Relacje


powrót »

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku spałem jak wiele milionów Polaków. O godzinie 4.30 obudził mnie kolega Okulski wracający z nocnej zmiany w KWK „Jastrzębie”. Powiedział: „Ubieraj się, bo jest wojna, zamykają działaczy Solidarności”. Nieświadomy tego, co się naprawdę dzieje, ubrałem się. Pojechaliśmy po Bogdana Kurzeję, członka Komisji Zakładowej „Solidarności” z naszego zakładu, mieszkającego przy ul. Turystycznej w Jastrzębiu Zdroju. W trójkę dotarliśmy do siedziby „Solidarności” w Zakładzie Transportu Kolejowego i Gospodarki Kamieniem (ZTK i GK) w Rybniku – Boguszowicach. Nie weszliśmy jednak do środka, bo drzwi były zaplombowane. UB przywiozło w nocy dyrektora zakładu, Bolesława Chroboka, który po strajkach w 1980 roku stanął po stronie „Solidarności”. (To człowiek bardzo szlachetny, mądry i odważny. Twórca wielu pomysłów i rozwiązań Związkowych). Był zaskoczony i uradowany na nasz widok, ponieważ myślał, że zostaliśmy internowani. Dał nam klucze od siedziby związkowej i nowe plomby mówiąc: „Zabierajcie to, co chcecie, przyklejcie nowe plomby i uważajcie, bo to nie żarty”. Zabraliśmy protokoły z posiedzeń Komisji Związkowych oraz sztandar. W drodze powrotnej do Jastrzębia Zdroju zastanawialiśmy się, gdzie to ukryjemy. Padła szybka decyzja – Kościół NMP Matki Kościoła „na górce”. Do końca nieświadomi tego, co się wydarzyło, zachowywaliśmy się dość swobodnie. Natomiast na twarzach ludzi wracających z Kościoła widoczny był strach i przerażenie. Proboszcz, ks. Bernard Czernecki, wziął od nas sztandar, prosząc byśmy byli ostrożni i czekali na rozwój sytuacji. Podczas spotkania z nami przychodzili do niego ludzie i opowiadali mu o spustoszeniu, które zrobiono w szeregach „Solidarności” w pierwszych godzinach stanu wojennego oraz o sposobach traktowania internowanych. Żona H. Czerwionki opowiadała mi, jak jej męża ciągnięto za nogi po schodach z czwartego piętra. Zabrano go w samych spodenkach. Weszli do mieszkania niespodziewanie, wyłamując przedtem drzwi. Zgodę na widzenie z mężem otrzymała dopiero po dwóch tygodniach od osadzenia go w więzieniu w Szerokiej. Był tak pobity, że ledwo go poznała.
Wróciłem do domu pełen niepokoju. Nikt nie był do końca świadomy tego, co się stało. W telewizji nie było „Teleranka”, a co godzinę nadawano komunikat o stanie wojennym. Generał Jaruzelski (nazywany przez nas „zieloną wroną w czarnych okularach”) czytał dekret o stanie wojennym. Nie było na co czekać. Ubrałem się ciepło (była wtedy wyjątkowo ostra zima), do torby włożyłem kilka kromek chleba ze smalcem, cebulę, czosnek. Powiedziałem żonie, aby opiekowała się dziećmi. Widziałem w jej oczach przerażenie. Mojemu tacie płynęły łzy po policzkach. Celowo nie żegnałem się z nimi, aby nie pogarszać sytuacji. Poszedłem z ul. Małopolskiej na KWK „Moszczenica”, gdzie pracowałem w oddziale ZTK i GK.
Przy bramie kopalni stało wojsko i nikogo nie wpuszczano do środka. Przeskoczyłem przez płot. Było około godziny 13.00. Na KWK „Moszczenica” trwał strajk okupacyjny. O godzinie 14.00 zjawił się dyrektor kopalni strasząc zwolnieniami, jeżeli robotnicy nie podejmą pracy. Ludzie milczeli. Po ośmiu godzinach dyrektor wrócił w asyście oficera, który przedstawił się jako Komisarz Wojskowy i przejął dowództwo nad załogą. Przeczytał zgromadzonym obowiązujące przepisy o zaostrzonym rygorze podczas stanu wojennego i delegalizacji związków zawodowych. Dyrektor krzyczał, żeby ludzie zdecydowali się podjąć pracę. W międzyczasie zorganizowano Komitet Strajkowy, który żądał uwolnienia więzionych. Załoga KWK „Moszczenica” zabezpieczyła zakład eliminując podejrzanych ludzi, którzy mieli za zadanie wprowadzić panikę i strach.
Noc z 13 na 14 grudnia oraz kolejny dzień mijały w napięciu. Rodziny przynosiły strajkującym jedzenie. Dowiedzieliśmy się od nich o krążących po ulicach Jastrzębia czołgach i opancerzonych pojazdach, tzw. skotach. Poinformowali nas, że w pobliskich lasach
stacjonuje wojsko. W poniedziałek wieczorem, 14 grudnia, ponownie pojawił się Komisarz Wojskowy w towarzystwie oficerów SB. Ludzie pytali o to, czy wojsko będzie strzelać do górników. W odpowiedzi usłyszeli, że wojsko wykonuje rozkazy i zabezpiecza zakłady pracy. Na
pożegnanie górnicy zaśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”.
