Relacje


powrót »

Od 1982 roku pracowałem ciężko na ścianie, w Kopalni Węgla Kamiennego „Manifest”. Po założeniu rodziny starałem się na wszelki sposób zarobić dla niej jak najwięcej pieniędzy. Wracałem tak zmęczony z pracy, że natychmiast kładłem się spać, tylko wtedy widziała mnie żona. Miałem nadzieję, że moje wysiłki w pracy zostaną, wedle obietnic, dobrze opłacone. Jednak zarządzeniem odgórnym naszą nadprodukcję „ofiarowano ojczyźnie”. Pomimo mojej silnej przynależności narodowej nie podobało mi się to, że otrzymałem wtedy bardzo niska pensję, za niemożliwie ciężką pracę, która dawała wymierne zyski kopalni. Strasznie zdenerwowało mnie to, że moje poświęcenie, często ryzykowanie życia poszło właściwie na marne. Zadziałało to na mnie, jak płachta na byka, w ostateczności doprowadziło nawet do zwolnienia się z tej pracy. 

28 sierpnia stanęła praca na KWK „Manifest Lipcowy”, w tym czasie byłem w pracy i pracowałem na powierzchni. Trochę zawodzi mnie pamięć, ale pamiętam głównie ten pierwszy dzień. Zorganizowano wiec, na małej salce grupa ludzi powiedziała otwarcie o tym, co dzieje się w kraju. Po pierwszej zmianie górnicy wyszli na plac kopalniany i żądali obecności dyrektora, z którym chcieli rozmawiać. Pojawił się dyrektor kopalni, jego spojrzenie wyrażało pogardę względem nas, pracowników. Było to zauważalne, ludzie obsypali go obelgami. „Szowinisto, faszysto” – krzyczeli w jego stronę. Nikt nie krzyczał tych słów nieświadomie, rzeczywiście był bardzo nieprzyjemnym typem człowieka. Wykorzystywał górników do swoich prywatnych korzyści: budowali mu dom, przeprowadzali remonty. Był ponadto ulubieńcem współczesnej partii, miał od niej bardzo dobrą rekomendację. Uważał się przez to za pana naszych dusz, dusz zwykłych robotników.

Zawiązał się wtedy komitet strajkowy: Stefan Pałka, Jan Bożek, Jerzy Mnich. Bezpośrednio nie byłem z nimi związany, ale wspomagałem strajk, ochraniając kopalnię. Przeprowadzono wtedy tajne wybory we własnych strukturach kopalni, zostałem przewodniczącym oddziału budowlanego „Solidarności”. Kierownicy byli bardzo ludzcy, czuli razem z nami ten nasz bunt. Nie mogli się przyłączyć do protestu, ale ich przychylność była odczuwalna.

Okres ”karnawału” wspominam bardzo dobrze. Byli ludzie, którzy uważali się za panów dusz, a te poruszenia, związane z powstaniem związku zawodowego „Solidarność” pokazały, że każdy jest panem swojej duszy. Był to ruch kopalniany nie tylko związkowy, ale głównie patriotyczno-polityczny. Czuło się ogólnopolski nastrój niezadowolenia, zmęczenie współczesnym systemem, odczuwało się braki kulturalne. Współczułem wszystkim górnikom, wtedy praca była ogromnie niebezpieczna.

Narosły pewne prowokacje: Jaruzelski został sekretarzem, premierem i ministrem obrony i w jednej osobie skupiła się ogromna władza. Przedłużono kres służby w wojsku, coś zaczęło „wisieć w powietrzu”. Jako młody człowiek miałem pewne poczucie niesprawiedliwości. Z wieloma decyzjami ówczesnych władz nie zgadzałem się, nie widziałem zmian demokratycznych, które dałyby nam swobodę życia w Polsce. Pewne braki materialne spowodowały ogromne poruszenie. Choć były pewne próby przekupstwa, np. wydając kartki na samochody i chciano zaspokoić tym niezadowolenie górników. Korzystaliśmy z tego, że władza chciała pokazać się z jak najlepszej strony, ale nie daliśmy się niczym przekupić. Zresztą, to było zbyt mało – jeden samochód na tylu pracowników? Władza państwowa była obcą władzą, pan Jaruzelski tolerował politykę kraju i nie wyszedł do narodu z żadną propozycją reform.

