Relacje


powrót »

Stan wojenny, 13 grudnia 1981 r., zastał mnie w domu. O godz. 6.00 nie emitowano żadnego programu w telewizji i radio. O godz. 7.00 poszedłem do siedziby MKR przy ulicy Katowickiej w Jastrzębiu Zdroju, nikogo tam nie było, wszystkie drzwi były zamknięte. Postanowiłem wrócić do domu. Będąc już przy ulicy Turystycznej, zauważyłem jadącego na drodze od Katowic milicyjnego wilissa, a w nim czterech wyższych rangą oficerów. Za nim jechał czołg, trzy „suki” ZOMO oraz inne samochody wojskowe. Oficerowie z wilissa zauważyli mnie, podjechali bliżej. Kazali mi odejść i nie przyglądać się. Przed godz. 9.00 doszedłem do domu. W telewizji przemawiał generał Wojciech Jaruzelski. Ogłosił, że powstała czterdziestoosobowa WRON, w której on pełni funkcję przewodniczącego, a wiceprzewodniczącym został Franciszek Rakowski. W ten sposób komuniści przekreślili wszelką nadzieję na lepsze życie w Polsce. Przez wprowadzenie stanu wojennego straciliśmy wszelką szansę rozwoju naszej Ojczyzny.
O godz. 10.00 poszedłem do kolegi na ulicę Połomską i razem z nim udaliśmy się na cechownię przy KWK „Jastrzębie”. Trwał tam protest przeciwko wprowadzeniu Stanu wojennego oraz aresztowaniu przewodniczącego Zakładowej Komisji NSZZ „Solidarność”. Dopuszczono mnie do głosu. Powiedziałem kilka słów, które zostały zaakceptowane przez zgromadzoną załogę. Zapytano mnie, dlaczego nie jestem na swojej kopalni, KWK „Borynia”. Odpowiedziałem, że na tej kopalni jest największa organizacja PZPR oraz ORMO, a ja jestem znanym działaczem opozycji, wiec z pewnością by mnie zaraz zaaresztowano. Podkreśliłem jednakże, że w poniedziałek stawię się do pracy. 14 grudnia, zgodnie ze swoją zapowiedzią, udałem się rano na KWK „Borynia”. Tam też trwał protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego oraz aresztowaniu przewodniczącego Zakładowej Komisji „Solidarności”, Tadeusza Błaszczyka. Zrobiliśmy masówkę. Był ze mną Będkowski, Szablewicz, Kowalczuk. Załoga głosowała za strajkiem. Czekaliśmy jeszcze na decyzję drugiej zmiany. Górnicy z drugiej zmiany tak samo opowiedzieli się za protestem. Posłaliśmy po księdza Antoniego Łatko z dzielnicy Szeroka. Odprawił mszę na cechowni. Następnie ustaliliśmy, że od wtorku 15 grudnia pierwsza zmiana zjeżdża na dół i nie pracuje, a druga zmiana pozostaje na powierzchni i podtrzymuje protest. Tego dnia panował ogólny spokój. 15 grudnia, o godz. 14.00, przyjechał Komisarz Wojskowy. Wcześniej rozbito już strajk na KWK „Jastrzębie”, „Moszczenica” i „Manifest Lipcowy”. Warto wspomnieć, że zostało tam rannych siedmiu górników, stan zdrowia trzech z nich był bardzo ciężki. Wyjechałem na powierzchnię około godz. 14.15. Koledzy przepuścili mnie, abym mógł być obecny podczas rozmów z Komisarzem. Szybko poszedłem na cechownię, toczyła się już debata na temat stanu wojennego. Zapytałem Komisarza, w jakim celu władza wypowiedziała swoim rodakom stan wojenny i czy wojsko jest własnością PZPR. Odpowiedział, że służy ono do obrony