Relacje


powrót »

Związek zawodowy „Solidarność” nie radykalizował swoich działań, tylko czynił to, co do niego należało. Wypełniał pewną misję społeczno-polityczną. Nie chodziło o przejęcie władzy, tylko o podniesienie godności pracowników. To otoczenie się radykalizowało, powstał specyficzny ruch. Władza założyła wtedy z góry radykalizm związku, co według mnie było nieprawdą, taką samą jak to, że dążono do obalenia strajkami ustroju i władzy. Podkreślam, że przede wszystkim chodziło o modyfikację systemu, który istniał. Jakby przyjęcie założenia: „socjalizm o ludzkiej twarzy”. Chodziło nam o reformację i normalne funkcjonowanie w obecnym systemie. Wtedy byłem zbyt młody, by ocenić pojęcie władzy i spojrzeć na to z innej perspektywy. Choć zdania na ten temat pewnie są różne, zależnie od postaw. Każdy jednak zdawał sobie sprawę, że obalić ustrój w tamtych czasach było awykonalne i nie o to nam chodziło.

Władza wtedy poczyniła pewne prowokacje, które doprowadziły do wprowadzenia stanu wojennego. Związek nie mógł się wycofać ze swoich postulatów, a działania władzy to nie tylko celowa ignorancja tych żądań, a wręcz prowokacja zajść o drastycznym charakterze. Stan wojenny był dla mnie zaskoczeniem, nie spodziewałem się tej decyzji. Liczyłem jeszcze wtedy na zmiany ustrojowe, bez konieczności wprowadzania czołgów na ulicę. Według mnie nie było przesłanek do wprowadzenia stanu wojennego. Nagle zostaje internowany Tadeusz Błaszczyk, przewodniczący "S" w KWK Borynia.

Z soboty na niedzielę, 13 grudnia, kiedy wszystko było zasypane śniegiem tej pamiętnej zimy, zastaje mnie stan wojenny. W poniedziałek rano, kiedy chcę z kolegami dostać się do pracy, nie przyjeżdża żaden autobus. Postanowiliśmy iść pieszo do kopalni, wiedząc już wtedy, że nastał strajk okupacyjny. Żona, co oczywiste, bała się o mnie bardzo. Tylko głupcy się nie boją, ja bałem się niesamowicie. Wiedziałem po co idę, do samego końca trzymałem się mojej świadomej decyzji – uczestniczyć w strajku. Niektórzy członkowie komisji zakładowej, zaczęli się dziwnie zachowywać.  Byłem wtedy zwolennikiem kontynuowania strajku, co w moich oczach miało wyrazić dezaprobatę dla poczynań władzy i stawić opór stanowi wojennemu, a nie doprowadzić do potyczek. Dziwiły mnie postawy innych w komisji zakładowej, przynajmniej niektórych członków, którzy szukali porozumienia z dyrekcją. Chyba już wtedy zdawali sobie sprawę z zagrożeń, jakie wisiały nad wszystkimi uczestnikami strajku, które też odczuliśmy po jego zakończeniu.

Pacyfikacja KWK „Zofiówka” była dla mnie kolejnym szokiem. Pamiętam ten dzień, kiedy dotarła do mnie ta informacja. Trudno się wtedy podejmowało decyzję o kontynuacji strajku, nie będę ukrywał swoich wahań. Jednak zaopatrzyliśmy się w materiały obronne, w razie bezwzględnego ataku  ZOMO i wojska. Nie chcieliśmy być bezbronni i zginać. To była kwestia obrony naszej wolności i naszego życia. Wtedy pierwszy raz zakładałem, że w razie konieczności dojdzie do walki.

Czuliśmy strach. Ogromny i paraliżujący strach. Świadomość zguby była ogromna i spodziewaliśmy się aresztowań, po powrocie do domu. Zakładaliśmy też, że do niego nie powrócimy. Cały czas trwały rozmowy z wojskiem, załoga podejmowała dość chaotyczne posunięcia. Dyrektor kopalni „Borynia”, Bogdan Borowy, rozwiązał zakład i przez pewien czas byliśmy bez zakładu pracy. Tylko ja wcześniej zostałem aresztowany.

