ręce i duże możliwości rozpuściła plotę, że Jarosław Sienkiewicz to opozycjonista i członek KPN, że znajduje się w areszcie domowym i że za niego trzeba strajkować. I taka fama poszła między ludzi. Niektórzy z nas, którzy lepiej znali Sienkiewicza oburzyli się na taki śmieszny postulat. Zaczęliśmy przekonywać ludzi, że my potrzebujemy wolnych związków zawodowych i żebyśmy lepiej przyjrzeli się temu o co strajkują ludzie na wybrzeżu. No, cóż jednak większość załogi dała się jednak „nabrać” na Sienkiewicza. W glorii zawieźli go na Manifest. Poza tym on miał wyższe wykształcenie, no i zrobili go szefem MKS. Załogi kolejnych kopalń też się dały na to nabrać. Ja i Zenek Doruch, który też go dobrze znał pozostaliśmy osamotnieni. Nasz głos w ogóle się nie liczył. Oczywiście jak wszyscy wiemy szybko „wyszło szydło z worka”. Chlał bez opamiętania i w końcu zaczął się chwalić bronią służbową. A kto w tamtych czasach mógł mieć broń? Przecież ten facet bał się nawet własnego cienia. Kiedy odbywały się u nas na kopalni wybory, to on na nie przyjechał, a przecież był reprezentantem Boryni do MKR i normalnie to my powinniśmy go oddelegować, bo taka była procedura. On był po prostu samozwańcem, ale i tak rychło zorientowaliśmy się, kim on jest naprawdę.

Po strajku i podpisaniu Porozumień Jastrzębskich Komitety Strajkowe zaczęły przekształcać się w Tymczasowe Komitety Założycielskie, a po rejestracji Solidarności odbywały się wszędzie wybory do władz związku. Najpierw oddziałowe, a potem zakładowe. Przewodniczącym KZ NSZZ Solidarność na naszej kopalni został Tadek Błaszczyk. Pamiętam, że w skład kolegium weszli jeszcze Zenek Doruch, Hańcka Krzysiek i ja. Innych nie pamiętam. Jeśli idzie o Ryśka Kuzia, załoga walczyła o to, aby wrócił do nas na zakład, a Jarek Sienkiewicz upierał się, że on ma zostać przy nim. Takie mieliśmy wtedy dylematy. Działałem w ścisłym dziesięcioosobowym prezydium, ale nie byłem wśród tej etatowej piątki. Druga piątka była nieetatowa, ale bez nas żadna poważniejsza decyzja nie mogła zostać powzięta.


Te szesnaście miesięcy do stanu wojennego, to było całe mnóstwo pracy. Wszyscy zapisywali się do Solidarności. Człowiek w domu był gościem. Przychodziło się tylko coś zjeść i z powrotem na zakład. Załatwiało się wiele spraw i jeździło się na różne spotkania.


Pamiętam właśnie jak Rysiek Kuź nie przekazał nam informacji o spotkaniu solidarnościowego Związku Emerytów i Rencistów, a oni się właśnie konstytuowali. Powinien przesłać informację o tym wydarzeniu na wszystkie kopalnie, a nikogo nie powiadomił. Informacja dotarła tylko do MKR. Nie wiem sam czy to z jego strony było zaniedbanie, czy świadoma dywersja. W tamtym okresie trudno nam się było dogadać z MKR.


SB niby wiedziała o nas wszystko, ale jednak komuniści musieli się nas bać skoro w końcu potrzebny był stan wojenny. Początkowo w ogóle nie dopuszczałem do siebie myśli o tym, że może dojść do takiej konfrontacji władzy z narodem.


Myśmy mieli sąsiada, który nazywał się Tadek Kocur i był karnie za wolnomyślicielstwo usuniętym ze służby oficerem Wojska Polskiego. Miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego przyszedł do nas i powiedział, że coś się szykuje bo on dostał wezwanie do jednostki. Tak, że już mogłem się czegoś spodziewać.