Ojczyzny. Wówczas zapytałem górników, czy są w stanie oddać życie walcząc w obronie kraju. Przytaknęli. Wtedy Komisarz powiedział, że jest po naszej stronie. Nie zgodziłem się, aby został z nami, bo nie chciałem żadnych zakładników. Wraz z dyrektorem Borowym wyprowadziliśmy go poza bramę kopalni i odjechał razem z SB i ZOMO. Prawdopodobnie udali się do Katowic, aby następnego dnia, 16 grudnia 1981 r., urządzić masakrę niewinnych górników na KWK „Wujek”. Wieczór tego dnia upłynął spokojnie. Około godz. 21.00 zauważyliśmy przez okno, jak członek SB wbiegł na teren kopalni i ukrył się między pozwijanymi taśmami do transportu węgla. Pobiegliśmy za nim. Nie świeciły nam lampy górnicze. Wziąłem pikę i szukałem go po omacku. Zraniłem go w okolicach oka. Dowiedziałem się o tym 20 grudnia 1981 r. na Komendzie MO w Jastrzębiu Zdroju. 16 grudnia nie przyjechały autobusy kopalniane. Około godz. 10.00 pojawił się ksiądz Piotr Płonka z kościoła „na górce”. Odprawił mszę świętą i pobłogosławił górników. Ponownie przybył do nas 18 grudnia. Po odprawionej mszy przyszedł do naszej siedziby na kopalni. Nagle wtargnęła tam grupa pięciu osób i chcieli go zlinczować. Osłoniłem go i powiedziałem, aby najpierw brali się za mnie, a jego zostawili w spokoju. Posłuchali i odeszli, a ja wyprowadziłem kapłana. Prawdopodobnie przyjechał on wozem milicyjnym i dlatego ormowcy chcieli go zlinczować.
15 grudnia przywieźli karpia na święta. Połowa załogi rozeszła do domów. Tego dnia było spokojnie, wybito tylko szybę w drzwiach u dyrektora kopalni. W trakcie rozmowy z Borowym, zostałem zapytany czy panujemy nad sytuacją i czy prawdą jest, że zamierzamy wysadzić szyb, bo doszły go takie plotki. Zapewniłem go, że niczego nie zamierzamy niszczyć. O godz. 22.00 przyszedł członek MKR w Jastrzębiu Zdroju, Józef Sołdakowski. Kazałem go pilnować trzem osobom, a ja z pięcioma pozostałymi kolegami poszedłem na obchód. Sprawdzaliśmy warty i obserwowaliśmy zachowanie załogi. Tego dnia wybuchł także pożar w szatni, szybko go jednak ugasiliśmy. O godz. 24.00 przyjechali wojskowi. Od trzech dni byli w trasie i nie wiedzieli dokąd dojechali. Poczęstowaliśmy ich zupą i odjechali. Szukając Będkowskiego zauważyłem, że z markowni wyszło kilku żołnierzy. Ukryłem się za kotłami i obserwowałem ich. Nikogo z protestujących nie było na warcie. Wojskowi weszli na dach łaźni zabierając ze sobą lampy górnicze. Część z nich zeszła do piwnicy. Wróciłem do szatni, w której spała załoga, okrzyczałem ich, że nie stoją na warcie, sam przecież nie byłem w stanie wszystkiego dopilnować. Nadal szukałem Ryszarda Będkowskiego. Sprawdziłem łaźnię sztygarów, ale i tam nie było nikogo z Komisji Zakładowej „Solidarności” KWK „Borynia”. Wracając spotkałem inżyniera ze sztabu kopalni. Powiedział mi, abyśmy się rozeszli, gdyż słyszał o planach wymordowania nas tej nocy. Powiedział mi, że mają w piwnicach porozkładane nasze piki i lampy górnicze. Poinformował mnie, że Ryszard jest z nimi w sztabie od trzech dni.
