Relacje


powrót »

Nadszedł pamiętny grudzień 1981 roku. Trzeba powiedzieć, że przed samym 13 grudnia władze kopalni przestały zupełnie liczyć się ze związkiem. Lekceważyły jego znaczenie. Oni musieli wiedzieć, co ma się zdarzyć.
To była niedziela. Obudził mnie dzwonek do drzwi. Przyjechali po mnie autobusem kopalnianym ludzie wysłani przez Józefa Fludra. Mówią: „Ewald, ubieraj się i na kopalnie, wojna jest”. Początkowo nie chciałem wierzyć. Nie wiedziałem, co się dzieje. Pokazali mi krótki list od Fludra. Ubrałem się natychmiast i poszliśmy po Wiesława Matusiaka, który mieszkał w tej samej klatce. Uważałem, że był to nasz społeczny obowiązek jako związkowców. Po drodze dołączył do nas jeszcze ktoś inny - nazwiska nie pamiętam. Ok. 8 rano byliśmy na terenie kopalni. Wszyscy. Nikogo z władz związku nie internowano.
To zresztą również jest powszechnie powielany błąd, choć mówi się, że Czuczman był zatrzymany. 13 grudnia nic takiego nie miało miejsca. Podobnie zresztą jak kwestia, że był on przewodniczącym. Odpowiedz na pytanie, dlaczego nikogo nie aresztowano, była tematem mojej niedawnej rozmowy z Józefem Fludrem. On mi powiedział, że Śliwowski był u prokuratora i obiecał, że na „XXX-lecia” żadnych strajków nie będzie! Bez względu na wszystko. Był wezwany w pewnej (nikt nie wie w jakiej) sprawie i tak powiedział. Śliwowskiego zresztą zawsze i wszędzie było pełno. Czy to do zdjęcia, czy też w czasie wizyt. Ale 13 grudnia, gdy wszyscy przygotowywali się do strajków, rozmawiali z oficerami i władzami kopalni, prowadzili negocjacje to on siedział na bramie.
Gdy przyjechałem na kopalnie, zobaczyłem tam ok. stu osób. Przede wszystkim z nocnej zmiany, choć też nie wszyscy. Ludzie byli zdezorientowani. Nie wszyscy wiedzieli, co się stało. Mimo tego, że była niedziela i sytuacja była ciężka, na kopalnie zjeżdżały kolejne autobusy. W poniedziałek wybraliśmy komitet strajkowy w składzie: przewodniczący Andrzej Szymczyk, dwóch wiceprzewodniczących, czyli Józef Fluder i ja, a poza tym Szczepkowski, Nowacki i Tomków, Matusiak, Lisowski, Kowalczyk, Piotrowski, Łukasik, Borowiec, Rybak, Śliwowski więcej nazwisk nie pamiętam. Podobnie, jak w 1980 dozór nie zastrajkował. Tym razem rozmawiąc z nimi próbował Szymczyk, a także pewien młody sztygar, Łoboda. Ten z kolei nie wytrzymał nerwowo i na widok czołgów zaczął na kolanach prosić ludzi, aby się rozeszli. Po strajkach został aresztowany, ale szybko go wypuścili.
Wracając do pierwszego dnia stanu wojennego. Dochodzili pojedyńczy ludzie, ale też dojeżdżały następne zmiany. W nocy z niedzieli na poniedziałek na kopalni było kilkaset osób. Potem doszła poranna zmiana i wówczas już oficjalnie można mówić o strajku. Przemawiał Szymczyk, który przestawił załodze sytuację i kandydatów do komitetu strajkowego. Ludzie to zaakceptowali. Pamiętam też pewnego pułkownika z niedalekiej jednostki wojskowej, który prosił nas ze łzami w oczach, abyśmy nie strajkowali. On wiedział, co się może stać, rozumiał sytuacje. To był człowiek, który nam bardzo pomógł, bo nie mieliśmy wtedy nic do jedzenia. Zorganizował nam kosze chleba. Niestety nie wiem, jak się nazywał.