Jak mnie aresztowano? To było 16, kiedy podjechały na kopalnię czołgi i wozy bojowe, a przedstawiciele wojska przekonują załogę do zjechania na dół. Większość zjechała, ale nie pracowaliśmy. Ja znajdowałem się w grupie nawołującej do dalszego strajku. Z dnia na dzień ubywało ludzi i tego dnia została nas garstka, która zwracała uwagę na brak bohaterstwa tych, którzy opuścili kopalnię. To była ucieczka – wystąpiłem przed pracownikami, mówiąc to otwarcie. Tego dnia, kiedy zostało nas naprawdę niewielu, postanowiłem jednak pójść do domu. Zaraz po przekroczeniu progu zostałem aresztowany. Zdążyłem się tylko przywitać z żoną i jeszcze w roboczym ubraniu zostałem wręcz porwany. Nie mogłem się ubrać, żona nałożyła na mnie w pośpiechu kurtkę, włożyła papierosy w kieszeń i już było po aresztowaniu. Nie miałem szans na reakcję, ani ucieczkę, ponieważ mój dom był obstawiony. Czekali na mnie. Trafiłem na komendę MO, na ul. Śląską w Jastrzębiu Zdroju.

W trasie, kiedy jadę już tzw. „nyską” byłem bity. Miałem skute ręce i nie mogłem się bronić, wyzywano mnie wulgarnie. Potem trafiłem do celi. Kolejnego dnia - przesłuchanie. Przykuto mnie do kaloryfera, ale nie użyto przemocy - to były bardziej groźby. Jednak widziałem innych pracowników kopalni „Borynia”, którzy trafili do mojej celi, pobitych, wręcz zmaltretowanych. Z dnia na dzień w celi było coraz bardziej tłoczno. W końcu spało się „na plaży”, czyli na podłodze, bo „trumny, katafalki” były tylko dwie. Przy milicjantach czułem się bardziej bezpieczny, bo ubecy nie odważyli się na mnie wtedy podnieść ręki, czy używać wulgarnych słów.

W celi nastrój był obojętny, nie było strachu, czy przygnębienia. Pobici ludzie byli wściekli, przecież nie było powodów, do takich reakcji, do bicia. Nikt nie widział powodów, do użycia takich środków i ludzie czuli się zaszczuci przez tych, do których wcześniej mieli zaufanie. Dla wielu skończyło się to tylko kolegium, ja natomiast spodziewałem się, że szybko nie wrócę do domu. Nie byłem prowodyrem strajku, ale brałem w nich czynny udział, a to im wystarczyło. Mi z kolei wystarczyło przesłuchanie przez ubeków, by wiedzieć, że posiedzę dłużej. Mówiono mi wprost, że nie mam powodów do entuzjazmu. Ale nie smuciłem się przesadnie, byłem zahartowany.

Nie miałem żadnego kontaktu z rodziną. Z komendy zostaję przewieziony do zakładu karnego na Szerokiej, choć nikt mi nie powiedział, że jestem internowany. To było "naturalne" – po prostu mnie przeniesiono. Tam, w Szerokiej, spotkałem Józka Grębowskiego, który był drastycznie skatowany przez ormowców z „Boryni”. Został skazany na 3,5 roku więzienia, a następnie wyemigrował do Szwecji. Z kolei Rysiek Bętkowski odsiedział 4,5 roku, wemigrował po internowaniu do Stanów Zjednoczonych. Wielu moich kolegów wyjechało potem z kraju, wręcz wypychano ich za granicę.

Najpierw byliśmy w tzw. „celi przejściowej”, zarobaczonej i w totalnym zimnie. Potem trafiliśmy do cel specjalnie przygotowanych dla internowanych. Klawisze traktowali nas w miarę znośnie, nie byli wrogo nastawieni, choć czuło się dystans. W okresie wigilijnym dostaliśmy kawałek chleba, by móc się przełamać między sobą. 24 grudnia 1981 roku odmówiliśmy wejścia do cel, strażnicy nie zagonili nas siłą. Przełamaliśmy  się tylko ten symbolicznie chlebem. Wtedy nie było księdza, ale święta były niesamowite. Narobiliśmy na spacerniku bałwanów, obrazujących ormowca i rzucaliśmy w nie śniegiem. Jakoś staraliśmy się rozerwać. Każdy z nas z radością wychodził spacerować po śniegu.