Rano, 18 grudnia, spotkałem Ryszarda Będkowskiego, powiedziałem mu o tym, co widziałem i słyszałem w nocy. Poszliśmy na dach łaźni. Były tam ubrania ORMO i ZOMO, w piwnicy zaś były piki i lampy. O godz. 8.00 na zbiórce było nas około 1500 osób. Nic nie mówiliśmy załodze, bo nie chcieliśmy dopuścić do rozlewu krwi. Zarekwirowaliśmy nysę z wędliną, która przywiozła towar do kiosku przy kopalni. O godz. 12.00 przyjechał ponownie Komisarz Wojskowy. Tym razem nie rozmawiał z nami, tylko bezpośrednio udał się do dyrektora kopalni. Odjechał około godz. 13.00. Około godz. 17.00 przejechały z Szerokiej trzy skoty wojskowe. O godzinie 20.00 zgromadziliśmy wszystkich na cechowni, zostało nas 145 osób. Odśpiewaliśmy hymn, zostawiliśmy zapalony traktor, na znak tego, że teren kopalni jest zaminowany i pojechaliśmy do swoich domów w podstawionych autobusach. W sobotę, 19 grudnia 1981 r. wyszedłem na zakupy, ponieważ chciałem kupić buty dla syna, niestety nie dostałem ich w żadnym sklepie. Następnego dnia pojechałem do mieszkającej w Żorach córki Ewy. Wracając od niej z Żor, zostałem zatrzymany na przystanku autobusowym w Szerokiej przez patrol ZOMO i ROMO. Podszedł do mnie Adam Słowik żądając okazania biletu i dowodu osobistego. Dałem mu dokumenty. Wziął je ze sobą. Po skontrolowaniu wszystkich pasażerów ponownie do mnie podszedł i kazał mi wysiąść. Wraz ze mną wyprowadzili jeszcze dwie osoby. Doprowadzili nas na posterunek milicji w Szerokiej. Roman Osikowski, dowódca ROMO, kazał mi stanąć na baczność i obszukał mnie. Następnie uderzył mnie pięścią w żołądek, a prawą ręką złamał mi nos. Kolejne ciosy były tak silne, że poleciałem na ścianę. Ponownie kazał mi stanąć na baczność, a potem uderzył mnie pałą po głowie. Kiedy straciłem przytomność, polali mnie wodą i zaczęli się ponownie nade mną znęcać. Osikowski uderzał krótką pałą, a dwóch zomowców biło mnie od tyłu pałami szturmowymi. Znowu straciłem przytomność, a oni polali mnie wodą i zaczęli bić od nowa. Gdy zapytałem, za co mnie biją, odpowiedzieli, że za żywota. Milicjant Socha wydał rozkaz, aby uderzali mnie jeszcze mocniej. Sam stał i patrzył w okno, tak jakby go to nic nie obchodziło. Żołnierz, który mnie przyprowadził, stał z tyłu. W pewnym momencie powiedział: „Jeśli jest szpiegiem amerykańskim, to nie zrozumie po polsku. Zaprowadźcie go do wyższych władz, tam mu wytłumaczą, o co chodzi”. Po ponownej utracie przytomności i polaniu wodą, skończyli znęcać się nade mną. Musiałem jeszcze wytrzeć ślady krwi, które zostały w pokoju. Zamknięto mnie w celi.
O godz. 20.00 przewieźli mnie na Komendę MO w Jastrzębiu Zdroju. Trafiłem do komendanta placówki ORMO Borynia. Uderzono mnie w twarz. Upadłem na posadzkę. Kazano mi klęczeć przed godłem. Żyletką chcieli mi przeciąć ciemię. Poczułem krew na policzku. Na szczęście zrobili to nieudolnie i nie wykrwawiłem się. Prowadzili mnie do celi. Po drodze otworzyli jedną z nich, był tam Krzysztof Hańcka i Jerzy Wenderlich. Pokazali im mnie i dodali, że jeżeli nie będą mówić, tak jak oni tego chcą, to będą podobnie wyglądać. Zamknięto mnie z górnikami z KWK „Moszczenica” i KWK „Jastrzębie”. Około 21.00 przyszedł po mnie milicjant i cywil z SB. Zaprowadzili mnie na przesłuchanie. Za biurkiem siedział Jan Ławniczak, obok stał Fitrzyk, obaj z SB. Padło kilka wulgarnych wypowiedzi. Ławniczak złapał mnie za włosy i uderzył głową o biurko. Poczułem pełno krwi w ustach i niesamowity ból. Nagle sierżant sztabowy, Fitrzyk, przystawił mi do prawej skroni pistolet. Ławniczak i zwrócił się do niego: „Szkoda kuli, zrobimy wszystko, żeby zgnił w więzieniu”. Wtedy wszedł człowiek z UB, którego zraniłem piką na KWK „Borynia”. Ławniczak zapytał go: „To ten?”. Złapał mnie przy tym za włosy i uderzył ponownie o biurko. Ubek powiedział: „Zostaw go Jasiu i odprowadźcie go do celi”. Ławniczak przystał na to pod warunkiem, że podpiszę protokół z przesłuchania. Odpowiedziałem mu, że jeniec wojenny NSZZ „Solidarność” nic nie podpisuje. Zdenerwował się bardzo. Krzyczał, aby mnie zabić. Powiedziałem im wtedy, że nic im to nie da, bo niedługo przyjdzie ich upadek, ZSRR się rozpadnie jak domek z kart, a oni zostaną bez pracy. Rozwścieczyłem go tymi słowami. Okładał mnie rękami. Chciałem, żeby zaprotokołowano moją wypowiedź. Byłem pewien, że nad Polską i Europą pęknie radziecki bat. Przeczuwałem to już wtedy, gdy zapowiadano, że Polak zostanie papieżem. To wróżyło zmiany nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Po przesłuchaniu, około godz. 23.00, zaprowadzono mnie do celi, ale innej niż ta, z której wychodziłem.