Za pierwszym razem pułkownik przyszedł z innym oficerem. Ale na szczeście na kopalni pracował człowiek, który wcześniej był sierżantem w wojsku i służył u niego. Dzięki temu spełniał role mediatora. I podczas pierwszej wizyty było tak, jak już mówiłem. Pułkownik miał łzy w oczach i prosił o zakończenie strajku. Tymczasem my nie mieliśmy pojęcia, jak to wszystko będzie wyglądać. Przecież wojsko nie będzie z nami walczyć! Milicja katowała, z tym każdy się liczył. Ale wojsko? To było nie do pomyślenia. Nikt nie rozumiał dekretu, w którym były wypisane kary za strajkowanie od 3 lat więzienia do kary śmierci włącznie! Potem ten pułkownik przyszedł jeszcze raz, tym razem na hale zborną, tam były prowadzone negocjacje ale nie mogliśmy spełnić jego warunków. Musieliśmy strajkować. Dodatkowo zdarzały się osoby, które podpuszczały i straszyły ludzi. Oni przyszli z zewnątrz, więc pewnie to byli esbecy. To był prawdziwy kocioł emocji. Wśród ludzi, których znaliśmy nie było osób podważających sens strajku. Jeśli chodzi o naszych „partyjnych”, to siedzieli w pomieszczeniu komitetu partyjnego i bali się pokazywać ludziom. Strajkujący byli rozsierdzeni, więc wystarczyło jedno słowo i wolę nie myśleć, co mogłoby się stać. Kiedy rozwiązywaliśmy strajk, to obawialiśmy się o reakcje tłumu wobec nas.
Jeśli chodzi o milicje i wojsko, to pokazywali się, ale nie otoczyli kopalni. Jeździli wokół zakładu, aby wystraszyć ludzi. Poza tym my byliśmy o wiele lepiej zorganizowani niż w 1980 roku. Tomków, o którym już mówiłem, załatwił krótkofalówki, dzięki czemu poszczególne „posterunki” mogły się ze sobą porozumiewać. Paradoksalnie działało to na naszą niekorzyść, bo jeśli ktoś był wystraszony i zobaczył czołg, to natychmiast informował pozostałych. To stawiało na nogi całą kopalnie. Prawdziwa wojna nerwów. Byliśmy zebrani na hali zbornej, w której było dużo szyb. Gdyby wtedy weszła milicja i zaczęło się pałowanie, to mogłoby dojść do masakry.
Z czasem zaczęły się pojawiać głosy, że na innych kopalniach były pacyfikacje. Ale nikt w to nie wierzył. To był 15 grudnia. Przyjeżdżało jednak coraz więcej osób, które relacjonowały, co się dzieje. Gdy już wszystko było pewne, zaczęliśmy się przygotowywać do kapitulacji... Wszyscy członkowie komitetu strajkowego zostali zwołani do gabinetu dyrektora. Był tam też ksiądz. I jeden esbek w cywilu, który zaczął nam grozić i wymachiwać pistoletem. Przy księdzu, bez żadnych zahamowań. Ten esbek nazywał się Wielgus.
