Relacje


powrót »

Jeśli chodzi o wprowadzenie stanu wojennego, to coś wisiało w powietrzu. Jak już wspominałem, czasami przeczucia mnie nie zawodzą. Ale tym razem sądziłem, że władze będą miały na tyle honoru i ambicji, by dać ludziom spokój na Boże Narodzenie. Pomyliłem się. Mimo to byliśmy przygotowani na taką ewentualność. W przypadku aresztowania władz związku wyznaczeni byli następcy. Z tego co dziś wiem, to z kopalni wysłano osoby, które miały mnie ostrzec przed tym, co miało się stać. Wówczas zapewne uciekłbym na zakład i rozpoczęlibyśmy strajk pod ziemią. Ale nie wiem, jak wyglądałoby to wszystko. Milicja była bardzo brutalna. Różnie mogło być. Ludzie wysłani z kopalni spóźnili się kilkanaście minut... 

Trzy kwadranse po północy w nocy z 12 na 13 grudnia ktoś zapukał do drzwi. Powiedział, że na kopalni był wypadek. Ja na tym punkcie byłem szczególnie wyczulony. Ale gdy otwarłem drzwi, to wiedziałem, w jakim celu przyszli. Trzech milicjantów weszło do środka. Był z nimi esbek, ale pozostał na zewnątrz. Powiedzieli mi, że komendant chce ze mną rozmawiać. Cały czas byli bardzo grzeczni. Nie było żadnego bicia, krzyków czy poszturchiwań. Być może dlatego, że ja ich wszystkich nagrałem na magnetofon. Imię, nazwisko, miejsce pracy. Wszystko miałem. Poza tym powiedziałem im, żeby nie próbowali brać mnie siłą. Bo jeśli ja zginę, to któryś z nich też. Poinformowałem, że zdaję sobie sprawę, że chcą mnie aresztować. Pozwolili mi się ubrać i pożegnać z żoną, ale do dzieci nie wpuścili. Wziąłem ciepłe ubrania, bo koniec roku 1981 był wyjątkowo mroźny. Po wyjściu z mieszkania usłyszałem słowa esbeka: „Coś długo to trwało”. Przed klatką stał Fiat 125p. Nie było żadnego milicyjnego samochodu, tylko prywatny pojazd. Kazali wsiąść do auta i pojechaliśmy. Zauważyłem, że wieźli mnie w kierunku Szerokiej, ale nie zdawałem sobie sprawy, gdzie dokładnie. Za oknami widziałem pustkowie. Jakiś piasek i same nieużytki. Byłem na 99% pewien, że to koniec. Rozstrzelają na miejscu i zostawią. Jeden z nich włączył radio. Szum. „No, o to chodziło”. Kazał mi dać dowód osobisty. Pokazałem, ale nie dałem mu do ręki. Powiedziałem, że to moja własność. Szczerze mówiąc chciałem go zatrzymać na wypadek, gdyby ktoś mnie tu znalazł. Żeby znaleziono człowieka, który miał imię i nazwisko. Ale nie zabili. Esbek wyciągnął kartkę, na której była jakaś decyzja. Usłyszałem, że podważam autorytet partii. Spytali, czy byłem przewodniczącym „Solidarności” i czy Nejman ze mną współpracował. Ruszyliśmy dalej i dojechaliśmy do szpaleru suk milicyjnych. Tam nas wszystkich zwozili. Wpakowali mnie do jednej, w której siedział właśnie Henryk Nejman. Gdy mnie zobaczył, to stwierdził tylko: „No, to teraz już wszystko wiem”. Cała sytuacja miała miejsce w środku nocy, ale tymi sukami wozili nas po całym regionie do godziny 11. Podobno byliśmy w Rybniku, pojawiały się też domysły, że chcą nas wywieźć do Czechosłowacji. W końcu wylądowaliśmy w Zakładzie Karnym w Szerokiej. Tam było wielu ludzi z opozycji z całego województwa. Przez długi czas nasze rodziny nie wiedziały, gdzie nas szukać. Moja żona była nawet u dyrektora Krzyszkowskiego, ale ten rozłożył ręce w geście bezradności. Nic nie wiedział.