Żona kilkakrotnie prosiła o widzenie, powiedziano jej nawet, że mnie tam nie ma. Rodzina w Ełku nie wiedziała nic na temat mojego aresztowania i więzienia. Po odsiadce w Szerokiej jestem przewieziony na Lompy, na KW w Katowicach. Tam przesłuchał mnie prokurator, już nie stosując przemocy, czy zastraszania. Jednak jasno skonstruował akt oskarżenia. W katowickim więzieniu na ul. Mikołowskiej panowały okropne warunki. Rozbierano nas do naga podczas przyjęcia i choć mnie nie pobito to wiem, że inni zostali dużo gorzej potraktowani. Poniżano nas dość brutalnie, nago robiliśmy przysiady i pompki. Przesłuchania były dość częste, nakłaniano nas do przyznania się do winy. Tam poznałem Zenka Zendlera z  Manifestu, do dziś utrzymujemy kontakty – wspaniały człowiek. Emigrował w 1982 roku do Niemiec, dostał „wilczy bilet”, był bez szans na pracę i normalne życie w Polsce.

Jeszcze raz powiem – warunki na Lompach (Pentagon) były okropne. W celach gorąco, przepełnione po brzegi. Praktycznie nie ma jedzenia, tylko od czasu do czasu miska „czegoś”. Nawet chleba nie było. Na ul. Mikołowskiej 10 panowały być może lepsze warunki, choć też były przepełnione cele. Ale była możliwość spaceru, kąpiel raz w tygodniu. Siedziałem tylko z więźniami politycznymi. Rozmawialiśmy ze sobą dość zażyle, wymienialiśmy doświadczenia. Poznałem tam Józka Karpińskiego z Brzeszcza, wspomnianego Zenka Zendlera i innych kolegów. Nie dostałem obrońcy, ale sam wystąpiłem z pismem o bezpodstawne aresztowanie. Odpowiedź nie była zaskakująca – wedle oceny władz aresztowano mnie słusznie.

Niewiele informacji z kraju docierało, ale starałem się wyciągać na spacerniaku informacje, zbierając relacje od pracowników z różnych kopalń. Kiedy dociera informacja o morderstwie na KWK „Wujek” przeżywam szok. Morderstwo bez podstaw budzi wstrząs.

Nie mam nadal kontaktu z rodziną, do momentu pierwszej rozprawy w lutym 1982 roku, która odbyła się w Katowicach. Na ławie oskarżonych stanęło nas 13, którzy brali udział w strajku na KWK „Borynia”. Nasz udział w tych wydarzeniach był różny, mi groziło od 3 lat pozbawienia wolności do kary śmierci włącznie. W tym czasie żona szybko skontaktowała się z adwokatem. Była to kobieta, sowicie opłacana przez moją małżonkę. Rodzina w Ełku nadal nie wiedziała o moim stanie, być może słyszeli coś w publikatorach, które siały propagandę, nazywając nas „warchołami”. Wymieniło się w nich też moje nazwisko, jako osoby czynnie działającej przeciwko władzy. Jestem nazwany różnie w „Trybunie ”, na łamach tej „prasy” byłem już winny i skazany.

Rozprawa była żenująca, prokurator zażądał 7 lat więzienia. Ugięły się pode mną nogi. Wiedziałem, że kiedyś mnie wypuszczą, ale nie wiedziałem kiedy. Miałem w głowie to wspomnienie, kiedy przywożono nas z Szerokiej do Katowic. Cały czas wtedy myślałem, że wywiozą mnie na Sybir, tylko łypałem oczami, by wiedzieć, gdzie aktualnie jestem. W trakcie rozprawy czułem podobny strach – nie wiedziałem w jakim punkcie jestem. Nikt nie wiedział, gdzie jesteśmy… Dostałem 3 lata więzienia i przez 2 lata pozbawienia praw publicznych. Prokurator uznał to za porażkę i żądał podwyższenia wyroków. Nie tylko mi, ale wszystkim. Niektórzy zostali zwolnieni z wyroków.

