Relacje


powrót »

W dniu 13.12.1981 r. o godz. 2-ej w nocy przyjechali po mnie 2 oficerowie SB (po cywilnemu) i 4 umundurowanych funkcjonariuszy MO. Wyłamali drzwi, gdyż nie chciałem ich wpuścić do domu, motywując to tym, iż według prawa mogą przyjść dopiero po 6-tej rano. Stwierdzili wtedy, że od dzisiaj prawo się zmieniło. Pozwolono mi zabrać rzeczy osobiste. Następnie zabrali mnie do milicyjnej „Nysy” – tam już siedział Mieczysław Sawicki. Zawieźli nas do Żor, gdzie zamknięto nas pod kluczem w jakimś pokoju. Potem zawieziono nas do Rybnika, gdzie wepchnięto nas do celi wypełnionej po brzegi ludźmi. Tam zaobserwowałem dramat tych ludzi – mój także, gdyż wielu z nich było w nocnym odzieniu, przeznaczonym do spania (piżamy, koszule nocne) i często boso. Pomyślałem sobie, że skoro władza zdecydowała się na to, aby tak nas potraktować, to co dopiero może nastąpić w dalszej kolejności – najczarniejsze scenariusze.
Następnie w trakcie przewożenia nas z Rybnika do ZK w Jastrzębiu Szerokiej (zorganizowano tam Ośrodek Odosobnienia dla Internowanych), konwój 7 radiowozów zatrzymał się w lesie – wielu z nas było przekonanych, iż będzie się działo coś złego. Jednakże po jakimś czasie ruszyliśmy dalej i dotarliśmy do Szerokiej. Na miejscu podczas wysiadania z samochodu spostrzegliśmy budzącą grozę scenę, jak podwórze więzienne obstawione było przez ZOMO-wców, trzymających w rękach na przemian raz karabin automatyczny, a drugi raz ujadającego na smyczy psa. Następnie rozkwaterowano nas po celach – byłem w pawilonie nr 2 w czteroosobowej celi nr 13, gdzie przebywali ze mną: M. Sawicki, Jurkiewicz z KWK „Jastrzębie” i jakiś chłopak z PGR w Szerokiej. Strażnicy musieli chyba postrzegać nas jako ludzi niezwykle groźnych, gdyż podczas wydawania nam obiadu przez 2 więźniów funkcyjnych (byli nimi kryminaliści), asystowało im przy tym 4 strażników uzbrojonych w pistolety automatyczne, które mieli wycelowane prosto w nas. Warunki w tym obozie były koszmarne – w zimie mróz, a w lato gryzły nas pluskwy. Znalazłem też zeszyt 32 kartkowy i zielony wkład do długopisu, więc od pierwszego dnia pobytu w tym miejscu zacząłem pisać w nim swoje spostrzeżenia i refleksje z tego co się tam działo. Pisałem codziennie, aż do momentu, kiedy mnie stamtąd zabrali. Było to w czasie wizyty w Szerokiej bpa Bednorza przed nowym rokiem (przełom 1981/1982 r.??).
Na drugi dzień po tej wizycie wypuszczono mnie z ZK, ale za bramą zakładu zatrzymali mnie funkcjonariusze MO, skuli kajdankami i zawieźli mnie do KW MO w Katowicach – przebywałem tam prawie 1,5 miesiąca. Tam w formie represji trzymano mnie 2 lub 3 dni nago w pokoju przesłuchań, gdzie próbowałem spać leżąc na stole i kucając na krześle. Po tym kazano mi przeszukiwać sporej wielkości kupkę przemieszanych ze sobą różnorakich ciuchów i rzeczy, abym znalazł tam swoje ubranie – czułem, że szukają zaczepki. Odpuścili sobie jednak, kiedy pokazałem im swoją dobrą sprawność fizyczną i refleks (w tych latach ćwiczyłem wschodnie sztuki walki), rzucając się i łapiąc do rąk książeczkę która spadała na podłogę. Był to „Nowy Testament”, który dostałem od bpa Bednorza, w darze od papieża Jana Pawła II. Później zamknięto mnie w celi więźniami kryminalistami. W celach był straszny ścisk i tłok – jak na 2 osobową celę było 5 więźniów, to można było mówić o luksusie, w 3 osobowych celach było nas 8-9, a nawet 14 ludzi.