Weszliśmy do środka, a tam klawisze zaczynają się na nas wydzierać. Ustawić się w dwójki. Odparowaliśmy im, że nie mają prawa czuć się lepsi od nas. Nie jesteśmy przecież bandytami. To ich zaskoczyło, więc dali nam spokój. Pozamykali nas do cel, a tam sople lodu zwisające z sufitu. Żadnego ogrzewania, a do spania na pryczach jakieś stare koce, na których warstwa kurzu była większa niż sam materiał. Żadnego posiłku. Dziesięć minut zimnej wody dziennie. Ze mną siedziało jeszcze trzech chłopaków. Dwóch z „Manifestu” i jeden, bardzo młody, z „Boryni”. Ten ostatni był najbardziej załamany i płakał. Byliśmy odizolowani od kolegów z innych cel. Nocą wokół budynku jeździły czołgi okropnie hałasując. Nie dało się spać. Ludzie najsłabsi psychicznie szybko się wykańczali. A potem Urban powiedział w wywiadzie, że internowani wcale nie siedzą w więzieniach, ale w domach wczasowych. Nas to tak rozwścieczyło, że zaczął się bunt. Jedne drzwi nie wytrzymały. Od tego czasu cele były otwarte i można było normalnie chodzić po korytarzu. Dla zabicia czasu graliśmy w brydża. Powiesiliśmy też krzyż, przy którym można było się pomodlić. Wśród nas był zresztą chłopak, który uczył się na księdza. Poza tym na Szeroką przyjeżdżał pewien kapłan, o którym do dziś nie mogę powiedzieć złego słowa. To był jeden z najporządniejszych ludzi, jakich znałem. Nazywał się Damian Zimoń i dziś jest arcybiskupem w Katowicach. Mieliśmy możliwość pisania listów do rodzin, ale jeśli ktoś zbyt mocno narzekał na warunki w więzieniu, to przesyłka nie trafiała do adresatów. Ja starałem się pisać jak najmniej, ograniczając treść do najważniejszych rzeczy. Posiłki otrzymywaliśmy o wiele gorsze niż więźniowie kryminalni. Wyjaśniono nam, że skoro nie pracujemy, to nie potrzebujemy takiego zasobu kalorii. Najgorszej mieli jednak palacze. Nie potrafili sobie poradzić z brakiem papierosów, więc skrobali nożem sęki i je palili. Gdy było Boże Narodzenie, to nawet nikt z nas o tym nie wiedział. Dziś więźniowie narzekają, że mają źle w zakładach karnych. To jest śmieszne. Po tym proteście trochę się polepszyło. W końcu powiedzieli żonie, gdzie jestem. Pozwolili na odwiedziny. Nie mogłem pracować, więc mojej rodzinie pomagali ludzie dobrej woli. Wtedy niczego nie było w sklepach. Za nędznymi ochłapami trzeba było stać godzinami w kolejkach. A ludzie mimo to dzielili się.

Na Szerokiej byliśmy do wczesnej wiosny. Miał tam miejsce pewien incydent, gdy poproszono nas o odciski palców. Brali po jednym z celi i przekonywali, że taka jest sytuacja i tak trzeba. Nie zgodziłem się. Spytałem, czy coś ukradłem, że mnie tak traktują. Nie jestem przestępcą. Powiedziałem esbekowi, że uważam się za porządniejszego człowieka od niego. Prawdopodobnie dlatego później wywieziono mnie do Uherców w Bieszczadach. Podobnie rzecz miała się ze wspomnianym Śliwą z Katowic. On też nie dał odcisków palców. Poza tym w czasie całego pobytu przesłuchiwali mnie tylko raz. Esbek zaprosił mnie do pokoju. Powiedział, abym usiadł. Spytał o dane osobowe. Odparłem, że jestem pewien, iż zna moje imię i nazwisko. Natomiast ja chciałbym wiedzieć, z kim mam do czynienia. On odpowiedział, że jest tu służbowo, a nie prywatnie. „Ja też nie jestem tu służbowo”. I na tym rozmowa się zakończyła.