„Negocjacje” trwały ok. dwóch godzin, od 13 do 15. To była pyskówka, a nie dyskusja. Wymachiwanie pistoletem i groźby ze strony tego esbeka: „Choćby krew się strumieniami po ścianach lała, to ja i tak zrobię tu porządek”. On tak powiedział do księdza! Potem wyczytano 10 nazwisk, ludzi z komitetu strajkowego i Pawła Lisowskiego. Tak na marginesie, to z nim sprawa wyglądała dziwnie, bo rzekomo ukrywał się w czasie procesu, ale jednocześnie... chodził do pracy na nocną zmianę. A milicja nie potrafiła go złapać. Cóż, wolę nie komentować. Wracając do tych wyczytanych osób, to miały one pozostać na miejscu, natomiast pozostali mogli się rozejść. I wtedy Wiesław Matusiak, do którego mam ogromny szacunek za to, co wówczas robił, powiedział mi , że chyba tak będzie trzeba zrobić. Lepsza jest sytuacja, w której dziesięć osób będzie aresztowanych, niż cała załoga zostanie ukarana. Jak moglibyśmy spojrzeć w oczy kobiecie, której mąż zostałby aresztowany lub zamordowany? Ja wówczas byłem jednym z radykałów i nie chciałem kapitulowac. Myślałem wręcz o tym, żeby zjechać na dół i tam kontynuować protest. Matusiak mnie przekonał, że to nie ma sensu. I taki był koniec rozmów w gabinecie dyrektora. Tyle, że prawdziwe piekło rozpoczynało się na hali zbornej... Byly nawet okrzyki o zdradzie, chociaż nieliczne. Przede wszystkim ze strony młodych chłopaków, najbardziej radykalnych. Baliśmy się reakcji załogi na kapitulacje, ale ostatecznie chyba większość zrozumiała, że za dużo ryzykujemy. Poddaliśmy się i rozwiązaliśmy strajk. Wróciliśmy do domu razem z załogą.
Wtedy jeszcze nas nie aresztowano. Po kilku dniach zabrali Szymczyka, przed samymi Świętami Bożego Narodzenia. Potem aresztowano Fludra, który mieszkał w tej samej klatce, co ja. Była taka sytuacja, że ktoś dzwoni do moich drzwi i pyta, czy tu mieszka Józef Fluder. A tymczasem jego prowadzą! Więc kwestią czasu pozostawało, kiedy przyjdą po mnie. Miałem zawsze przygotowane ubrania, żeby się szybko ubrać i wyjść z nimi. Nie chciałem aby dzieci widziały jak mnie aresztują. No i w końcu przyszli. To był wieczór, 5 stycznia 1982 roku. Byłem wtedy na zwolnieniu chorobowym, bo miałem wypadek na kopalni. Siedziałem w fotelu przed telewizorem, akurat rozpoczynał się kolejny odcinek serialu „Noce i dnie”. W pewnym momencie dzwonek do drzwi. Już wiedziałem. Do pokoju weszło dwóch mężczyzn w cywilu a dwóch czekało w samochodzie milicyjnym (suka), szybko się ubrałem. Założyli kajdanki i wyprowadzili.
Zabrali mnie na jastrzębską komendę milicji. Najpierw zostałem przesłuchany przez niejakiego Króla. Łachudra to jedyne słowo, które do niego pasowało. Znałem go, bo prowadził sprawę afery wykrytej przez Bednarskiego na naszej kopalni. Z tego też powodu rozmawiałem z nim kilka razy. Król wszedł do pokoju i zapytał mnie, czy go znam. „Oczywiście, znam pana”. Po czym usłyszałem: „To siadaj s.....synu, zaraz będziemy rozmawiać”. Wtedy już wiedziałem, jak to będzie wyglądać...
Określenie „s.....syn” było tam na porządku dziennym. W Jastrzębiu i w Katowicach. Inaczej się do nas nie zwracali. Rano po wyjściu z celi, chciałem skorzystać z ubikacji. Nie było papieru toaletowego, więc spytałem jednego z milicjantów, czy mógłbym dostać. Odpowiedz była taka: „S.....synie, palców nie masz?”. Kiedy mówiłem, że jestem na zwolnieniu lekarskim (wypadek w pracy) z powodu kontuzji nogi usłyszałem: “My się już tobą zaopiekujemy”. Wśród nich nie byłem człowiekiem.