15 grudnia był dniem wypłaty. Od samego rana tłumy. Cały czas przebywałem na terenie KWK „Moszczenica” w oddziale kolejowym, który miał za zadanie m. in. wozić węgiel na elektrownię. Mieliśmy z nimi łączność telefoniczną (telefony kopalniane i miejskie nie działały). Wykorzystałem tę sytuację i dowiedziałem się, że strajkują także pozostałe kopalnie. Dawało nam to pewien komfort psychiczny. Około godziny 9.00 otrzymałem wiadomość z KWK „Jastrzębie” o pacyfikacji kopalni przez ZOMO. Wsiadłem na lokomotywę i pojechałem zobaczyć, co się tam dzieje. Pierwszy widok, to spadający na tory kolejowe człowiek. Wyskoczył z okna łaźni umieszczonego na wysokości 10 metrów. Podniosłem go. Miał otwarte złamanie nogi. Mówił, że zomowcy wrzucili do łaźni gaz i pałują ludzi. W kierunku Mszanej uciekało kilkaset osób. Niektórzy z nich byli zakrwawieni. W powietrzu unosił się zapach gazu, a z dala było słychać sygnały karetek pogotowia. Koledzy zabrali rannego górnika, a ja wróciłem na KWK „Moszczenica”, aby poinformować Komitet Strajkowy o tym, co zobaczyłem. Pamiętam, że był obecny Repeć, Bożko, Buszta i Sroka. Chyba nie dowierzali do końca moim opowieściom. Jeden z nich zaproponował, abym opowiedział załodze tym, co widziałem. Na cechowni był tłum ludzi zdecydowanych na wszystko. Mieli w rękach sztyle od kilofów, żelastwo, blachy i łańcuchy.
Nie pamiętam, co do nich powiedziałem, ale o mało nie zostałem zlinczowany. Krzyczeli do
mnie: „Kto ty jesteś? Chyba zdrajca chce nas rozgonić!” W tym momencie na KWK „Moszczenica” wjechały oddziały ZOMO z siekierami. Powybijali szyby w oknach i wyłamali drzwi. Wtargnęli do cechowni, jak dzikie bestie. Ludzie zostali poranieni odłamkami szyb. Kilkadziesiąt osób modliło się pod figurą św. Barbary. Zomowcy szaleli, pałami wypędzali górników z kopalni. Jeden z nich uderzył w głośnik, zamilkła modlitwa. Górników wypędzano w kierunku bramy, za którą stał czołg i kilkadziesiąt opancerzonych pojazdów. Jeden z górników krzyknął: „Esesmani!”. Został wyrwany z szeregu i kilku oprawców uderzało go pałami. Na dworcu autobusowym zomowcy bili kobiety i lali wodą. Były to okropne widoki. Część ludzi szła do kościoła w Zdroju, część do wsi Moszczenica, gdzie czekał na nich ks. Budniok. Wróciłem torami kolejowymi na oddział w KWK „Moszczenica”. Potem postanowiłem, że pójdę w kierunku KWK „Zofiówka” bocznymi drogami. Pewna kobieta z dzieckiem na ręku powiedziała do mnie:
„Niech pan tam nie idzie, bo strzelają do górników.” Usiadłem wtedy na śniegu, bezradny jak
dziecko. Nienawiść mieszała się z rozpaczą. Po chwili uświadomiłem sobie, że mam rodzinę
i muszę wrócić. Nie wiem, w jaki sposób znalazłem się na ul. Wielkopolskiej, gdzie spotkałem znajomą M. Kundę. Dałem jej wypłatę, żeby dostarczyła ją mojej żonie. Sam
bałem się wrócić do domu, gdyż obawiałem się, że mogę zostać aresztowany. W takich
sytuacjach strach ma wielkie oczy.