Bodajże w marcu wywieziono mnie do wspomnianych Uherców. Znajdował się tam ośrodek dla internowanych. Był tam Śliwa, a także działacze z Podkarpacia. Byliśmy o wiele lepiej traktowani, mogliśmy normalnie spacerować i przyjmować gości. Słuchaliśmy nawet piosenek Jacka Kaczmarskiego. Dostawaliśmy paczki, ale każdy się dzielił. Był wspólny stół i nikt nie chował jakichś rarytasów do szafek. To była prawdziwa solidarność. Z tamtego okresu miałem kilka pamiątek, ale niestety zostawiłem je w Los Angeles. Organizowano tam wystawę dotyczącą naszego związku. W Uhercach poznałem pana Krakowskiego, profesora Uniwersytetu Śląskiego. Bardzo uczciwego i zaangażowanego w sprawę człowieka. Wiele rozmów z nim odbyłem. W lipcu 1982 roku przyszedł funkcjonariusz, kazał mi się spakować i wracać do domu, oczywiście na własny koszt. Dojechałem do Jastrzębia pociągiem.
Niemal natychmiast po powrocie zgłosiłem się do Szpitala Górniczego. Lekarze bardzo nam pomagali. Ja po pierwszej kąpieli po wyjściu z internowania ze zdziwieniem zauważyłem, że w wannie jest pełno włosów. Do dziś nie mam brwi. W szpitalu wyjaśniono mi, że to z powodu złego odżywiania i stresów, którym byłem poddany. Leżałem tam jakiś czas. Potem pojechałem na KWK „Jastrzębie”. Przyjął mnie dyrektor Krzyszkowski. Chciał mi pomóc dając jakąś funkcję, ale już po dwóch dniach pracy aresztowano mnie na 48 godzin. Podobno sam sekretarz partii interweniował, że ktoś taki jak ja nie powinien mieć prawa do pracy. Milicja przyszła do domu zastając mnie przy obiedzie. Spytałem, na jakiej podstawie jestem zatrzymany. Jeden z nich bez słowa pokazał mi wniosek, na którym było napisane, kto i kiedy podpisał ten papier. To był zastępca komendanta jastrzębskiej milicji. Tyle wiem, choć do dziś nie mam pojęcia, kto na mnie donosił. Pouczono mnie, że mam milczeć. W przypadku zaobserwowania mnie w towarzystwie więcej niż trzech osób, można było mnie ponownie aresztować. Ponadto nie podobał im się znaczek „Solidarności”, który nadal nosiłem.

Po kilku tygodniach zachorowałem już na poważnie. Doznałem zapalenia trzustki. Leczył mnie doktor nazwiskiem Joszko, bardzo porządny człowiek. Na trzustkę nie ma tabletki czy syropu. Leżałem całe dnie z czyszczącą wnętrzności sondą w ustach, a karmiony byłem jedynie za pomocą kroplówki. Lekarze wiedzieli kim jestem i co robiłem. W końcu zlitowali się nade mną i wypuścili do domu. Okazało się, że za wcześnie. Po kilku dniach poczułem potworny ból i tym razem dr Joszko powiedział, że będę musiał wyleczyć się do końca. Na kolejne kilkanaście dni trafiłem pod tą nieszczęsną sondę. Ale esbecja nawet wtedy nie dawała mi spokoju. Przysłali człowieka, przed którym ostrzegł mnie lekarz. Powiedział, abym uważał, co mówię, bo ten szpicel będzie mnie obserwował. Przywieźli jakiegoś faceta i położyli na łóżku obok. Dostawał nawet tabletki od pielęgniarki. Na początku nie odzywał się, ale długo nie wytrzymał. Akurat zapowiadano drugą pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski, która miała mieć miejsce w 1983 roku. I ten szpicel się pyta, czy wybieram się na spotkanie z papieżem. Odpowiedziałem mu pytaniem na pytanie „A pan?”. I dodałem, że jeżeli będę zdrowy, to na pewno pojadę. Następnego dnia już go nie było w szpitalu.

Emigracja

Do wyjazdu z Polski namówił mnie Sławomir Czesiek. Widział, co ze mną wyprawiają. Mówił, że mnie tu zniszczą. Gdy miał już wszystko załatwione w Warszawie nakłonił mnie, abym z nim pojechał. Miałem złożyć podanie o wizę do Stanów Zjednoczonych. Dostałem ją w rekordowym tempie, bo już po dwóch tygodniach. Nawet na paszport czekałem dłużej. Reagan był bardzo pozytywnie nastawiony do polskich opozycjonistów. Konsul w ambasadzie powiedział, że mam się o nic nie martwić. Oni zresztą wiedzieli o mnie więcej, niż ja sam o sobie (śmiech). Najpierw polecieliśmy do Niemiec na własny koszt. Tam przypadkowo spotkałem Auksztulewicza i Cześka z rodzinami. Razem jeździliśmy po Republice Federalnej, bo widocznie chciano nam pokazać standard życia na Zachodzie. Dostaliśmy nawet jakieś drobne pieniądze na papierosy i słodycze dla dzieci.