21 i 22 grudnia nie byłem przesłuchiwany. Czułem ogromny ból. Moje ciało było pokryte siniakami i krwiakami. 23 grudnia przewieźli mnie do Szerokiej. Lekarz obejrzał moje urazy i zaprowadził mnie do celi, w której byłem sam. Powiedziałem mu, że boli mnie złamany mostek dentystyczny i nos. Prosiłem go o pomoc. Usłyszałem jedynie, że gdybym się nie sprzeciwiał władzy ludowej, to wszystko byłoby w należytym porządku. Rano, po śniadaniu, zaprowadzono mnie do szefa SB w Jastrzębiu Zdroju, Burego. - Panie Grembowski, znowu się spotykamy.
- Tak, ale wtedy były inne czasy – odparłem.
- Dlaczego? - zapytał.
- Ponieważ współpracowałem z wami w przestępstwach gospodarczych. Gdy sprawa była na ukończeniu, to kapitana prowadzącego dochodzenie przenieśliście do innego działu, a drugiemu odmówiłem współpracy - odpowiedziałem.
- Co to była za sprawa? - zapytał.
- Zakup warzyw i owoców dla pracowników KWK „Borynia”, między innymi był w to zamieszany komendant placówki ORMO przy tej kopalni Henryk Witamborski - przypomniałem mu.
Powiedział, że wszystko się zgadza. Stwierdził, że jestem bardzo pobity, więc powinni odprowadzić mnie do celi i dać mi odpocząć. W celi było nas już czterech. Po południu wsadzili mnie do suki i zawieźli do aresztu w Szerokiej. Komendant więzienia nadał mi numer 956 i powiedział, że od dziś nie mam już nazwiska, a gdy będą na apelu wywoływać ten numer, to moim obowiązkiem jest wystąpić. Powiedziałem mu, że nigdy w życiu, bo mam swoje nazwisko. Poza tym nie żyję w obozie zagłady, tylko w okupowanej Polsce. Funkcjonariusz, który prowadził mnie do celi poinformował mnie, że wczoraj wywieźli internowanych, między innymi przewodniczącego Zakładowej Komisji „Solidarności” KWK „Borynia”, Tadeusza Błaszczyka.