Każdy pracownik kopalni, który uczestniczył w strajku miał swoją rolę i dlatego nie uczestniczyłem w centrum wydarzeń. Doskonale te zdarzenia, kiedy wprowadzono stan wojenny, pamiętała moja żona. Prowadziła dziecko do przedszkola, kiedy na ulicach pojawiły się czołgi Był to sposób psychologicznej walki ze społeczeństwem. Ja wtedy byłem wśród swoich współpracowników. Jakieś 100 metrów ode mnie odbywało się starcie z władzom, walka pomiędzy pracownikami kopalni, a wojskiem. Doszło do natarcia na górników, którzy cofali się, padły nawet strzały w ich stronę. Sam nie stałem przy bramach kopalni, gdzie strzelano do pracowników, ale słyszeliśmy to, mieliśmy świadomość zdarzenia, że doszło do walk.

Nie zgodziliśmy się z tym, w młodzieńczej krwi płynęła zaciętość i walka. „Nie popuścimy” – tak mówiliśmy. Niektórzy zostali internowani, głównie zakładowa organizacja związkowa. Inni pracownicy po strajku przyszli następnego dnia normalnie do pracy. Wtedy zaczęła się tajna działalność górników, przy współpracy z internowanymi pracownikami. Władze kopalni szybko usuwały warunki do działalności podziemnej: likwidowały związkowe pomieszczenia służbowe, w których znajdowały się materiały do tworzenia ulotek i inne, materialne wartości. Zlikwidowano też związkowe fundusze. Wtedy także ja uczestniczyłem w sprzątaniu tych pomieszczeń i jeszcze nie byłem na tyle cwany, aby coś wykraść. Mimo wszystko zaczęła się działalność za plecami władzy, każdy  starał się sam dofinansować naszą tajną działalność. Grupę konspiracyjną podziemnej "S" zakładał Jerzy Zarębski, który był w zastępstwie zakładowej organizacji związkowej, bo liczyliśmy się z jej likwidacją. Dwa razy spotkaliśmy się wtedy „w tajemnicy” na Arki Boża, jednak szybko zapomniałem u kogo i pod jakim adresem. Na tych tajnych spotkaniach rozmawialiśmy o pomocy internowanym i rozszerzeniu związkowej działalności podziemnej. W pewnym momencie postanowiliśmy likwidować symbole PZPR, powstał projekt przewrócenia cokołu PZPR z blachy, aby dać władzom sygnał, że jesteśmy i działamy. Nie udało się to jednak, ale została na cokole wisząca lina, niczym sznur wisielca. To był nasz znak – nie poddamy się!

Kilka osób produkowało ulotki, jednak to były działania prowizoryczne. Ja byłem zorientowany na wydawanie jakiś materiałów informacyjnych na większa skalę. Ale bałem się, nie wiedziałem gdzie, ani jak się do tego zabrać. Kolportaż przybrał większej skali dopiero po propozycji współpracownika Władysława Kowalczyka, który był na moim oddziale. Dyskretnie dał znać, że jest w stanie udostępnić urządzenia do powielenia jakiś materiałów. Przekazałem to Zarębskiemu, wtedy też dostałem informacje, jak przebiegało strzelanie do górników na KWK „Manifest Lipcowy” oraz zdjęcia i nazwiska osób, które dokonali pacyfikacji i podjęli o niej decyzje. Ta informacja pochodziła od Jarosława Kolka, nie wiedziałem wtedy, że istnieje jego prężnie działająca grupa konspiracyjna. On sam skorzystał ze znajomości w milicji, żeby zdobyć takie informacje. Wiedzieliśmy dzięki temu o ważnych dla nas faktach z działania lokalnych władz.