Do USA dostaliśmy się kolejnym samolotem. Bilet do Ameryki spłacałem potem po 20 dolarów miesięcznie. Trochę mnie to dziwiło, że internowani musieli spłacać transport. Tymczasem ci, którzy dostali się do obozów dla uchodźców, otrzymali bilety w prezencie. Wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Dalej każdy z nas jechał tam, gdzie zgłosili się sponsorzy chętni przyjąć uchodźców politycznych z Polski. Ja i Auksztulewicz trafiliśmy w ten sposób do Kalifornii, natomiast Czesiek zakotwiczył w Connecticut. Zamieszkałem w Los Angeles. Zaopiekował się nami Welfare Catholic Church rozciągający swą pomoc na imigrantów z różnych krajów. Nie tylko z Polski, ale też z Kambodży czy Wietnamu. Dostałem mieszkanie w apartamentowcu, gdzie czynsz był opłacony za pierwszy miesiąc. Za następne płaciłem już sam. Naprzeciw apartamentowca mieszkali Meksykanie, a obok nich Murzyni. Po wejściu na teren budynku automatycznie zamykała się za mną bramka. Za pierwszym razem miałem wrażenie, że znów mnie aresztowano. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Tam była taka menadżerka, która bardzo przejęła się naszym losem. Poza tym pomocną dłoń podał mi też Radosław Tarnowski z Łodzi, który później pracował w Radiu Wolna Europa Na początku miałem ogromne problemy z językiem angielskim i dopiero po roku potrafiłem się za jego pomocą porozumiewać. Znalazłem zatrudnienie jako mechanik i przepracowałem na tym stanowisku 18 lat. Harowałem po 14 godzin dziennie. Wstawałem o 3.30, a wracałem do domu późnym popołudniem lub wieczorem. Gdybym chciał mieć weekendy wolne, to proszę bardzo. Ale stawki za soboty i niedziele same zachęcały do pracy. Taki to kraj. Jeśli chodzi o strukturę pracy, to nie możemy się do Amerykanów równać pod żadnym względem. U nas nie do pomyślenia jest, że mówisz do dyrektora na „ty”. A tam nie uznaje się słów „panie dyrektorze”.

Pamiętam taką sytuację, gdy w zakładzie wybuchł strajk. W Stanach Zjednoczonych są związki zawodowe, ale bardzo słabe. Nie może być tak, że załoga okupuje zakład. Przecież to własność prywatna. Jeśli chcą protestować to proszę bardzo, ale na chodniku przed budynkiem. Nawet na ulicę wejść nie można. Po siedmiu tygodniach zadzwonił szef czy chcę wrócić do pracy, na co przystałem. Ten ich strajk trwał jeszcze kilkanaście dni. Namawiali mnie zresztą do wstąpienia do tych ich związków. Nigdy się na to nie zgodziłem. Mówiłem im, że przyjechałem do Ameryki, aby pracować, a nie pouczać, jak organizować protest. Zresztą, te związki to i tak jedna wielka mafia. Tam robi się strajk w taki sposób, żeby nie dowiedział się o nim rząd centralny. Protest w moim zakładzie trwał dziewięć tygodni. Oczywiście nie wywalczono nic.

Polonia w Kalifornii była dobrze zorganizowana. Odbywały się różnego rodzaju spotkania. Pojawiłem się na jednym z nich. Chodziło o pomoc dla Polski. Wchodzę na salę, a tam za stołem człowiek, o którym wiedziałem, że dary z Zachodu dla więźniów komuny sprzedawał do peweksów. Spytałem go publicznie, jakim prawem on tu i teraz organizuje jakieś paczki. Nic nie odpowiedział. Opuściłem to zgromadzenie. To była bardzo nieprzyjemna sytuacja. Ale w Jastrzębiu było to samo, nawet niektórzy księża tak robili. Ja nie boję się mówić nawet trudnej prawy.

Wróciłem do Polski w roku 2001. Wiem, że większość z emigrantów chce zostać pochowana w ojczyźnie. Dziś oceniam sytuację w Polsce źle, a nawet tragicznie. Nie twierdzę, że Kaczyńscy nie popełniają błędów. Ale stosują za mało dyplomacji. Mają rację, ale powinni inaczej mówić do ludzi. Ja osobiście w życiu niczego nie żałuję. Przeszedłem w życiu wiele. Ktoś mi jednak w życiu powiedział, że jestem jak kot. Zawsze szczęśliwie spadam na cztery łapy. Jestem uczciwy i zasadniczy, ale nie mściwy. Uważam, że zawsze opłaca się być uczciwym człowiekiem.


Opracowanie: Mariusz Gołąbek, Andrzej Kamiński
 




Antoni Jurkiewicz
powrót »