Więźniowie kryminalni odnosili się do nas – więźniów politycznych, z ogromnym szacunkiem. Jeden z nich o nazwisku Ochman – złodziejaszek, nauczył nas wielu dziwnych sztuczek, m.in. jak fałszować dokumenty, jak należy przykleić swoje zdjęcie na cudzy paszport lub dowód, sposobu pisania grypsów, mając tylko papier i zapałkę itp. Często bywało tak, że jak wchodził do celi więzień polityczny, to najstarszy więzień kryminalny meldował stan celi, wskazywał i przygotowywał wolne miejsce dla politycznego itp. Myśmy też się do nich odnosili z szacunkiem, gdyż w wielu sprawach na pomogli.
Po 1,5 miesięcznym pobycie na KW MO kolejny raz wypuszczono mnie na wolność i gdy wychodziłem z budynku komendy, to kolejny raz zatrzymali mnie milicjanci – kajdanki i do radiowozu – i wywieźli mnie ponownie do Szerokiej. Tam umieszczono mnie w pawilonie nr 3 w 8 osobowej celi ze znanymi mi ludźmi. Zaczęliśmy tam organizować się wyłaniając hierarchię w społeczności internowanych. Ja również znalazłem się w starszyźnie pawilonowej, kierującej więźniami politycznymi – byłem tam z racji mojej wcześniejszej pozycji w „Solidarności”.
Pewnego razu miało miejsce takie zdarzenie, kiedy wyczytano mnie z listy, abym udał się do więziennego gabinetu stomatologicznego. Byłem zdziwiony, gdyż ja sam nie zapisywałem się na taką wizytę. Jednakże za namową kolegów udałem się tam, chcąc sprawdzić o co tu chodzi. U dentysty, za zamkniętymi drzwiami przy mistyfikacji zabiegu stomatologicznego przeprowadzanego na mnie, otrzymałem od jednej z pielęgniarek poufną informację. Stwierdziła, że wie kim jestem i że może mi zaufać – ludzie ze służby zdrowia chcieli nas w ten sposób ostrzec, że w naszym pawilonie, wśród nas, działa agent SB-ecki, który codziennie pod płaszczykiem otrzymywania zastrzyków donosi służbom o tym, co się dzieje u nas. Mężczyzna ten nazywał się Suchobowicz i był z Bielska. Podsunęła mi też sposób zdemaskowania go – mamy sprawdzić, czy na jego ciele są ślady od ukłuć igłą, gdyż ciągle do nich przychodził po zastrzyki, ale nigdy ich nie otrzymywał.
W związku z tym zrobiliśmy naradę z zaufanymi ze starszyzny – co z nim zrobić? W efekcie tego wyczekaliśmy trochę czasu, aby nie wykryto naszego źródła informacji i dopadliśmy go, ściągnęliśmy mu spodnie i rzeczywiście nie miał ani jednego śladu ukłucia igłą. Mężczyzna ten jeszcze tego samego popołudnia zniknął z naszego pawilonu.
W ZK mieliśmy dobre układy z więźniami kryminalnymi, szczególnie z tzw. „grypserami”. Pewnego dnia przyszedł do naszej celi jeden z więźniów funkcyjnych, który temp ił środkiem chemicznym pluskwy. W tym samym momencie przyszli do nas inni więźniowie funkcyjni z garem pełnym zupy. Gdy ten pierwszy ich zobaczył, to zaczął uciekać, a ci dwaj gonili za nim. W końcu go dopadli na końcu okratowanego korytarza i wylali na niego całą gorącą zupę. Jak się później okazało był to donosiciel, który pod przykrywką funkcji podsłuchiwał nasze rozmowy i donosił o tym co usłyszał SB. Więźniowie ci powiedzieli też nam na jakich więźniów mamy uważać, a którym można zaufać – sprawdzało się to w praktyce.