Skorzystałem z oferty Kowalczyka, który okazał się niezastąpionym człowiekiem. Miał maszyny do powielania bardzo wysokiej jakości. Pracownik z grupy Zarębskiego, także działacz, zabrał się ze mną do Ustronia z materiałami do kolportażu. To był wyjazd w pełni zaplanowany, musieliśmy bardzo uważać na patrole milicji. Od pana Władka otrzymaliśmy nowy powielacz, który na szczęście zmieścił się na tylnim siedzeniu mojego malucha. Dał nam jeszcze farby, które miał zakopane w ogródku. Przywieźliśmy to wszystko w umówione miejsce w Jastrzębiu Zdroju, następnie powielacz został przekazany w ręce zupełnie mi obcych ludzi, którzy przetransportowali go do KPN-u w Żorach. Kolportaż trwał jakieś dwa miesiące, wtedy strasznie się bałem, że jak ktoś wreszcie odkryje nasz sekret, to pójdzie po sznurku i także i ja oraz moja rodzina poniesiemy surowe konsekwencje. Wtedy Piotr Blaut dał mi zresztą taki sygnał, że wreszcie powpadamy. SB przyszło do mieszkania tych, którzy powielali te ulotki i chociaż starali się w jakiś sposób uratować powielacz, to jednak im się to nie udało. Był to znak, że gdzieś „poszła farba” i SB wie już o naszej działalności. Szybko doszli też i do mojej osoby i samego Zarębskiego i rozpoczęły się aresztowania. Zatrzymano: mnie, Blauta, Zarębskiego.  Po dwóch tygodniach na komendę trafił tez Władysław Kowalczyk, który wcześniej był obserwowany. Po przesłuchaniach przyznał się do udzielania informacji SB  Klaudiusz Baumgart.

Dla mnie represje rozpoczęły się bardzo nieprzyjemnie: zabrano żonę z zakładu pracy, zawieziono ją do domu w celu dokonania rewizji. Mnie zawieziono na komendę do Katowic i od razu wsadzono mnie do celi. Siedziałem ze zwykłymi kryminalistami, ponieważ cała grupę naszej podziemnej działalności rozdzielono tak, abyśmy w żaden sposób nie mogli się kontaktować. Na 4 koje było 9 więźniów, panujące warunki były paskudne. Podawali nam do jedzenia tylko kawałek chleba, ale można było przeżyć. Inni więźniowie traktowali mnie na szczęście dobrze. Poznałem wtedy Stasława Mazura,  który się do mnie dosłownie "przykleił". Odsiadywał wyrok 15 lat więzienia za pobicie milicjanta. W moich oczach wydawał się bardzo honorowym mężczyzną ale okazało się, że to było „ucho” nastawione na wyciąganie ode mnie informacji. System zdobywania informacji i dokonywania represji na więźniach był perfekcyjny. Chociaż łatwo było się domyślić kto donosi, to mimo wszystko działali w pełnej konspiracji. Różne były myśli i pomysły w celi, nawet zaprzyjaźniłem się z tym Mazurem. Zrzucam to na karb słabej kondycji psychicznej, potrzebny był w więzieniu przyjaciel. Pamiętam, że kiedyś powiedziałem mu: „Po co mi taka ojczyzna, która tak mnie traktuje”. Wzruszył się bardzo, widziałem wtedy, jak mu jest ciężko w tej "przyjaźni "ze mną.

Nie mogłem utrzymywać żadnych kontaktów  na zewnątrz ale raz w miesiącu otrzymywałem paczki. Z nudów nauczyłem się grypsować. Po paczce poznawałem, czy żona jest w domu, oceniając sposób jej zapakowania. Widziałem, że jej ręką wszystkie drobiazgi znalazły się u mnie i byłem spokojniejszy o nią. Jednak bezpośredniej informacji na temat moje rodziny nie otrzymywałem.

Byłem przesłuchiwany w ciągu dnia, ale także w nocy. Na nocnych „seansach” było bardzo nieprzyjemnie. Dwukrotnie, około 1 w nocy zrywano mnie, ciągano po komisariacie i „maglowano” od nowa (konwejer). Nie raz pobito mnie kijem i pałą. Raz rzuciłem się na jednego milicjanta, który mnie tłukł, ale nie miałem szans. Oficer przesłuchujący kazał mi się rozebrać i klękać i dlatego, że tego nie zrobiłem pobił mnie kijem. Przyjmowałem to nadzwyczaj spokojnie.