Na Komendę Wojewódzką do Katowic zawieźli mnie w kajdankach. Kazali rozebrać się do naga i ustawili pod ścianą. Było nas tam kilkunastu. Jeden z milicjantów kazał nam zrobić 20 przysiadów. Kontuzjowana i spuchnięta noga oczywiście bolała, ale cóż było robić. Wykonałem ćwiczenie i stoje. On mnie pyta, czemu skończyłem. Odpowiedziałem, że zrobiłem 20, tak jak mi kazał. Jak on się wtedy wściekł! Krzyknął: „Ja cię ty s.....synu nauczę liczyć” wyciągnał pałkę. Chwycił ją i ruszył w moim kierunku, a ja zacząłem szybko robić te przysiady. Zauważył, że w dziwny sposób stawiam noge przy ćwiczeniu, zatrzymał się i zapytał o to, więc mu wyjaśniłem, że jestem na zwolnieniu lekarskim. I chyba to mnie uratowało. Powiedział do innego milicjanta: „Wpisz, że ten s.....syn już przyjechał potrzaskany”.
Na szczęście nie zostałem pobity. Ale przez 56 godzin nie dostałem wody, żeby się napić, ani nic do jedzenia. Ponad dwie doby. Dopiero później w Bytomiu, gdzie skierował mnie prokurator z Katowic. Tak się dziwnie składało, że kiedy były posiłki, to ja byłem zawsze przenoszony do innej celi albo wzywany przez prokuratora. Nie wiem, czy robili to specjalnie, ale tak właśnie było. Na dodatek wieczorem zorientowałem się, że z nogi ustąpiła opuchlizna. Rano miałem być przewieziony do Bytomia, gdzie znajdował się szpital więzienny. Jeśli tam zobaczyliby, że noga wyglada normalnie, to na pewno zostałbym uznany za symulanta. Wolę nie myśleć, co czekałoby mnie po powrocie do Katowic. Przez całą noc drugą nogą kopałem się w tą kontuzjowaną nogę. Bolało strasznie, ale nie miałem wyboru. Podobnie robiłem rano, kiedy wieźli mnie suką. Miałem „szczęście”, bo noga spuchła tak, że już w Bytomiu nie mogłem ściągnać buta. Wrzucili mnie do jakiejś obskurnej celi. Tam była woda, więc natychmiast rzuciłem się do picia. Ugasiłem pragnienie i zacząłem myć głowę. Górnik bowiem jest przyzwyczajony do codziennego kąpania się. A ja nie miałem tej możliwości przez ponad dwa dni. Zaraz potem przyszedł strażnik i przyniósł mi posiłek. Ale ja nie mogłem jeść. Po tylu godzinach bez jedzenia zjadłem kawałek ziemniaka. To było wszystko. Chwilę potem zabrano mnie do innej celi, w której byli sami recydywiści... W kilkunastu siedzieli na jednej z prycz i grali w karty. Popatrzyłem na te twarze. Bałem się niesamowicie. Wiedziałem, że nie należy się witać, ale obawiałem się, że za najmniejszy błąd pobiją mnie na miejscu. Podszedłem, wyciągnałem ręke, ale jeden z nich, 20-letni młokos, kazał mi „spier..... do kąta i czekać”. Oni mieli czas. Pokazali mi lóżko na górze, przy rozbitym oknie, w najzimniejszej części celi. Gdy skończyli grać i porozmawiali ze sobą, zawołali mnie. To, co się wtedy działo w mojej głowie, to trudno dziś opisywać. Bałem się niesamowicie. Jeden z nich zapytał, za co się tu znałazłem. Odparłem: „Z Solidarności jestem”. Gdy to powiedziałem, oni wszyscy zerwali się z łóżka i o mało co by nie stali na baczność! Od tej chwili zupełna zmiana nastroju, absolutnie zero agresji. Prosili, żeby opowiadać, co się dzieje. Jeden z nich, który siedział za morderstwo, położył mi rękę na ramieniu. Aż mnie ciarki przeszly. A on mówi, że największe pretensje ma do „Solidarności”, że ich nie powypuszczaliśmy z wiezień. Bo oni by tych komunistów „powyżynali”! Natychmiast przenieśli moje rzeczy do najcieplejszego miejsca w pomieszczeniu. Byłem z nimi dwa dni, ale od czasu tej rozmowy byłem traktowany bardzo dobrze. Potem przeniesiono mnie do oddziału dla więźniów politycznych i tam mieliśmy już tylko jeden temat. Bytom był bardzo dobrze zorganizowany. Zbierano pieniądze dla więźniów, więc kiedy wychodziłem, miałem 1000 zł na koncie, o których nawet nie wiedziałem. Przez ta niewiedzę o mało nie dostałem pałką przy samym wyjściu.