Po wyroku byłem przez jakiś czas w Katowicach, na ul. Mikołowskiej, tylko przenieśli nas na drugie skrzydło. Dalej nie mogłem spotkać się z żoną, widziałem ją tylko na sali sądowej. Pierwsze widzenie z nią miałem w marcu 1982, po przewiezieniu mnie do więzienia w Raciborzu .Tam wylądowałem w słynnym pawilonie 10, w grupie politycznej. Było nas tam naprawdę dużo, z całej Polski, a głównie z Małopolski. Stworzyła się specyficzna grupa, nikt nie „pękał”, czuliśmy się silni. Każdy był różnie przygotowany, z różnym stanem wiedzy i ducha, ale jeden drugiego wzmacniał. Dyskusje kierowały się też dwojako: jedni twierdzili, że ta cała manifestacja była niepotrzebna, a inni, tak jak ja, że to, co było jest już nieodwracalnie i za nami. Mieliśmy jednak nadzieję, a nawet pewność, że „Solidarność” się odrodzi. Widzieliśmy przecież ilu jest ludzi, którzy czynnie mówią „nie” systemowi i nastała wśród nas wiara, że wszystko może się zmienić. Ale także wtedy, podobnie jak w 1980 roku, nikt nie myślał o przejmowaniu władzy. Bynajmniej nie ja! Byłem zbyt młody, by to wszystko zrozumieć.

W Raciborzu - małe, 4 osobowe celki, troszkę lepsze warunki. Nie chciałem ścielić łóżka, wedle wytycznych klawiszów, nie chciałem się meldować jak zwykli więźniowie, przestępcy. Początkowo znajdowałem się w celi dwuosobowej, z Adamem Skwirą  z KWK „Wujek” i on mi przekazał całą relację z tamtych wydarzeń. Dodatkowo nadawano w radiowęzłach więziennych propagandę, przeciwko strajkującym. Tam uczestniczyli w naszym życiu księża, przyjeżdżał tam biskup opolski. Otrzymałem od niego książeczkę do nabożeństwa, którą mam do dziś. Wtedy też ksiądz z mojej parafii przesłał mi Pismo Święte. Ten okres jest na pewno momentem, w którym znacznie więcej czytam.

Wyżywienie w Raciborzu było przyzwoite, ale zdecydowanie porcje były zbyt małe. Pamiętam chleb, pieczony przez więźniów, najlepszy, jaki jadłem w życiu. Obiady były wodniste, zimne, paskudne ziemniaki. Kolacje znów małe porcje chlebka i margaryny. Czasem plasterek czarnej kaszanki, ciutkę marmolady. Zawsze byłem głodny. Widzenie dopiero dostałem w marcu - przyjechała do mnie żona. Ogromna radość na widok mojego dziecka, które miało pochowane w rękawach papierosy. Roczne, cudne maleństwo, które wyjmuje ukryte papierosy i krzyczy słodko: „Papierośki tatuś”. Pamiętam to dobrze, do dziś. Chce mi się płakać, na to wspomnienie.

Papierosy paliłem, ale oczywiście trudno było je dostać. Mogłem je jedynie wymienić na jakąś żywność. Paliłem „Klubowe”, paskudne, które trzeba było ciąć by zapalić. Ale to cięcie papierosów to było jakieś zajęcie, zabijało czas.

Dzięki widzeniom wiedziałem, że popiera nas opinia światowa i wreszcie, po raz pierwszy świat był solidarny z Polską. Te wydarzenia nie przeszły gdzieś obojętnie, wkradła się nadzieja, że wkrótce wyjdziemy. Księża przenosili nam grypsy, byli fenomenalni. Biskup Nosal w Raciborzu czekał wiele godzin, by go wpuszczono. Odmawiano mu wejścia do nas, ale był natrętny i nieustępliwy. Biskup też mógł nam przemycić jakieś paczki z pastą do zębów, mydłem, papierem toaletowym, maszynką do golenia.