Była grupa, która planowała ucieczkę ze spacernika, dość daleko mieli posunięte plany. Po jednej z rozmów w celi z moim „ogonem” Mazurem zostałem zabrany przez kapitana Cesarczyka na przesłuchanie do biurowca komendy w Katowicach. Zostawiono mnie na korytarzu, przy wyjściu z komendy. Przez 15 minut stałem sobie na korytarzu i obserwowałem cmentarz przez okno – ewidentnie byłem podpuszczony, czy aby nie ucieknę. Miałem możliwość i wyjścia, i odejścia, przecież każdy więzień miał cywilne ubranie. Jednak moja ucieczka to byłaby dodatkowy argument do aresztowania na jeszcze dłuższy czas. Strasznie bałem się, że moja żona też wyląduje w więzieniu, ponieważ przepisywała Zarębskiemu pismo do rzecznika praw człowieka. SB miało nasze zdjęcia, zrobione podczas kolportażowych działań oraz mojej małżonki, sfotografowanej ukradkiem zza firanki. W końcu ona także była przesłuchiwana, jej zeznania skonfrontowano z moimi w pokoju przesłuchań. Moja żona na szczęście nie była w nic bardzo zaangażowana.

Dotarła do mnie informacja, że Kolk,  nie tylko sypie, ale w ogóle ogłupia SB dodając informacje, ubarwiając. Mnie przewieziono na ul. Mikołowską w Katowicach, siedziałem tam w celi z mordercą. Na szczęście warunki były całkiem dobre i do zniesienia. Jednak cały czas dbano o to, byśmy się między sobą, jako więźniowie polityczni nie kontaktowali. Dopiero Ludwik Drapała po spacerniku potrafił wyciągnąć mnie do swojej celi. Był już dobrze obeznany z warunkami więziennymi i umiał załatwić to z klawiszami. Widziałem przez kraty w celi Władka Kowalczyka, który spacerował po spacerniaku i przesyłałem mu jakieś znaki. Blauta ani Zarębskiego w więzieniu nie widziałem.

Żona dostała widzenie raz, kiedy siedziałem na ul. Mikołowskiej. Raz jeden przyjechała z bratem. Mogła do mnie pisać, ale bałem się tych listów i drżałem, żeby do mnie nie pisała. Oczywiście były listy, których nigdy nie widziałem. Dopiero pod koniec odsiadki, na jednym z przesłuchań pokazano mi jeden list mojej żony. Ale ja nie wiem, czy do niej pisałem…

Nie bardzo mogłem kłamać na przesłuchaniach, ponieważ ktoś doskonale zrelacjonował cały przebieg wydarzeń, z organizacji i wyprawy po maszynę do kolportażu. Zastanawiałem się nawet, czy nie miałem zamontowanego podsłuchu w bocznej szybce samochodu, ponieważ ona od początku nie była dobrze osadzona na uszczelkach – tak dokładne informacje miało SB. A na przesłuchaniach słyszałem wręcz relacje moich rozmów, prowadzonych w samochodzie. Pytano mnie wielokrotnie skąd może być powielacz, zawsze odpowiadałem, że nie wiem. Zastanawiałem się, jak Władek będzie się bronił, to o nim myślałem w ten czas. Podawano nam mylne informacje naszych zeznań. Władek utrzymywał, że kupił ten powielacz od kierowcy tira, który sam zaproponował mu zakup tego urządzenia. On miał syna pastora i umotywował to tak, że syn będzie miał maszynę do produkcji kościelnych gazetek. Przez cały czas podtrzymywał tą wersję. Nikt nie doszedł do grupy, która mu przekazała powielacz. Nie był już młody, znajdował się pod presją, brutalnie naciskany…ale nigdy nie wydal nikogo, ukrył tajemnicę skutecznie, nigdy się nie załamał.

Jeszcze jedno wspomnienie z więzienia, które utkwiło mi w głowie. Chyba raz napisałem list do żony i w zamian odesłała mi zdjęcie jej i moich dwóch córek. Powiesiłem je nad kojcem, jednak pewnej nocy spadło mi w szczelinę w ścianie. Psychika reaguje inaczej, niż w normalnych warunkach. Od razu lekko się załamałem, to w mojej samotności było tragedią. Do mojego "celnika" tego, Stasia Mazura powiedziałem, że nie zostawię zdjęcia mojej rodziny nigdzie, nie chcę go stracić z oczu. Zaczęliśmy niemiłosiernie kombinować, żeby je jakoś wydostać. Ostatecznie pozwijał gazetę, mielił chleb, który stał się niczym klej i tak pomalutku tworzył cienką listwę, która po dwóch dniach całkiem stwardniała. Zmotywowałem jego starania, obiecując dziesięć paczek papierosów marki „Sport” w zamian za wydostanie ze szpary mojego skarbu. I nie wiem, czy to motywacja, czy chęć działania, robienia czegoś spowodowały, że udało się odzyskać zdjęcie. To była chwila ważna, szczęśliwa i utkwiła od razu w głowie. Nie miałem co palić, ale przy sercu miałem zdjęcie.