Okres po 13 grudnia nazywaliśmy „nocą stanu wojennego”. Byliśmy poddani przeróżnym represjom: niemożność poruszania się poza miejscem zamieszkania, godzina milicyjna od 22.00 do 6.00, kolegia za drobne wykroczenia (np. przejście przez ulicę w niewłaściwym miejscu), rogatki na granicach miast, rewidowanie pojazdów i rewizje osobiste, patrole ZOMO przez całą dobę, w zakładach pracy nie było władz cywilnych – zastąpili je Komisarze Wojskowi i UB. Niemało też cierpiały rodziny internowanych. Zostały pozbawione środków do życia. Musiały funkcjonować bez kartek na żywność i bez pieniędzy. Na szczęście księża znali najbardziej i udzielali im pomocy. Przez pierwsze dni i tygodnie trudno było ustalić, ilu ludzi zostało internowanych. Liczba zwiększała się każdego kolejnego dnia. Dyrektorzy zakładów pracy zobowiązani byli do pisania dodatkowych list pracowników, tzw. „Solidaruchów”. Rekordzistą, który stworzył najdłuższą listę, był wówczas dyrektor Borowy z KWK „Borynia”. Wśród kolegów z oddziału ZTK i GK przy KWK „Moszczenica” do najbardziej aktywnych i wyrażających sprzeciw przeciw stanowi wojennemu należeli: Potempa, Małowski, Kołodziński, Wójciński, Skorupa, Martynowski, Kunda i inni, których nazwisk już niestety nie pamiętam. Opozycja zaczęła się rodzić dwutorowo. Jedna rodziła się wśród rodzin i ich znajomych. Druga zrodziła się na parafiach z proboszczami na czele. Tam też w okresie kilku miesięcy zrodziły się struktury podziemia. Staraliśmy się dawać sobie radę i walczyć. Na murach różnych obiektów pojawiały się hasła: „SOLIDARNOŚÆ – ¯YJE”, „PRECZ Z KOMUN¥”, „ŚLEPA WRONA” itp. Specjalne ekipy codziennie rano musiały zamalowywać te napisy. Dziewiętnastoletni chłopak, Kiełkowski, zatrzymany przez ZOMO podczas pisania haseł w dzielnicy Zdrój otrzymał wyrok 1,5 roku więzienia oraz wysoką karę pieniężną. Takich młodych ludzi było wówczas wielu...
W zakładach pracy zaufane osoby organizowały pomoc dla rodzin pokrzywdzonych kolegów.
Ruszyła także akcja informacyjna. Ulotki pisano nawet ręcznie i rozrzucano w różnych miejscach. Niezapomniane wrażenie zrobiła na mnie Pasterka odprawiona 24.12.1981 r. W tę noc zezwolono ludziom wyjść z domu po 22.00, czyli po godzinie milicyjnej. Wielotysięczny tłum zebrany „na górce” nie zmieścił się w kościele, więc część ludzi stała na placu przykościelnym. Śpiew kolęd słychać było z kilku kilometrów. Życzenia świąteczne, które składaliśmy po mszy kończyliśmy słowami „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”. Na początku 1982 r. z kolegą Andrzejem Martynowskim drukowałem ręcznie ulotki techniką tzw. „mały drukarz”. Była to mozolna i mało wydajna praca. Na ulotkach zamieszczaliśmy hasła antywojenne wzywające do oporu i dopisek końcowy „podaj dalej”. Ulotki były rozrzucane na przystankach i na klatkach schodowych. Przez dwa lata (1982-1983) poznałem wielu wspaniałych ludzi. Rozumieliśmy się bez słów. Uczyliśmy się konspiracji, wymienialiśmy się doświadczeniami. Nasze ścieżki prowadziły do kościoła „na górce”. Tam „ładowaliśmy akumulatory” na comiesięcznych Mszach za Ojczyznę. W latach 1984 -1988 stanowiliśmy dobrze zorganizowane podziemie „Solidarności”, każdy miał przydzieloną pracę. Po śmierci kolegi Martynowskiego, w 1986 r., zajmowałem się podziemną prasą z całej Polski, którą roznosił Krzysztof Trzaska. Pamiętam hasła, które otwierały drzwi do mieszkań: „Góral”, „Barbara”, „Błysk”, „Gog”, „Rumcajs”, „Kosa”, „Nicpoń”, „Niezależny”. Nie zawsze przynosiliśmy dobre wieści. Czasami zdarzały się wpadki i trzeba było zmieniać całą siatkę. Dodatkowo miałem kontakt z regionem Podbeskidzia, gdzie woziłem prasę do kolegi Janka Boczek z Pewli Małej i do pani Hanki z Jeleśni. Powinienem wspomnieć tych, którzy odeszli na wieczną „wartę” do Boga. Byli to żołnierze pierwszej linii, tacy jak: Roman Horak, Roman Kończal, Jurek Zagała, Henryk Nejman, Andrzej Martynowski, doktor Kozyra-Planta.
Pragnę podziękować Romanowi Bożko, Czesławowi Kopczyńskiemu, Marianowi Bogacz, Henrykowi Ochnio, Waldemarowi Kapłon, Marianowi Nowak, Krzysztofowi Trzaska, Adamowi Gałuszka, Adamowi Kowalczyk, Stanisławie Krauz, Adolfowi Kaczkowskiemu, państwu Jurkiewiczom – Stefanowi, Lucynie i Jolancie. Szczególne miejsce w mojej pamięci i w moim sercu zajmuje ksiądz Bernard Czernecki i ksiądz Henryk Białas. Ich ofiarna pomoc dawała ludziom podziemnej „Solidarności” schronienie i pomoc duchową. Dziękuję Wam wszystkim, że mogłem, wraz z żoną Marią, brać udział w walce o „Solidarność” i wolną Polskę.
 




powrót »