Relacje


powrót »

W sierpniu 1980 roku załoga naszej kopalni przystąpiła do strajku, a ja zostałem przewodniczącym Komitetu Strajkowego, który po podpisaniu „Porozumienia Jastrzębskiego” przekształcił się w Komitet Założycielski Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Po zarejestrowaniu „Solidarności” w 1980 roku, otrzymaliśmy nazwę Komisja Zakładowa NSZZ „Solidarność” przy KWK „1 Maja”. Wybrano mnie na stanowisko przewodniczącego Komisji Zakładowej, funkcję tę pełniłem do 13 grudnia 1981 roku, kiedy to „powołano” mnie do Szerokiej.
Podpisanie „Porozumienia Jastrzębskiego”, które niewątpliwie było ogromnym sukcesem, nie rozwiązywało jednak problemów górniczych. Okazało się, że władza niechętnie wypełnia zawarte w nim zobowiązania. Na kopalniach znowu zaczęły się akcje protestacyjne. W połowie listopada doszło do protestu na kopalni „Wujek”. Zakończył się on 3 grudnia podpisaniem porozumienia z ministrem Glanowskim. Ustalono wówczas, że zostanie opracowany dokładny termin realizacji postulatów jastrzębskich, szczególnie tych dotyczących górnictwa. Takie „przepychanki” trwały do października 1981 roku. Wtedy wszyscy przyjechaliśmy na kopalnię „Katowice” i tam został zakończony proces realizacji postulatów jastrzębskich. O zamiarach wprowadzenia stanu wojennego dowiadywaliśmy się dużo wcześniej. Sygnały były wyraźne i jednoznaczne. Nie baliśmy się, bo początkowo za „Solidarnością” stało wojsko i milicja. Później z ich szeregów usunięto wielu oficerów, zostawiono tzw. „twarde łby”, które poparły politykę generała Jaruzelskiego. Według mnie, wprowadzenie stanu wojennego było zupełnie bezsensowne, zrujnowało gospodarkę PRL-u, sprowadziło ją na dno. W lipcu 1982 roku zostały podniesione ceny o prawie 40%. Kolejne lata, to podwyżki średnio o 10 – 15%, aż do stanu hiperinflacji, która musiała w takich warunkach nastąpić. Przyczyniło się do niej również zamknięcie dopływu gotówki z Zachodu, brak nowych technologii, a zarazem wypłacanie olbrzymich sum. Ludzie byli zniechęceni, coraz głośniej wyrażali swoje niezadowolenie. Władza musiała zrobić coś, co uspokoiłoby społeczeństwo i wyciszyło emocje. Można było jednak rozwiązać ten konflikt zupełnie inaczej.
Docierały do nas sygnały o mobilizacji wojsk sowieckich i czeskich na granicy. Nie przypuszczałem jednak, że Jaruzelski zdecyduje się na taki krok. Powodowało to kolejne, zupełnie niepotrzebne wydatki dla państwa. Zmobilizowanie wszystkich oddziałów było ogromnym obciążeniem finansowym. Wysokie koszty ponosiły zakłady pracy, ponieważ wielu pracowników zaciągnięto do służby wojskowej, a należało wypłacać im pensję. W Szerokiej, w każdej celi mieliśmy podstawionego pracownika SB lub konfidenta, którzy mieli cały czas wypłacane pieniądze. Potem się dowiedziałem, że była to kwota 64 tys. zł. Wówczas ja, jako szef związku płacony z grupy pracowników strzałowych, zarabiałem 7 tys. Około dwóch tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego przyszedł do naszej siedziby porucznik Trznadel ze Służby Bezpieczeństwa i sugerował, że na przywódców „Solidarności” zdarzają się różne napady. Gdyby stało się coś dziwnego, mam nie otwierać nikomu drzwi, chyba, że to on przyjdzie do mnie. Już wtedy wiedział, że tak się stanie. Zjawił się 13 grudnia 1981 roku. Zabrano mnie z domu o godzinie 1.30. Muszę przyznać, że dość oględnie się ze mną obszedł. Zresztą nie stawiałem oporu. W domu było troje małych dzieci, wiedziałem, że nie mogę w tej sytuacji zrobić nic, przypuszczałem, że dom jest również obstawiony. Pozwolili mi się ciepło ubrać, zabrać ze sobą papierosy, wsadzili mnie do malucha i zawieźli na Komendę Milicji w Rybniku. Tam, po badaniach lekarskich, wsadzono mnie do celi, gdzie już było paru kolegów. Około godziny 3.30 zaczęto nas wyprowadzać do suk. Na zewnątrz było słychać ujadanie psów, pokrzykiwanie pracowników z SB i ormowców. Na mnie przyszła kolej po godzinie 4.00. Trafiłem do suki, która nie była przepełniona tak, jak inne. Jechała z Wodzisławia. Tam spotkałem moich kolegów, radcę prawnego Leszka Błędowskiego, któremu wyłamano w domu drzwi, zabrano go w piżamie i bez butów. Siedział tam również Janek Pięta, przewodniczący Terenowej Komisji Koordynacyjnej, Janek Sierzputowski (mój zastępca), Alfred Brzezinka i