13 grudnia 1981 roku zastał mnie w pracy. Jakiś czas przed stanem wojennym uległem wypadkowi na dole i w omawianym okresie pracowałem już w straży przemysłowej. Więc owej feralnej nocy miałem służbę. Na kopalnię poprzyjeżdżali prawie wszyscy z KZ oprócz Tadka Błaszczyka; później dowiedzieliśmy się, że Tadka SB wzięła z domu. Od razu zaczęliśmy organizować Komitet Strajkowy. Między innymi był tam Krzysiek Szablewicz… no, prawie cały KZ tam był. Myśmy nie mogli ludzi zawieść, przecież oni nas wybrali. Podzieliliśmy się funkcjami. Ja zajmowałem się zabezpieczeniem kopalni. 15 grudnia zaczęły się pacyfikacje kopalń. Ludzie z Manifestu dotarli do nas i opowiedzieli nam o strzelaninie na ich kopalni i przekazali nam te wszystkie złe wieści. Kopalnia nie była jeszcze otoczona przez wojsko i ZOMO, bo te oddziały jeździły z kopalni na kopalnię i pacyfikowały zakłady po kolei. Po pacyfikacji Manifestu przyjechali do nas. Z naszej strony rozmowy z komisarzem wojskowym prowadził Rysiek Będkowski. Ustalili, że ZOMO nie wchodzi na kopalnię i że my spokojnie opuszczamy zakład, aby uniknąć tego co się działo na Manifeście. Jakoś pod wieczór Będkowski podpisał porozumienie z tym komisarzem. Załoga zaczęła opuszczać kopalnię, a ZOMO weszło do Domu Górnika i tam zaczęli bić naszych. Ludzie się wzburzyli i wrócili na kopalnię z Józkiem Grembowskim na czele.


I wtedy zaczęła się ta druga faza strajku, na ostro. Z dołu wywieziono dynamit i zaminowano bramę główną. Potem ludzie zaczęli przygotowywać „koktajle Mołotowa”. Trochę się tym przeraziłem, bo załogę aż nosiło. Starałem się jakoś wyciszyć nastroje. Przecież większość z tych ludzi nigdy nie odbyła służby wojskowej, nie widzieli co to dyscyplina wojskowa i nie umieli obchodzić się z materiałami wybuchowymi. Mogło dojść do tragedii. Przecież to jest kopalnia metanowa. W razie wybuchu powstałaby tylko olbrzymia dziura w ziemi. Sytuacja była groźna.
16 grudnia dowiedzieliśmy się o pacyfikacji kopalni Wujek. Determinacja strajkującej załogi wzrosła jeszcze bardziej. Temperatura emocji sięgnęła zenitu.Jeśli idzie o rozmowy z dowódcą sił milicyjnych, to Józek Grembowski przedstawił mu proste ultimatum: wy wycofujecie się i wracacie do jednostek, my rozminowujemy i opuszczamy zakład, a potem bierzemy się do pracy. Jeśli wejdziecie na zakład to będzie jatka. My zginiemy, ale i wy zginiecie.

Przywódcą drugiej fazy strajku był właśnie Józek Grembowski, bo Będkowskiego Ryśka esbecja zwinęła jak tylko opuścił kopalnię wieczorem 15 grudnia. Sytuacja była patowa. Odwiedzali nas księża żeby jakoś rozładować atmosferę i namówić nas do wyjścia, ale myśmy trzymali się naszego ultimatum, a oni mogli się za nas tylko modlić. Wiedzieliśmy, że wśród nas są agenci SB, i że oni będą chcieli nas jakoś od wewnątrz „załatwić”, ale bali się, że w razie czego kopalnia zostanie wysadzona w powietrze, a o tym gdzie jest zapalarka wiedział tylko jeden człowiek.

Kopalnię opuściliśmy 18 grudnia, zmęczeni i zrezygnowani, bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Potem zabierali nas po kolei z domów. Ja też czekałem po prostu na swoją kolej.

Cały Komitet Strajkowy otrzymał natychmiastowe wymówienia z pracy. Zresztą nie tylko członkowie KS zostali tak potraktowani, bo ci najbardziej aktywni spośród strajkujących też zostali pozwalniani. Najbardziej przyczynił się do tego komendant ORMO na Boryni. Nie pamiętam jego nazwiska. Przed aresztowaniem spotkałem się z Zenkiem Doruchem i uzgodniliśmy, że nie możemy się ukrywać. To nie miało sensu, bo prędzej, czy później i tak by nas dostali. Przyjechali po mnie 31 grudnia w Sylwestra. Wsadzili mnie do „suki”, a potem pojechali po Zenka. Zawieźli nas bezpośrednio do Katowic na ul. Lompy. Zostałem aresztowany pod zarzutem organizowania strajku na podstawie dekretu o stanie wojennym. Z Lompy przewieźli nas do aresztu śledczego na ul. Mikołowskiej i stamtąd doprowadzali nas na rozprawy sądowe. W celi siedziało nas dwóch politycznych i sześciu kryminalistów. Na Mikołowskiej nas nie bili, ale na Lompy to zrobili nam „ścieżkę zdrowia”.

