Relacje


powrót »

13 grudnia rano, wracający z nocnej zmiany sąsiad zapukał do drzwi, gdy otwarłem oznajmił: „Adam, wojna!” nie bardzo wiedziałem, o czym mówi. Wówczas wyjaśnił, że ogłosili stan wojenny a wyjeżdżający z dołu górnicy pozostali na kopalni i czekają na nasz przyjazd. Poszedłem do Andrzeja Szymczyka, który mieszkał niedaleko i poinformowałem go o zaistniałej sytuacji. Razem pojechaliśmy na kopalnię. Pierwszego dnia przygotowywaliśmy się do strajku okupacyjnego, gromadziliśmy prowiant, z czym był już zdecydowanie większy problem niż w roku 1980, ponieważ nie mieliśmy dostępu do zapasów stołówki i nie mogliśmy dokonywać zakupów w sklepie przy kopalni, gdyż Służba Bezpieczeństwa nakazała go zamknąć. Mogliśmy liczyć wyłącznie na nasze rodziny i księży, którzy już w niedzielę nawoływali na Mszach św. aby wierni przekazywali produkty żywnościowe do kościołów. Na drugi dzień wieczorem, tj. 14 grudnia Komitet Strajkowy złożył na ręce Komisarza Wojskowego petycję z żądaniem odwołania stanu wojennego i uwolnienia wszystkich internowanych działaczy związkowych. Wszystkie drogi do kopalni zostały zablokowane przez ZOMO i wojsko, tak że osoby dostarczające nam żywność mogły się przedostać tylko pieszo z pobliskiego osiedla bądź przez las. Przed samą kopalnią nie było posterunków czy kordonów, tylko w odstępach kilku godzinnych przejeżdżały kolumny opancerzonych wozów bojowych i czołgów wzniecając wielki hałas za pomocą klaksonów, syren oraz uderzając prawdopodobnie ciężkimi przedmiotami żelaznymi o opancerzenie pojazdów. I tak było do 15 grudnia. Strajkujących tym razem było już dużo mniej niż w roku 80. Niektórzy pracownicy, szczególnie osoby dozoru czy pracownicy umysłowi posłuchali wezwań komisarzy i Służby Bezpieczeństwa. Już w niedzielę kazali oni porozwieszać ogłoszenia, wzywające do tego, aby pozostać w domu. W zamian za to obiecywano usprawiedliwienie nieobecności w pracy i zapłatę za dniówkę. Pomimo to w poniedziałek dotarło do nas jeszcze wiele osób. Natomiast już 15 grudnia od samego rana ubywało nam strajkujących. We wtorek wieczorem zwróciliśmy się do kobiet, aby wróciły do domów, jeśli mają czym do nich dotrzeć. Większość z nich nie skorzystała z tego. 15 grudnia od rana z wielkim hałasem zaczęły przejeżdżać kolumny pancerne. Niedługo potem pojawiły się patrole uzbrojonych po zęby zomowców i mniej okazałe patrole wojskowe. Demonstracja siły trwała około godziny, potem wszystko ucichło, wozy bojowe i czołgi odjechały, zomowcy odeszli. Ogarnęła nas radość, pomyśleliśmy, że władza ustąpiła. Okazało się , że nasza euforia była przedwczesna. Wkrótce, z radia „Wolna Europa”, którego przez cały czas słuchaliśmy na sali widowiskowej, dowiedzieliśmy się o pacyfikacji kopalni „Manifest Lipcowy”. Nie dawaliśmy temu wiary. Sądziliśmy, że informacje te nie są zbyt dokładne. Uwierzyliśmy wtedy, gdy na kopalnię przybyli księża Piotr Płonka i Krzysztof Ryszka. Potwierdzili, że na „Manifeście” ZOMO strzela do górników. Prawie wszyscy strajkujący, poza służbami porządkowymi, przebywali na sali widowiskowej, gdzie słuchaliśmy radia. Czasem mogliśmy zobaczyć w telewizji straszących nas na przemian dwóch generałów. Księża po krótkiej naradzie z Komitetem Strajkowym, zaczęli przemawiać do zebranych na sali, nakłaniając nas do honorowego zakończenia strajku i opuszczenia kopalni, aby uniknąć rozlewu krwi. Początkowo strajkujący podtrzymywali się na duchu złorzecząc władzy i śpiewając hymn oraz pieśni kościelne. Mając świadomość tego, co się wydarzyło na innych kopalniach, koledzy z Komitetu Strajkowego udali się na negocjacje z Komisarzem Wojskowym, przedstawiając mu propozycję pokojowego zakończenia strajku na KWK „XXX-lecia PRL”. Razem z nimi w negocjacjach uczestniczyli także obaj księża. Pierwsza pruba porozumienia zakończyła się niepomyślnie, ponieważ komisarz nie chciał słyszeć o stawianych przez nas warunkach. Komitet Strajkowy razem z księżmi po jakimś czasie znowu udali się na negocjacje. Tym razem jednak oprócz komisarza obecny był, ktoś ze sztabu akcji oraz funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa z imiennymi listami do naszego internowania. Nie brałem udziału w tych rozmowach. Cały czas przebywałem ze strajkującymi na sali. Ludzie byli trochę zawiedzeni zakończeniem akcji strajkowej. Bardzo dużo osób było skłonnych rozpocząć zbrojenie i walkę. Nie ulegałem jednak presji, do dziś nie wiem dlaczego. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że mogę tam zostać zastrzelony, że mogą nas wyłapać, wywieźć i zlikwidować tak, że nikt o tym nie będzie wiedział, ale nie bałem się. Obawiałem się raczej o innych strajkujących. W godzinach późnych popołudniowych, uzgodnili, że zawieszamy strajk i udajemy się do domu. Władza obiecała, że obędzie się bez aresztowań i razem ze wszystkimi opuścimy kopalnię.
Władze nie dotrzymały jednak danego wcześniej słowa. Około godziny 22.00 przyszła do mnie, do mieszkania córka Szymczyka i poinformowała mnie o aresztowaniu ojca. Wyszedłem z domu, ponieważ spodziewałem się, że zaraz mogą przyjść po mnie. Przebywałem w tym czasie u kolegów. Zmieniałem miejsca pobytu. Codziennie jednak przychodziłem do pracy. Wróciłem do domu 6 stycznia 1982 r, wieczorem. Miałem nadzieję, że spędzę przynajmniej jeden dzień z rodziną. Niestety, po godzinie do drzwi zapukało „trzech króli”. Jeden cywil z pistoletem przy boku, dwóch mundurowych z „peemami”. Dwaj inni pilnowali, abym nie uciekł przez balkon. Funkcjonariusze zachowywali się dość spokojnie. Gdy wcześniej nachodzili małżonkę, zdarzało się, że wygrażali jej. Straszono ją, że zostanę złapany i zabity, a dzielnicowy groził jej pistoletem, kiedy nie chciała odebrać adresowanego do mnie wezwania. 


.
 

Zobacz też - Sierpień 80

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006. Tekst poprawiony przez Adama Kowalczyka




Adam Kowalczyk
powrót »