W dniu 23.03.1982 r. zlikwidowano obóz dla internowanych w Jastrzębiu Zdrój-Szerokiej, a nas podzielono na grupy i upchnięto do milicyjnych „Nys” oraz wywieziono do Uherc w Bieszczady. Podróż była pełna różnych dramatycznych przeżyć i sytuacji. Zatrzymaliśmy się po drodze w ZK w Tarnowie na kolację. W Uhercach ulokowano nas w pawilonie nr 1. w celi nr 1 tego pawilonu zorganizowaliśmy szybko „sztab” naszej więźniarskiej organizacji. Byli tam ludzie z władza regionalnych „Solidarności”, m.in. Janusz Reidych, Leon Neuger z Uniwersytetu Śląskiego, Andrzej Proba z „Solidarności funkcjonariuszy MO, Henryk Nejman z KWK „Jastrzębie” i ja. Zorganizowaliśmy też sobie nielegalny odbiornik radiowy. Mieliśmy także małą drukarnię, w której drukarzem był A. Proba, a Maciej Klich był wykonawcą pieczątek.
W pewnym momencie pogorszył się stan mojego zdrowia – osadzeni ze mną Kostrzewski i Reipert, jako lekarze z zawodu, stwierdzili, że grozi mi zapaść i zrobili wokół tego szum. Wywieziono mnie w efekcie tego z Uherc do cywilnego szpitala w Ustrzykach Dolnych. Miało to miejsce bez porozumienie i formalnego zezwolenia funkcjonariuszy SB. Tam przebywałem 2-3 tygodnie, gdzie odwiedziło mnie wielu znajomych, mi. przyszła do mnie moja żona przebrana za pielęgniarkę (była tam 3 dni, za nim się zorientowali strażnicy kim ona jest). Był też u mnie w odwiedzinach Henryk Wuttke z paroma ludźmi.
Miała tam też miejsce sytuacja dotycząca broni służbowej jednego ze strażników, którzy byli często pijani. Jeden z nich zostawił broń w torbie powieszonej na krześle przed wejściem do mojego pokoju. Sprzątaczka która w tym miejscu sprzątał wywróciła to krzesło i w efekcie tego broń wypadła na podłogę. Ja wpadłem na pomysł. Aby mu tą broń schować w jednej z szafek przy łóżku pacjenta. Gdy przyszli strażnicy zapytałem jednego z nich: „Gdzie twoja broń?” ten stwierdził jej brak i zaczęli poszukiwania. Opowiedziałem jak było i dodałem, że chyba sprzątaczka wyrzuciła ją do śmieci – szukali w nich przez dłuższy czas, bezskutecznie. W końcu powiedziałem im gdzie jest schowana ta broń. Jedna ze strażników nakazał mi, abym przyniósł ją – trochę się obawiałem tego co może nastąpić później (ich 4 z 3 pistoletami, a ja wychodzący z pokoju z bronią w ręku). Jednakże oddałem im tą broń bez żadnych szykan i groźnych sytuacji z ich strony. Efektem tej całej sytuacji było to, że od tego momentu owi strażnicy „jedli mi z ręki”.
W Uhercach była też wizyta kard. Macharskiego i bpa Tokarczuka, którzy odprawili mszę św., oraz szwajcarskiej komisji z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Po niej wychodzę po raz czwarty na wolność. Początkowo nie chciałem uwierzyć strażnikowi, że wychodzę na wolność. Następnie podczas rozmowy z oficerem SB zostałem pouczony o moich prawach podczas stanu wojennego i kazano mi podpisać deklarację lojalności. Nie podpisałem tego – odmówiłem, gdyż nie zgadzałem się z tezami tam zawartymi (np., że działałem na szkodę państwa). Więc kazano mi napisać na kartce z czym się nie zgadzam i podpisać się. Myślałem, że zostanę dalej w więzieniu, ale stwierdzono, że wypuszczają mnie na wolność.
 

Zobacz również  >> Sierpień 80




Grzegorz Stawski
powrót »