Rozprawa odbyła się w Katowicach. Mieliśmy adwokata, dla Fludra, Łukasika i mnie żony wynajęły panią Mazurkiewicz. Prokurator zażądał dla Szymczyka 7 lat więzienia, a mnie i Józefa Fludra po 6 lat. W przypadku Kowalczyka, Matusiaka, Nowackiego sąd odstąpił od wymierzenia kary. Ostatecznie dostałem 2 lata więzienia w zawieszeniu na 5 lat, 2 lata pozbawienia praw publicznych i obywatelskich, 3000 zł grzywny oraz konieczność pokrycia 1/6 kosztów procesu. Piotrowski 1.5 roku w zawieszeniu na 4 lata, Szczepkowski 1 rok w zawieszeniu na 4 lata, Łukasik 1,3 w zawieszeniu na 4 lata. Muszę powiedzieć, że kiedy byłem w więzieniu, to najgorsze co mogło być to strach o rodzinę. Strasznie się bałem, że przyjdzie taki czas, że dzieciom zabraknie chleba. Znałem to uczucie bo sam jako dziecko -często brakowało chleba. Mój strach był niepotrzebny, bo koledzy z mojego oddziału fantastycznie zaopiekowali się rodziną. Zbierali pieniądze i jej zanosili. Trzynastą i czternastą pensje przynieśli mi do domu, ale nie chciałem przyjąć. Przecież oni mieli swoje rodziny. Wtedy Stanisław Szafraniec powiedział: „Trudno Ewaldku, tak nas wychowałeś, więc takich nas masz”. Gdy z kolei jego aresztowali, to podobna akcje zorganizowaliśmy względem jego rodziny. Odział g-2 na którym miałem zaszczyt być przewodniczącym, był najbardziej zorganizowany i solidarny na kopalni.
Areszt trwał od 5 stycznia do 23 lutego, czyli od dnia aresztowania do dnia procesu. Siedzieli ze mną ludzie z Bytomia. Pamiętam człowieka, Waldek mu było na imię, który sam rozpoczął i sam zakończył strajk na jednej z miejscowych kopalni. Ten protest trwał zaledwie 2,5 godziny. Poza tym protokołował zebranie na parafii. Za oba „przestępstwa” dostał 6 lat więzienia! Nie w zawieszeniu! Ja czułem się wobec niego strasznie, bo właściwie nic nie zrobił wedle tego, co my zorganizowaliśmy w Jastrzębiu. Naprawdę było mi żal tego człowieka. Wyszedłem dopiero następnego dnia. Rozdałem paczki, żeby koledzy mieli coś lepszego do zjedzenia. Taksówką pojechałem do domu. Sam przyjazd do domu był dla mnie bardzo wzruszający. Moje dzieci zrobiły transparent “WITAMY TATUSIA W DOMU”, takiej chwili się nie zapomina.
