Relacje


powrót »
Aż do poświęcenie życia...

Bolesław Olszewski: Od 1978 roku byłem na rencie, ale dorabiałem sobie pracując w niepełnym wymiarze godzin jako strażnik przemysłowy na kopalni XXX – lecia PRL. Strajk na naszej kopalni rozpoczął się 29 sierpnia 1980 roku, na drugiej zmianie. Ludzie stali przed bramą, bo dyrekcja podjęła decyzję o niewpuszczaniu ich na teren zakładu. Obawiała się jakichś „rozrób”, jakiegoś sabotażu i w ogóle wykazywała bardzo niezdecydowaną postawę, bo po jakimś czasie dyrektor diametralnie zmienił decyzję; nagle zaczęło mu zależeć, aby załoga jak najszybciej znalazła się na terenie kopalni i podjęła pracę. Ale już wcześniej do górników przed bramą przemówił Zbigniew Czuczman i zaczęło wśród nich wrzeć. Komendant kazał mi wpuszczać ludzi nawet bez sprawdzania przepustek, byleby przestali gadać i poszli do roboty. No, więc ja wziąłem się do jak najbardziej sumiennego sprawdzania przepustek; opóźniałem to przechodzenie przez wartownię, ile mogłem. Chodziło mi o to, żeby ludzie się dogadali. Za to opóźnianie, komendant wyrzucił mnie na inne stanowisko, ale załoga się dogadała, zeszła się na cechowni i rozpoczęła strajk.
Po zalegalizowaniu NSZZ „Solidarność” zostałem jej członkiem, ale prawdziwą działalność opozycyjną razem z żoną rozpoczęliśmy po wprowadzeniu stanu wojennego. Miałem w mieszkaniu taką małą pracownię fotograficzną. Małe zaciemnione pomieszczenie. Siadywaliśmy tam razem z żoną, oczywiście nocami, nawet w tajemnicy przed dziećmi i pisywaliśmy wierszowaną satyrę polityczną. Często otrzymywaliśmy różne materiały do przepisania i rozpowszechniania z kościoła „na górce”. Powielaliśmy je ręcznie przez kalkę. Czasami używaliśmy „małego drukarza”. Do powielenia szły różne rzeczy: ulotki, hasła, artykuły. Krótko mówiąc, wszystko co służyło naszej sprawie i gnębiło „komunę”. Potem sami kolportowaliśmy te ulotki.
Krystyna Olszewska:
Pracowałam w tym okresie na KWK Jastrzębie. Organizowałam i przeprowadzałam akcje ulotowe, a czasami plakatowanie na terenie zakładu pracy. W pierwszym tygodniu stanu wojennego, pamiętam jak przykleiłam na drzwiach wejściowych do zakładu przeróbczego plakat z hasłem: „Żeby Polska była Polską”. Plakat wisiał od godz. 6.00 do godz. 11.00. Oczywiście, ludzie obejrzeli sobie ten plakat i fakt, że jest ktoś, kto ciągle stawia opór „wronie” wzbudzał w nich nadzieję. Słyszałam to w komentarzach. Około godz. 11.00 schodziłam na dół w jakiejś sprawie i widziałam jak nieżyjący już dzisiaj nadsztygar Grosek zerwał mi ten plakat. Byłam za to na niego wściekła i wtedy i do dzisiaj mi to zostało, taką mam naturę, nic na to nie poradzę. Jeśli idzie o ulotkowanie to starałam się przygotowywać te akcje bardzo starannie, bo ostatecznie przeprowadzałam je sama. Chodziło o to, żeby ulotki poleciały, ale żebym ja pozostała czysta. Nie sztuka wpaść, sztuka nie dać się złapać. Robiłam to na przykład tak: Wchodziłam na nadszybie, bo to jeden z najwyższych punktów na kopalni, rozrzucałam ulotki, które zanim opadły to najpierw wiatr unosił je do góry, potem szybko zbiegałam na dół. Nie mogłam tego, oczywiście robić ani często, ani regularnie. Czasami przed wpadką ratowała mnie aura, np. mgła. Ludzie byli zaskoczeni, że im z nieba ulotki spadały. Zakład był zmilitaryzowany, więc za każdym razem taka akcja, to była niezła afera. Robiono dochodzenia, a ja byłam w ciągłym stresie.
B. O.: Od 1982 roku zacząłem brać udział w organizowaniu mszy za Ojczyznę, a także w wyjazdach rocznicowych i okolicznościowych organizowanych przez podziemną Solidarność, jak na przykład zjazd zorganizowany przez Annę Walentynowicz w kościele w Bieżanowie, albo rocznicowe spotkania po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki. Jeździłem na tego typu spotkania jako fotoreporter „akredytowany” z kościoła „na górce”. Wozili nas na te imprezy autobusami i te autobusy stawały się dla nas takimi przestrzeniami wolności. Tam byli sami swoi. Panowała tam naprawdę świetna atmosfera. W Warszawie witano nas zawsze bardzo miło i te olbrzymie masy ludzi, które brały udział we mszach w intencji ks. Jerzego i Ojczyzny… to było bardzo budujące.
Tak jakoś się stało, że ta nasza działalność opozycyjno-niepodległościowa miała duży wpływ na wychowanie naszego syna, który w sierpniu 1988 roku jako pracownik kopalni Morcinek wszedł w skład Komitetu Strajkowego. Zresztą po pacyfikacji kopalni wraz z kilkoma innymi kolegami został zatrzymany przez milicję na 48 godzin. Pamiętam, że wśród zatrzymanych był przewodniczący KS z Morcinka Andrzej Andrzejczak.