Przez całą noc był spokój. Wypocząłem. 24 grudnia rano byłem u lekarza. Po obiedzie zaprowadzono mnie do nowej celi, gdzie znajdował się Romuald Bożko z KWK „Moszczenica”, Krzysztof Hańcka z KWK „Borynia” i dwóch górników z KWK „Jastrzębie”. Wieczorem przyszło do naszej celi jeszcze ośmiu aresztowanych. Zjedliśmy wspólnie kolację wigilijną i zaśpiewaliśmy kolędy. W pewnym momencie przyszli po mnie, mówiąc, że muszę zgłosić się u lekarza. Zaprowadzili mnie do następnego bloku. Na dużej sali siedziało za biurkiem trzech cywilów. Zapytali, przez kogo zostałem pobity. Odparłem, że przez ich kolegów. Zaczęli ze sobą cicho rozmawiać. Nagle kapitan z MSW, Andrzej Sznycer, kazał mnie odprowadzić do celi. Wróciłem do swojego bloku. Wepchnięto mnie do celi, w której było wybite okno. Było mi bardzo zimno i wszystko zaczęło mnie boleć. Biegałem i chodziłem po celi aż do świtu. Potem kazali mi się rozebrać i poszedłem do gabinetu lekarza. Ponownie zaprowadzili mnie do zimnej celi i zamknęli drzwi. Po godzinie wszedł do mnie sąsiad z klatki. Nie wiedziałem, że jest klawiszem. Przyłożył palec do ust i odszedł. Następnie wrzucono mi ubranie. Do 28 grudnia siedziałem samotnie. Była to już cela ogrzewana. 28 grudnia 1981 r., o godz. 12.00 przyszła do mnie córka, Ewa Andrzejczak. Nie umiała mnie poznać, ponieważ byłem posiniaczony i opuchnięty. Rozpoznała mnie tylko po głosie. Zapytała, kto mnie doprowadził do takiego stanu. Odpowiedziałem jej, że koledzy. Powiedziała mi, że wyjdę o godzinie 13.00. Przyniosła dla mnie kalesony. Te, które miałem na sobie były całe zakrwawione, chociaż nie miałem najmniejszej rany na nogach. Przed 13.00 poproszono, aby córka poczekała na mnie za bramą. Niestety komendant więzienia oznajmił mi, że zostaję. Później dowiedziałem się, że przyczynił się do tego dyrektor kopalni „Borynia”, Borowy, który nie chciał, aby mnie wypuszczono. Wróciłem do celi. Po godzinie 17.00 pojawili się u mnie funkcjonariusz SB i porucznik wojskowy. Kazali mi zabrać swoje rzeczy i zaprowadzili mnie do suki. Wewnątrz siedział już Krzysztof Zaniewski, Ryszard Będkowski i cztery inne osoby z KWK „Jastrzębie” i KWK „Moszczenica”. Potem dołączył do nas Krzysztof Szablewicz i inni. Po ponad dwóch godzinach dojechaliśmy do Komendy Wojewódzkiej MO. Po drodze zastanawiałem się głośno, czy wiozą nas na rozwałkę do lasu, czy też do więzienia, abyśmy tam zgnili. Pamiętam, że wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Konwojujący nas milicjant kazał nam się uciszyć. Z suki wychodziliśmy pojedynczo. Zomowcy utworzyli szpaler. Poszedłem jako pierwszy. Przy drzwiach Komendy Wojewódzkiej MO stało biurko, za którym siedział funkcjonariusz z SB. Pod celą zapytał mnie o nazwisko. Odpowiedziałem głośno: „Grembowski, „Solidarność” żyje!” Kazał mi się uspokoić. Zauważyłem wtedy Teresę Baranowską. W celi, do której trafiłem byli mężczyźni z kopalni „Dymitrow” w Bytomiu oraz znajomy z KWK „Moszczenica”. Na ścianie wisiał krzyż. Ucieszyłem się, że jestem ze swoimi.
Rankiem, 29 grudnia 1981 r., sprawdzali stan osobowy celi. Kazali nam zdjąć krzyż. Oczywiście nie uczyniliśmy tego. O godz. 10.00 przesłuchiwał mnie prokurator wojskowy, porucznik Zarucki. Wypytywał mnie o całe moje życie. Powiedziałem mu, że sam piszę swój życiorys i pamiętnik, więc nie powinno go to interesować. Zapytał się mnie, co robiłem na KWK „Borynia” od 14 grudnia 1981 r. do 18 grudnia 1981 r., gdzie w tym czasie spałem. Odparłem mu, że przez ten czas nie zmrużyłem ani razu oka. Porucznik powiedział, że muszę zatem dobrze wiedzieć, co działo się na kopalni. Odpowiedziałem, że nie odbywało się tam nic niezgodnego z prawem, protestowaliśmy przeciw wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Wszystko, co robiliśmy, było zgodne z Konstytucją. Wówczas porucznik się zdenerwował i wyzwał mnie od nierobów i bandytów. Zareagowałem spokojnie, mówiąc: „Panie prokuratorze, ja pracowałem i pracuję, a pan jest nierobem. Zamiast oskarżać wojskowych zajmuje się pan ciężko pracującymi górnikami.” Dodałem także, że to on jest bandytą, bo z pewnością za jego przyczyną dostało się do więzienia wielu niewinnych ludzi. Przesłuchanie trwało do godz. 12.00, po czym zaprowadzono mnie do innej celi. Siedziałem razem ze złodziejami z wagonów kolejowych.