Wpożyczałem masę książek. Raz celowo wypożyczyłem „Potop” w trzech tomach. Umówiliśmy się z kolegami, że ja będę czytał książkę na głos, a koledzy będą buczeć, kiedy będzie jakaś ciekawa akcja. Wtedy ja miałem ściszać głos, by zachęcić jednego kolegę, któremu nie szło czytanie, do zainteresowania się lekturą. Pamiętam dobrze, że kiedy rozwijała się akcja koledzy zaczynali strasznie buczeć, upominając mnie, że czytam za głośno. A ten kolega, który miał problemy z czytaniem, zaczynał wręcz odwrotnie krzyczeć: „Ciszej! Zamknijcie się!” Zabierał mi wtedy tę książkę i czytał sam. Zaczęliśmy wybierać tylko takie pozycje, żeby go zainteresować. I cel nasz się udał – zaczął sam pożyczać sobie książki, przeczytał bardzo wiele. Do dziś Arek to wspomina, jak zachęciliśmy go do czytania i do dziś zostało mu to zafascynowanie lekturą.

Czas wolny staraliśmy się zagospodarować rozmaicie. W Raciborzu klawisze podchodzili do nas służbowo, starali się wprowadzić jakąś dyscyplinę. Nie bito nas, ani nie upokarzano. Tylko przy przyjeździe do tego więzienia czekali zomowcy, ale sami klawisze nie stosowali wobec nas szykan. Starali się wprowadzić dyscyplinę, wprowadzając podziały na lepszych i gorszych. Chcą nas poróżnić między sobą, ale nie wychodzi im to. Wtedy siedzieliśmy całkowicie bez celu, na nic nie czekaliśmy. W kratach były blindy, nie wolno nam było kontaktować się ze zwykłymi kryminalistami. Oni sami zwracali się do nas z pełnym szacunkiem. Dla nich byliśmy wzorem i przykładem ludzi niewinnie skazanych. Nie odważyli się do nas nawet wulgarnie odzywać. Większość „politycznych” nie goliło się, na znak protestu. Byliśmy zarośnięci, a na mnie to brodzisko rosło, jak na jeżu, bo młody byłem. Musiałem w końcu się tego pozbyć, tych stojących kolców, od tamtej pory gole się aż do dziś (śmiech).

To życie w celi było nudne, monotonne. Chociaż jedynie tam spotkałem się z wydawnictwami, których nie spotkałem nigdzie indziej. Raz doczytałem się, że żarówkę wymyślił Iwanczenko w 1824 i nie znalazła zastosowania w carskiej Rosji. Wszystkie wynalazki były rosyjskie, ale nie były tam wcale potrzebne i potem łaskawie odkrywal je ktos inny. Biologia w książkach to był jeden socjalizm. Nigdzie ich teraz już nie ma, tylko wspomnienie z zakładu karnego w Raciborzu jest wzbogacone tą „ważną” wiedzą.

Zaliczyłem tam kabarynę za nieścielanie łóżka. Kabaryna to tzw. „twarde łoże”, czyli bez materaca, na samym kocu, pozbawiono mnie też papierosów. Ale klawisz okazał się być ludzki i przyniósł jakieś fajki. Oni zawsze pierwsi lecieli z papierosami. Nie chciałem iść na kabarynę, więc przetransportowano mnie tam siłą. Spałem tak dwa tygodnie. Tam miałem zawsze raz w miesiącu godzinne widzenie, w sali świetlicowej, przy stolikach. Nigdy nie zasłużyłem na dłuższe. Mogłem moje dziecko wziąć na kolana, przytulić, trzymać w rękach. Wtedy zauważyłem jaką mamy pomoc z zewnątrz, zwłaszcza księży, którzy byli dla mnie wzorem.