Żona zaczęła mnie szukać od razu na drugi dzień po aresztowaniu. Na posterunku milicji w Jastrzębiu, powiedzieli jej, że ma mnie szukać po szpitalach, ale ona nie dała im się zbyć byle czym i w końcu zażądała rozmowy z komendantem i dopiero ten poinformował ją, że wywieźli nas na Lompy do Katowic. Już 2 stycznia żona przywiozła mi paczkę, bo aresztujący mnie milicjanci nie pozwolili mi z domu wziąć niczego. Nawet nie pozwolili mi się cieplej ubrać, a zima była wtedy ostra. Wszyscy, jak nas ośmiu siedziało w tej dwuosobowej celi, oczywiście żeśmy się ucieszyli z paczki, bo był chleb i były papierosy. Już się dało żyć.

Na Lompy przesłuchania prowadził oficer wojskowy, żadna milicja ani esbecja tylko wojsko. Na Mikołowskiej nas już nie przesłuchiwali. Oczekiwaliśmy wysokich wyroków, bo wiedzieliśmy, że za ten opór na Boryni prokuratura nam nie odpuści; np. Rysiek Będkowski dostał 4,5 roku więzienia. Moja rozprawa miała miejsce 23 stycznia 1982 roku i dostałem 1,6 roku w zawieszeniu na 3 lata oraz 2 lata pozbawienia praw publicznych.

Wróciłem do domu. Oczywiście pracy nigdzie dostać nie mogłem. SB proponowała nam podpisywanie lojalek i wtedy moglibyśmy wrócić do pracy, ale nikt z naszych nie podpisał. Ja miałem to szczęście, że miałem rentę powypadkową, więc jakoś z biedą mogłem utrzymać rodzinę. Poza tym mieliśmy pomoc z kościoła „na górce”.

SB nękała nas wszystkich stale. Co jakiś czas miałem w domu albo rewizję, albo zamykali mnie na 24 godziny. Zdarzało się nawet tak, że jak ja siedziałem „na dołku” to przychodzili do żony i przeszukiwali dom. Nie zważali na dzieci, paradowali z bronią po mieszkaniu. Nie ważna była dla nich pora dnia czy nocy. Uprzykrzali życie, a czasami rzeczywiście w domu były jakieś ulotki, czy gazetki solidarnościowe. Żona musiała je dobrze chować.

Myśmy nigdy wcześniej nie spotkali się z takim terrorem. Nikt z nas wcześniej nie siedział w więzieniu, więc w końcu podjęliśmy wspólnie z żoną tą trudną decyzję i postanowiliśmy wyjechać z kraju. Dla mnie ci, którzy zostali w Polsce byli i są bohaterami. Przecież nam tam też niczego nie brakowało. Mieliśmy mieszkanie, była praca… tylko ten reżim komunistyczny… to było nie do wytrzymania

Mieliśmy różne propozycje wyjazdu. My wybraliśmy Szwecję. Pojechało nas tam trzech: ja, Hańcka Krzysiek i Kuź Rysiek. Najpierw był obóz przejściowy i trzeba było opanować język, choćby w podstawowym stopniu. Tam spotykaliśmy ludzi z całej Polski. Z wieloma z nich do dzisiaj utrzymuję kontakt. Potem rozjechaliśmy się po całej Szwecji.

Początkowo bardzo nam komuniści utrudniali kontakty z rodziną w Polsce. Ostatecznie otrzymaliśmy bilet tylko w jedną stronę. Najgorsze było to, że musiałem się zrzec obywatelstwa polskiego. Przecież mnie nie wpuścili do Polski nawet na pogrzeb matki w 1987 roku.

W chwili obecnej jeśli chcielibyśmy odzyskać obywatelstwo to musielibyśmy wszczynać całą procedurę od nowa. Przecież utrata obywatelstwa polskiego i tułaczka po świecie to była nasza cena za walkę o wolność. Bardzo nas to boli, że władze RP nic w tej sprawie nie robią. Nie stać ich wobec nas nawet na ten mały gest. W Szwecji jesteśmy Polakami, a w Polsce Szwedami; to gdzie jest nasza ojczyzna?

Komunistom nie udało się zlikwidować stoczni gdańskiej zarzewia tylu buntów robotniczych, a teraz, proszę bardzo; po cichutku stocznię rozprzedano i zlikwidowano.Pomimo tego uważam, że dokonaliśmy wielkiego dzieła: wywalczyliśmy wolność, tylko, że ta wolność nie jest dla wszystkich.


Komuniści przekształcili się w kapitalistów i w białych rękawiczkach przejęli majątek narodowy. Akt sprawiedliwości dziejowej nie dokonał się do końca, a naród podobnie jak związki zawodowe jest podzielony i skłócony.

21.07 2009 r. Szwecja, Vaxja.
Zredagował Andrzej Kamiński


 

 




Zygmunt Chrzanowski
powrót »