Przez pewien czas nie mogłem ponownie podjąć pracy. Dopiero później dostaliśmy wszyscy wezwanie, że mamy stawić się na kopalnie. Tam odbył się, dosłownie, sąd kapturowy. Między nimi byli rownież esbecy, którzy nas przesłuchiwali, zadawano nam dziwne pytania, poniżano nas. Ostatecznie przyjęto z powrotem mnie i Wiesława Matusiaka oraz Łukasika o ile dobrze pamiętam. Ale to nie była normalna praca tylko gehenna. Czasami zazdrościłem tym, którzy nie pracowali. Po za tym przez jakiś czas musiałem zgłaszać się na Milicji, a najgorsze w tym było to, że moja żona też parę razy musiała się zgłaszać. To było strasznie upokarzające wobec tych co pracowali. Każdego dnia przydzielali mnie do roboty w innym miejscu. Aby mnie dodatkowo poniżyć, kazali mi pracować z ormowcami, partyjnym albo, co było najgorsze, świadkiem, który zeznawał na procesie przeciw mnie. Pewien sztygar pozwolił mi przepracować ponad tydzień na jednym z chodników. Potem musiał się z tego tłumaczyć. To nie była praca, tylko szykan, musiałem emigrować, bo nie wiadomo co by się mogło stać ze mną i moją rodziną. Powiem, że to nie była emigracja, lecz najzwyklejsza banicja. Otrzymałem (liśmy) paszport z prawem jednokrotnego przekroczenia granicy bez prawa powrotu.Wybrałem Szwecje, bo to blisko i dawało nadzieje że kiedyś wrócę. W Konsulacie polskim w Szwecji odmawiano mi wizy! Argumentowano, że nie mam uregulowanych spraw w Polsce a dokładniej że nie zrzekłem się obywatelstwa polskiego. Byłem zmuszony się zrzec obywatelstwa polskiego. Po siedmiu latach spędzonych w Szwecji właśnie tak zrobiłem. Chcieliśmy z żoną zobaczyć rodzinne strony. Mimo wszystko to był błąd, mogłem jeszcze trochę poczekać bo w tym samym roku Mazowiecki był już premierem. Dziś mam tylko obywatelstwo szwedzkie.
...
Wyjechaliśmy do Skandynawii dokładnie 8 listopada 1982 roku. Razem z Fludrem i Matusiakiem. Nie znaliśmy języka, ale gospodarze fantastycznie się nami zajęli. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o stronę socjalną, to naprawdę nie mieliśmy żadnego powodu do narzekań. Dostaliśmy się do obozu dla uchodzców w Oxelosund ale tam były normalne, zresztą bardzo ładne mieszkania. W środku pełna lodówka, do tego otrzymaliśmy trochę pieniędzy i 240 godzin obowiązkowej nauki języka szwedzkiego. Później mieliśmy prawo wyboru miejsca zamieszkania. Józef Fluder i ja pojechaliśmy do Kalmaru, a Matusiak do Kavlinge. Utrzymywaliśmy się tam z zasiłku socjalnego i mieliśmy kolejne obowiązkowe godziny nauki języka. Żyło się nam bardzo dobrze. Szwedzi zajęli się nami naprawdę troskliwie.
Na koniec chciałbym jeszcze coś opowiedzieć. Przypomina mi się taka sytuacja z obozu w Oxelosund. Przebywali tam nie tylko Polacy, ale też uchodźcy z Ameryki Południowej, którzy z kolei byli prześladowanymi w swoich ojczyznach komunistami. Paradoks polegał na tym, że oni nam nie wierzyli, że w ich wymarzonym komunizmie są puste sklepy. Oni tego nie potrafili zrozumieć! Innym paradoksem było to, że im nikt nie cenzurował listów, a nam owszem. Jednemu z najbardziej zacietrzewionych komunistów argentyńskich przykleiliśmy na czapkę czerwoną gwiazdę. Nosił ją potem dumnie. Ale biletu do Polski nie chciał. Komunistów nie ciągnęło do komunizmu (śmiech). Być może dzięki nam i naszym opowieściom...

Zobacz również >> Sierpień 80

Opracował: Mariusz Gołabek




Ewald Kudla
powrót »