29 grudnia 1981 r. byłem ponownie przesłuchiwany przez prokuratora wojskowego, Zaruckiego. Poprosił mnie o podpisanie protokołu z poprzedniego przesłuchania. Przeczytał mi go. Stwierdziłem jednak, że nie zeznałem nic, oprócz tego, że od 14 do 18 grudnia 1981 r. byłem na KWK „Borynia”, a wszystko co czyniliśmy na kopalni było zgodne z prawem. Dyskutował ze mną ponad godzinę. Postawiłem jednak na swoim. Niczego nie podpisałem. Milicjant zaprowadził mnie do celi, do kolegów z Bytomia. Krzyża już nie było. Noc minęła spokojnie. 30 grudnia 1981 r., ponownie zaprowadzono mnie do prokuratora Zaruckiego, który znowu próbował mnie nakłonić do podpisania zeznań. Stosował wobec mnie groźby, w końcu złożył obietnicę, że będę mógł wrócić do pracy. Nie uległem. O godz. 14.00 zawieźli mnie do Aresztu Śledczego przy ulicy Mikołowskiej w Katowicach. Po rejestracji zaprowadzono mnie do lekarza. Zapytał, skąd pochodzą guzy i rana po nacięciu na głowie. Opowiedziałem o pobiciu przez członków ROMO i ZOMO. Podkreśliłem, że ciemię chciał mi wtedy przeciąć Henryk Witamborski. Lekarz wszystko zapisał. Odprowadzono mnie do komendanta, który przydzielił mi celę. W drodze zauważyłem przykryte kocem zwłoki. Żeby zaspokoić swoją ciekawość, odkryłem twarz tej osoby. Była to studentka, która w 1978 r. czytała statut Konfederacji Polski Niepodległej. Funkcjonariusz zdenerwował się. Zapytał, czy znałem tę kobietę. Odpowiedziałem, że nie jestem pewien. Nagle uciął rozmowę i nakazał mi milczeć. Byłem zaskoczony jego reakcją. Zauważyłem jednak, że za balustradą szedł ubek. W celi spotkałem Dąbrowskiego z MKR w Jastrzębiu Zdroju, Mirosława Stroczyńskiego z Tych. Siedział z nami także przestępca finansowy. Mieliśmy tylko dwa łóżka, a nas było czterech. Spaliśmy na podłodze. Kolejne dni, aż do 19 stycznia 1982 r. minęły spokojnie. 19 stycznia 1982 r., około godz. 9.30, wyprowadzili mnie z celi. Spotkałem się wówczas z dwunastoma kolegami z KWK „Borynia”. Po powitaniu z nimi założono nam kajdanki i wyprowadzono za bramę więzienia. Wraz z Szablewiczem mieliśmy przydzielonych dodatkowo dwóch żołnierzy do pilnowania. Dostaliśmy ostrzeżenie, że jeśli będziemy uciekać, zostaniemy rozstrzelani. Zawieźli nas do Sądu Wojewódzkiego w Katowicach. Odczytano nam akty oskarżenia. Jako pierwszy zeznawał Ryszard Będkowski. Sędzia wojskowy, kapitan wojsk lotniczych Józef Medyk, wysłuchiwał go, kiwając się z zamkniętymi oczami. Powiedziałem do jednego z wojskowych, że śpi i nie interesuje się wypowiedzią mojego kolegi. Okazało się, że słuchał bardzo uważnie i był wyjątkowo przygotowany do sprawy. Biegle powoływał się na protokoły. Czytał: „Ja oskarżony, Będkowski zeznaję, że na kopalni „Borynia” dążyłem do strajku włoskiego, tzn. zgodnego z przepisami BHP, lecz zaczęły działać siły reakcjonistyczne i nie potrafiłem tego opanować, a między innymi zaczął przemawiać członek KPN, Józef Grembowski.” Kolega Będkowski odwrócił się i spojrzał na mnie. Powiedziałem mu, aby mówił wszystko tak, jak było naprawdę. Ja nie