Więźniowie byli bardzo pomysłowi, wymyślali gry planszowe z opakowania zapałek. Karty do gry z paczek od zapałek, manualnie nasze zdolności rozwijają się wtedy, kiedy pozostajemy tylko z prostymi bodźcami. Na wolności czułbym się ograniczony swoją fizycznością, a w więzieniu nagle okazuje się, że potrafimy więcej. Wyobraźnia, chęci i przełamanie czasu, który męczył i nużył potrafiły uczynić niesamowite rzeczy. Każdy przystosowywał się i podejmował rzeczy względnie w naszych oczach niemożliwych, nie do pokonania dla nas.

Żona i dzieci odczuwały na pewno brak ojca, przeżywały cierpienia, o których nie umiałem myśleć. Jedna córcia miała wtedy dwa latka, a druga już osiem. Nie wiedziałem wtedy jaki dostane wyrok i za co, dlatego nie byłem w stanie określić, kiedy zobaczę rodzinę. Wtedy już informacja o stanie wojennym przedostała się na zewnątrz, poza granice kraju. Spodziewałem się wszystkiego, a właściwie nie widziałem nic. Miałem tylko porównanie z opowieści, jak się odbywają i kończą tego typu sprawy, jak moja. Nawet nie wiedziałem, czego się spodziewać. Inni internowani mogli być razem, cierpieli, ale wspólnie.  Mi tego bardzo brakowało.

Grypsujący potrafili porozumiewać się w jakiś sposób ze światem zewnętrznym, znakami przez okna i sygnałami świetlnymi. Ale mimo wszystko ci później internowani mieli gehennę psychiczną. Nie byli mocni duchowo, ani fizycznie. Cierpieliśmy, jak psy, nie znając ani jednego dnia, który mógł być przed nami. Sam musiałem się pilnować, żeby nie wydać nikogo, nie nagadać bzdur, nie dodać nic do faktów, aby nie stworzyć fałszywych dowodów. Byliśmy traktowani, jak kryminaliści. Mieliśmy wprawdzie obrońców, ja współdziałałem z profesorem Wilgusem, którego wyprosiła moja żona o pomoc. Każdego tyłek był, przynajmniej formalnie, chroniony przez prawników jeszcze przedwojennych, którzy dokładali wszelkich sił, żeby nas ratować.

Do więzienia przyjechał prokurator, który ze mną rozmawiał. Jemu wyznałem, że bito mnie w nocy. Jemu, wojskowemu, tak patriotycznie przedstawiłem swój los. Dwa dni potem przyszedł kolejny prokurator, nie było mowy o uczuciach. Na rozprawy wędrowałem w kajdanach, nawet na rozprawy Kolka i Baumgarta. Chociaż nie miałem w ich temacie nic do powiedzenia, bo nie znałem sprawy. Mój proces był podobny – w kajdankach. Otrzymałem wyrok w zawieszeniu i nałożono na mnie grzywną, w wysokości 40 tysięcy złotych. W czasie pobytu w więzieniu otrzymałem wypowiedzenie z pracy, jakoś po trzech miesiącach odsiadki. A łącznie w celi spędziłem siedem miesięcy.

Moja żona doskonale gospodarowała pieniędzmi i nawet zdołała odłożyć parę groszy. Otrzymała też jakąś zapomogę dla samotnych matek, związki i kościół finansowo nie pomagali mojej rodzinie. Ja sam otrzymałem pomoc z parafii na Górnym, poszedłem prosić o zapomogę finansową. Nie pracowałem cztery miesiące, a z moimi „referencjami” nie miałem większych szans na intratną pracę. Wówczas ksiądz wspomógł mnie finansowo co pomogło jakoś przetrwać mojej rodzinie ten trudny okres.