W spotkaniach „na górce”, czy w pielgrzymkach do Piekar Śląskich uczestniczyłem dosyć często; przede wszystkim jako fotoreporter. Trzeba było takie wydarzenia dokumentować dla potomnych. Krótko mówiąc obfotografowywałem wszystkie ważniejsze wydarzenia, w których udział brali przedstawiciele jastrzębskiej Solidarności.
K. O.: Ja w ogóle strasznie przeżyłam wszystko to co działo się po ogłoszeniu stanu wojennego. Prześladowały mnie jakieś okropne sny. Zresztą już samo oglądanie tych zajść było istnym horrorem.
Mnie jakimś cudem udało się uniknąć pacyfikacji kopalni. 15 grudnia rano pobrałam wypłatę i razem z koleżanką opuściłyśmy zakład. Doszłyśmy do połowy ulicy Górniczej, a tam już stały oddziały ZOMO gotowe do ataku. Te wszystkie pojazdy wojskowe, te karabiny gotowe do strzału; to było straszne. Nie wytrzymałam i zaczęłam bluźnić na to całe bandyctwo hitlerowskie. Ledwie zdążyłam dojść do domu, a tu ludzie już wiedzieli i mówili o tym, że kopalnia Jastrzębie została spacyfikowana. Zimny pot mnie oblał.
16 grudnia udałam się do pracy na poranną zmianę. Około godziny siódmej zauważyłam ludzi biegnących na górne piętra łaźni i zakładu przeróbczego. Zapytałam kogoś, co się dzieje. W odpowiedzi usłyszałam, że na kopalnię jadą czołgi. Podbiegłam do okna i spojrzałam na zewnątrz. Rzeczywiście stali już pod bramą. Wszyscy zbiegli się do góry i dozór, i pracownicy. Na moim stanowisku pracy nie wolno było palić papierosów, ani w ogóle używać otwartego ognia, bo stały tam beczki z ropą naftową. Wpadłam w takie zdenerwowanie, że nie bacząc na zakaz palenia, zapaliłam papierosa. Potem, nie wiem skąd przyszedł mi do głowy taki szatański pomysł, że jeśli ZOMO wjedzie na kopalnię, to ja te beczki z ropą podpalę. Działałam chyba w jakimś amoku, bo po chwali, kiedy trochę oprzytomniałam, to nie wiem ani skąd, ani jak, w ręku trzymałam pęk gazet na podpałkę i zapałki. Naprawę byłam zdecydowana w razie ataku podpalić te beczki. Zginęłabym ja, zginęliby inni, ale by nas nie wzięli. Obserwowałam ich poczynania, a w mojej głowie ciągle kołatały się te niesamowite myśli. Ale oni wykonali, tymi pojazdami kilka manewrów przed bramą i odjechali. To była z ich strony, po prostu manifestacja siły. Chcieli abyśmy ich sobie „dobrze” zapamiętali.
Jak ZOMO odjechało, a ludzie rozeszli się na swoje stanowiska pracy, to ja dopiero wtedy na dobre ochłonęłam z tego wstrząsu i z tego napięcia, wręcz nie do wytrzymania. I dopiero wtedy przeraziłam się tym co chciałam zrobić. Zabić siebie i innych, osierocić dzieci, z którymi „komuchy” nie wiadomo co, mogliby zrobić…
Dzisiaj, jak się nad tym zastanawiam, to lepiej rozumiem swój ówczesny stan. Przecież z samego rana, jak tylko przekroczyłam bramę kopalni, to od razu zobaczyłam zniszczenia, których zomowcy dokonali w trakcie pacyfikacji. Powybijane szyby w drzwiach prowadzących na cechownię, dziury byle jak pozastawiane dyktą. Wszędzie szkło walało się po podłodze. Na cechowni znajdowały się nieuprzątnięte jeszcze szczątki figury św. Barbary, jakieś kawałki drewna i fragmenty telewizora. W jednym z pomieszczeń leżały kurtki, torby, czapki, szaliki i rękawiczki, które bici górnicy pogubili w trakcie tego haniebnego ataku, kiedy uzbrojone po zęby sukinsyny biły bezbronnych ludzi. To był przecież widok, żywcem z Oświęcimia. Czyli, że na mój stan psychiczny dnia 16 grudnia wpłynęły i koszmarny sen, i pacyfikacja, i widok zdewastowanej cechowni, a na koniec ta demonstracja siły. W takich sytuacjach człowiek może stracić kontrolę nad sobą. I ja ją właśnie wtedy straciłam. Później „na zimno” oceniłam to jako czyste wariactwo, ale wtedy, w tym stanie psychicznym, kto wie do czego mogłam być zdolna.
No i człowiek poświęcał się. Widocznie mógł być zdolny, aż do poświęcenia życia; i po co to wszystko? Chyba nie o taką Polskę nam chodziło. No, ale cóż jest jak jest. Może przyszłe pokolenia urządzą to życie lepiej. Już nie dla nas. Niech zrobią to dla siebie.
B. O.: Z perspektywy dnia dzisiejszego działalność NSZZ „Solidarność” oceniam bardzo źle. Związek „rozmienił się na drobne”. Czasami organizują jakieś akcje, ale to chyba tylko po to, aby działacze mogli poprawić swój wizerunek przed członkami związku i resztą społeczeństwa. Wystarczy przyjrzeć się temu uważniej i nie dać się im zagadać, a widać tylko zrujnowane i opuszczone zakłady pracy, pełne „pośredniaki” nie mające nic do zaoferowania bezrobotnym. Coraz więcej ludzi bez dachu nad głową, a nasi związkowcy zamiast bronić praw pracowniczych, zamiast bronić człowieka i jego godności wolą sami robić „tłuste” interesy. Wychodzi na to, że oni walczyli tylko o „swoje”, a my im w tym pomogliśmy.

Opracował: Andrzej Kamiński

 




Krystyna i Bolesław Olszewscy
powrót »