Z Raciborza przewieziono mnie do Strzelc Opolskich, latem 1982. To było więzienie w więzieniu. Warunki straszne. Betonowe posadzki, wilgotno, blindy w oknach, zapakowane po brzegi cele, bardzo złe traktowanie. Klawisze podchodzili do nas wrogo, nawet ksiądz miał do nas dystans i chłód. Ten ksiądz taki, jak żaden. Budował kościół rękami więźniów i o żadnych grypsach dla nas nie było mowy. Informacja szła innymi drogami. Kiedy miałem widzenie rozbierano mnie do naga i przeprowadzono zbędną rewizję.  Paskudnie, źle, brutalnie. Wyżywienie też wstrętne, śmierdzące i obrzydliwie odstręczające. Zmiana okazała się być drastyczna. Próbowano mnie zmusić do pracy, a w nagrodę miały być dłuższe widzenia. Niektórzy podjęli się klejenia kopert, może bardziej tęsknili? Wredne warunki, żadnych paczek z zewnątrz. W celach duszno i wilgotno, na spacer puszczano pod mury i druty kolczaste. Małe grupy drepczą prawie w miejscu. Tam, w Strzelcach wziąłem udział w 19-dniowej głodówce, walcząc o poprawę warunków. Dało to efekt i wszystkich „politycznych” przewieziono do Wrocławia lub do Kłodzka.

Rzeczywiście inne warunki panowały w Kłodzku, gdzie następnie trafiłem. Cele były odnowione, duże i przestrzenne, a za oknem widok na mur więzienny i dalej boisko. To szczegóły, ale wtedy tak ważne i potrzebne dla zachowania godności. Był to nadal 1982 rok, a ja ponownie zaliczyłem kabarynę. Jednak klawisze zachowywali się bardzo dobrze, z szacunkiem wręcz. Nawet podawali coś czasem z celi do celi, nie zaglądając do środka. Czytaliśmy znów więcej, księża nam przynosili książki, zapakowane w „Trybunę Ludu”. Klawisze nie kontrolowali, co jest w środku. Były to czasem książki zakazane, ale przechodziły przez kontrolę, bo były pisane po polsku. Gdyby Pismo Święte napisane było po niemiecku, to by je skonfiskowali.

10 listopada 1982 roku na prześcieradle napisaliśmy napis „Solidarność”, zrobiliśmy kaganki i zaśpiewaliśmy hymn Polski. Staliśmy 15-20 metrów od muru więzienia, a za murem boisko szkolne. Ludzie słyszący nasze śpiewy., przystawali na chwilę i solidaryzowali się z nami. Wspaniali księża pomagali nam i podnosili na duchu. W święta przynosili nam kartki, zrobione przez parafian i ciastka…Wzrusza mnie to wspomnienie do dziś, to było wspaniałe. Wspomnienia, które są może skąpe i nudne z pozoru, dla mnie żyją pełnią emocji i wzruszeń.

W 1983 roku dopiero zakończono stan wojenny, a u nas nastaje odwilż. Mamy nadzieję na wypuszczenie nas z więzienia, księża dostarczali nam coraz to lepsze informacje. Podkreślam - zachowanie księży z Kłodzka napawa dumą. Nie tylko współczuli, ale też angażowali się w walkę o wolność, nie tylko nas, czyli więźniów. Mieli w sercu Polskę. A ci parafianie! Każdy z nas, więźniów politycznych, dostał babeczkę na Wielkanoc. Ksiądz nawet wiedział dokładnie, ilu nas jest. Niesamowite, jestem dalej wzruszony i zachwycony, pomimo upływu lat. Postawa kościoła w tamtym okresie była w ogóle rewelacyjna.

Wiosną, po Wielkanocy nastaje dla nas prawdziwa odwilż. Niektórzy dostali zgodę na wyjście okresowe, z powodu złego stanu zdrowia. A ja nadal kabaryna, hartowałem się zdrowo (śmiech). Nasza organizacja życia zaczęła nabierać rozmachu. Robiliśmy przedstawienia, konstruowaliśmy szopki, organizowaliśmy wykłady z prawa, czy z historii literatury. A nawet z psychologii! Zbieraliśmy się pod największą celą i dużą grupą uczestniczyliśmy w takich warsztatach.