Klaudiusz Baumgart zdradził, to było jasne. Zarębski, miał ochotę go zabić. Namawialiśmy go jednak, żeby powstrzymał emocje i zrozumiał, jak skomplikowana i słaba jednocześnie jest ludzka psychika. Kiedy wychodziliśmy z więzienia początkowo Zarębski nie chciał podać mu ręki „zdrajcy”, ale nakłoniliśmy go, aby nie upokarzał winnego ponad to, czym sam się upokorzył. Dzięki temu gestowi podaniu ręki Baumgart nie został zdeptany przez swoich. Był wcześniej aktywny, dziarski, ale więzienie go złamało. Później raz jeszcze u niego byłem, by przekazać ważną informację. Wszedłem do niego do mieszkania, gdzie niestety zobaczyłem mojego byłego, więziennego "celnika".  Być może poddał się całkowicie, w wieku 47 lat wyjechał do Niemiec i zerwał z nami kontakty. Załamał się i sypnął grupę Zarębskiego, potem uciekł do ”raju”. Wtedy Niemcy to był bogaty kraj, który kusił zarobkami i warunkami bytowania.

W 1988 roku już nie pracowałem na kopalni, ale ciągnęło wilka do lasu. Stałem pewnego razu pod bramą, widziałem moich kolegów, którzy dalej angażowali się w działania opozycyjne, względem władzy. Podziwiałem ich zapał, odwagę i zazdrościłem tej możliwości walki o moją ojczyznę. Górnicy byli bardzo zorganizowani, działali spokojnie, z rozwagą. Wtedy wierzyłem, że jeżeli na Śląsku staniemy okoniem, to stanie za nami cała Polska.

Uważam, że od tamtego czasu nastąpił ogromny postęp. Teraz nadal nie jest dobrze w naszym kraju, niestety wzrasta bezrobocie. Zakłady pracy nadal wykorzystują swoich pracowników. Związki zawodowe usiadły na swoich krzesłach i siedzą, statycznie i w miejscu, zakryły się zdaniem, że złodzieje się „na górze”. Mam rozeznanie, jak wygląda system "kapitalistyczny "w naszym kraju, sam prowadziłem przez 20 lat działalność indywidualną. Widzę, jak nagminnie wykorzystywani są pracownicy, nie przestrzega się kodeksu pracy, nie pilnuje podpisywania pełnoetatowych umów. Pozostało bardzo mało zakładów, które szanują pracownika i dbają o zachowanie dla niego wszystkich dodatków socjalnych. Związki na to nie reagują.

Jest ciężko, ale ludzie żyją godniej. Skończył się czas hodowania niewielkiej trzody, która była jedyną nadzieją na mięso. Upokarzano społeczeństwo, zabierając mu jedzenie. Dziś mamy tę godność, nie brak nam niczego. Pomimo tego, że niektórzy mają bardzo ciężko, to dostęp do pożywienia jest bezpośredni. Znacznie ułatwiło się życie Polaków, pomimo różnic w stanie materialnym społeczeństwa. Kiedyś marzenia można było schować do kieszeni, dziś marzenia można realizować.

Oczywiście, w międzyczasie władza wykonała wiele nieprawidłowych ruchów, jak w przypadku likwidacji PGR-ów. Zaczęto naciskać na edukację, likwidując szkoły zawodowe i górnicze, które były na bardzo wysokim poziomie. Technikum było „czymś”, a teraz polikwidowano te placówki. Tym samym stracono możliwość kształcenia dobrych, fizycznych pracowników. Nie wszyscy mogą być wykwalifikowanymi inżynierami i magistrami, ktoś musi piec chleb i budować domy z cegieł. Na kopalni też potrzebni są fachowcy, którzy unikną wypadku. Być może likwidacja techników nie jest najlepszym gestem w stronę społeczeństwa, ponieważ pracownicy nie są tak dobrze wyszkoleni do swojego zawodu, odbywają przeszkolenia i uczą się zawodu w praktyce. Przez to często spotykamy się z niekompetencją i niebezpieczeństwem pracy.

Cofając się pamięcią do czasów naszych rodziców widzę tę różnice pomiędzy komunizmem a demokracją. Pamiętam zapach zachodnich frykasów, kojarzył mi się z marzeniami, których wtedy nie można było zrealizować.  Dziś proszę się rozejrzeć, jak łatwo jest dorobić się tego, o co wtedy my walczyliśmy swoimi cierpieniami.



Opracowanie: Paulina Krachało, Andrzej Kamiński
 




Jerzy Ajzychart
powrót »