ukrywałem niczego, co czyniłem na kopalni i podczas przesłuchań prosiłem, aby dokładnie to protokołować. Będkowski potwierdził wszystko trzykrotnie, gdyż tyle razy mu to odczytano. Następnie Sędzia, Józef Medyk, z uśmiechem poprosił mnie o udzielanie odpowiedzi. Wstałem, wyprężyłem się i powiedziałem: „Słucham wysokiego sądu. Przepraszam, wojskowego”. Sędzia zapytał, czy wiem, co to jest KPN. Odparłem, że owszem. Jest to Kampinoski Park Narodowy. Obecni na sali zaczęli się głośno śmiać. Sędzia uciszał ich, uderzał pięścią w stół, krzyczał obelżywe słowa, powtarzał, że nie jest to sala teatralna, wreszcie straszył usunięciem z niej. Gdy uciszył ludzi, kazał mi siadać. Krzyknąłem: „Ku chwale Ojczyzny, panie generale”. Znowu rozległ się śmiech. Podczas rozprawy nie dopuszczono mnie już do głosu, mimo że się tego domagałem.
23 stycznia 1982 r. otrzymaliśmy wyrok Śląskiego Okręgu Wojskowego. Będkowski dostał 4 lata i 6 miesięcy, ja 3 lata i 6 miesięcy, choć prokurator żądał dla mnie 14,5 roku, Krzysztof Zaniewski z KWK „Borynia” dostał taki wyrok jak ja. Reszta otrzymała wyroki w zawieszeniu, dwie osoby uniewinniono. Przy wyjściu z sali rozpraw obraziłem prokuratora wulgarnym słowem. Moja córka Ewa nie mogła zrozumieć mojego postępowania. Odparłem jej, że i tak mi już nic nie pomoże, bo otrzymałem wyrok. Pożegnałem się z nią. Zawieźli nas z powrotem do więzienia. Kilka dni po wyroku wezwali mnie do lekarza. Siedział zasłonięty gazetą, którą rzekomo czytał. Sanitariusz dając mi tabletkę, o którą poprosił doktor, ścisnął mnie za rękę. Wsadziłem więc tabletkę do kieszeni, udając że popijam ją wodą. Po trzech godzinach wezwano mnie. Lekarz jak zwykle czytał gazetę. Zapytał, jak się czuję. Wyrwałem mu gazetę i powiedziałem, że też chętnie sobie poczytam. Okazało się, że nie był to doktor, tylko Sznycer z MSW. Zdenerwował się na sanitariusza. Straszył go, że nie będzie już tu pracował. Odprowadzono mnie do celi. Do 29 stycznia 1982 r. panował spokój. 29 stycznia 1982 r. przesiedlili mnie do celi w bloku B. Zastałem tam Krzysztofa Zaniewskiego, który był tam już od trzech dni. Rozmawialiśmy i modliliśmy się. Byliśmy w cywilnych ubraniach, nie wypuszczano nas na spacer. Po trzech dniach przybył do naszej celi Ryszard Będkowski. Podczas rozmowy o proteście w KWK „Borynia” doszliśmy do wniosku, że gdyby sytuacja powtórzyła się, jeszcze raz byśmy w tym uczestniczyli. Tym razem mielibyśmy jednak większe doświadczenie. Zapytałem Będkowskiego, dlaczego mnie obciążał. Powiedział, że bał się funkcjonariuszy SB. Rozumiałem go. Po przeczytaniu akt wiem, że tylko trzy osoby z trzynastu oskarżonych nie obciążały mnie w swoich zeznaniach. Byli to: Krzysztof Hańcka, Krzysztof Szablewisz i Kopecki. Ten ostatni stwierdził: „Grembowski, jak nie mówi o sporcie, to o polityce od tak dawna, jak go znam”. W takim towarzystwie spędziłem czas do 22 lutego 1982 r., wtedy przewieziono mnie do Raciborza.

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006
 




Józef Grembowski
powrót »