27 kwietnia 1983 roku wyszedłem z więzienia. Ja wyszedłem sam, nikt nie wiedział, nawet ja, że tego dnia około 14 opuszczę więzienie na stałe. Przyszedł klawisz i mówi: „Pakuj się i wyjdź”. Myślałem, że to tylko przeniesienie z celi na celę. Poprowadzono mnie korytarzem do komendanta, który zapytał mnie, czy będę przestrzegał ustroju i systemu Polski Rzeczpospolitej Ludowej. Grzecznie odpowiedziałem, że "przestrzegam" tego sytemu, stosuję się do ładu i porządku, panującego w kraju. Dostałem ubrania z depozytu – strasznie śmierdziały. Jeszcze zimowe łachy, a przecież na zewnątrz strasznie ciepło. Nie dostałem pieniędzy, tylko to, co maiłem w depozycie. Poszedłem od razu na parafię przekazać kto wyszedł, ilu jeszcze zostało w celach, pożegnać się. Dostałem jakieś pieniądze i dary dla dziecka, które wtedy przychodziły na parafię. Dojechałem do Gliwic późno w nocy. Taryfiarz zgodził się mnie zawieźć 30 km do Gogołowej, gdy tylko usłyszał skąd wracam. Nie wziął ode mnie ani grosza, powiedział mi miłe słowa: „Dla mnie to jest zaszczyt wieźć człowieka, który walczył o Polskę”. Ten moment wejścia do domu, kiedy zaskakuję swoim przybyciem żonę i córkę…

Potem było "normalnie" – szukałem pracy i starałem się jakoś żyć. Wiedziałem, że nie zostanę przywrócony do pracy w kopalni i nigdzie nie mogłem znaleźć innej pracy.  Z początkiem 1984 zacząłem się poważnie zastanawiać nad wyjazdem z kraju. Większość kolegów z więzienia emigrowała. Spotkałem Tadka Świdzińskiego, który starał się o wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Pojechałem z dwójką kolegów do ambasady amerykańskiej, gdzie starałem się o wyjazd. Zgodę dostałem szybko, ale sam nie byłem do końca pewien, czy tego chcę. Jednak musiałem jakoś żyć, przecież nie miałem stałych, ani dużych dochodów. Wczesną wiosną 1984 roku dostałem paszport i chętnie chciano mnie wydelegować z kraju. Poszedłem do zakładu w Peberowie w Rybniku, z plikiem dotychczasowych odmów w rękach. Ponad 70-letni kierownik odnalazł moje nazwisko na „czarnej liście”. Uczciwie powiedziałem, że albo da mi tą pracę, albo wyjeżdżam. A on spojrzał na mnie i powiedział: „A co mi oni k… zrobią, przecież ja już dawno powinienem być na emeryturze. Tylko panie Zaniewski, przez okres próbny ani słowa”. Przez miesiąc pracowałem za najniższą stawkę, na najgorszej robocie, z najkrótszym okresem urlopowym. Tak też zostałem w tym kraju nad Wisłą. Spodziewałem się wtedy drugiego dziecka i to mnie głównie blokowało przed wyjazdem. Gdyby żona nie była w ciąży może i sam bym pojechał, nie ukrywam tego. Ale czułem strach przed nowymi warunkami, obcym krajem w sytuacji, gdy moja kobieta potrzebowała spokoju i stabilności.

W więzieniu poznałem wielu ludzi, zacząłem dzięki temu działalność kolporterską. W 1988 roku zostałem zastępcą przewodniczącego związku „Solidarność” na KWK „Borynia”. Skończyłem też studia w międzyczasie, osiągnąłem jakiś mały sukces. Choć na początku nie przyjęto mnie na uczelnię, to jednak uparłem się i realizowałem ciągle przez osiąganie kolejnych celów. Ciężka praca, priorytety i rodzina – to wszystko doprowadziło mnie do momentu, w którym teraz jestem.

Co rok spotykam się z „politycznymi”, na specjalnych spotkaniach. Jestem członkiem Związku Więźniów Politycznych Okresu Stanu Wojennego. Te spotkania odbywają się często na kopalniach, niektórzy przyjeżdżają z zagranicy. Czas mija, ludzie się zmieniają, ale te spotkania są cenne. Wymieniamy się naszymi doświadczeniami i przede wszystkim łącza nas wspomnienia. 


Opracowanie: Paulina Krachało, Andrzej Kamiński

 




Krzysztof Zaniewski
powrót »