jeszcze jeden mężczyzna, którego nazwiska dziś już nie pamiętam. Przypuszczam, że kiedy wyjechaliśmy z terenu komendy milicji była godzina 4.30. Domyślaliśmy się, że wiozą nas w kierunku Wodzisławia. Potem straciliśmy orientację. Poczułem, że po plecach spływa mi struga zimnego potu. Nie wiedzieliśmy, co z nami zrobią. Jeździli z nami do godziny 9.00, aż w końcu znaleźliśmy się w Szerokiej. Wyprowadzono nas z suk i rozmieszczono w trzech pawilonach. Trafiłem na pawilon drugi razem z Jankiem Sierzputowskim i Jankiem Piętą. Leszeka Błędowskiego osadzono w pawilonie trzecim. Dość prędko został wyciągnięty z Szerokiej, miał wadę serca, potem zachorował i po interwencji prawników wywieziono go wcześniej do Katowic, skąd wkrótce został wypuszczony. Zaraz po wyjściu rozpoczął z Leszkiem Piotrowskim walkę w obronie internowanych. Nas pozamykano w celach, które nie były otwierane aż do momentu przyjazdu biskupa Bednorza. Na przeciwko mojej celi siedział Ludwiczak, przewodniczący Komitetu Strajkowego i przewodniczący „Solidarności” z KWK „Wujek”. Gdy 16 grudnia dotarły do nas przerażające informacje o wydarzeniach na tej kopalni, Ludwiczak tak się tym przejął, że natychmiast posiwiał. Czuł się moralnie odpowiedzialny za tych ludzi. Nasze życie w Szerokiej było pełne niespodzianek. Po dwóch nocach zakręcili nam centralne ogrzewanie, tłumacząc, że jest awaria. O dziwo, dotyczyła ona wszystkich trzech pawilonów. W dzień zamykaliśmy okna i siedzieliśmy owinięci w koce. W nocy, kiedy było cicho, otwieraliśmy je i śpiewaliśmy piosenki, do których teksty pisali internowani. Po wizycie biskupa Bednorza pozwolono otwierać cele, wtedy mogliśmy chodzić po korytarzach. 22 lutego zostałem wywieziony do Kokotka. Warunki były nieporównanie lepsze. Następnego dnia przyjechała telewizja, ale nie należeliśmy do tych, którzy chcieli „wystawiać gęby” do telewizora i dziękować, że zapewniono nam tak wspaniałe warunki. Wyszedłem na wolność 25 lutego, w dniu moich urodzin. Poprzedniego dnia odwiedziła mnie jeszcze żona z dziećmi. Pilnujący nas oficer przedłużył nam widzenie o dwie godziny i dyskretnie się wycofał. Mogłem swobodnie porozmawiać z żoną.
Opuszczaliśmy areszt o godzinie 16.00, o tej porze w lutym robi się już ciemno. Wyszliśmy na drogę i, chociaż nie dawaliśmy żadnego sygnału, zaraz zatrzymał się samochód przewożący meble. Kiedy kierowca dowiedział się, że wracamy z ośrodka, natychmiast zaoferował swoją pomoc. Jechał do Bytomia i mógłby odwieźć nas do Wodzisławia, obawiał się jednak, że nie zdąży dojechać na miejsce przed godziną milicyjną. W Bytomiu skorzystaliśmy z taksówki. Kurs kosztował 700 zł. Na szczęście dysponowaliśmy taką kwotą. Zawdzięczamy to proboszczowi Kopcowi, który wysłał na moje konto 3 tysiące zł. Był to człowiek o wielkim sercu, mój przyjaciel i doradca. Przed świętami dostałem paczkę z dwoma wagonami „Carmenów”. Od razu domyśliłem się, że to od niego, bo spośród moich znajomych jedynie on palił takie papierosy. Nie potrafię mówić o nim bez wzruszenia. Po wyjściu stale wzywano nas na milicję, najczęściej przed świętami państwowymi. Zgłaszaliśmy się na te przesłuchania, bo nie chcieliśmy dawać pretekstu do tego, aby nas zamknęli, przecież w areszcie niewiele moglibyśmy zdziałać.
Przesłuchania miały różny przebieg. Zwykle pytano nas, kiedy zmądrzejemy, zastanowimy się nad naszym postępowaniem i zaczniemy popierać władzę. Na większość pytań nie udzielałem odpowiedzi, chyba, że trafiło się takie, że odpowiadając można było im dokuczyć. W pamięci utkwiło mi jedno przesłuchanie, było to w roku 1985. Przesłuchiwał mnie major Żywina, który w tym czasie budował swój dom przy ulicy Wiklinowej. Do pracy przy budowie stale wysyłano pracowników PHS. W przedsiębiorstwie tym zatrudniani byli renciści z KWK „1 Maja”, a stanowisko dyrektora zajmował wówczas Grochowski, były sekretarz partii na tej kopalni. Zapytałem kiedyś jednego z tych pracowników, kiedy wreszcie przestaną budować chałupę temu ubolowi. Krótko po tej rozmowie zostałem wezwany na przesłuchanie. Na biurku w gabinecie Żywiny leżała z jednej strony wyłamana noga od stołu, a z drugiej kabura z pistoletem. Sam major stale wykrzykiwał: - Nie podoba ci się, że buduję sobie chałupę? Socjalizm ci się nie podoba? Żywina ci się nie podoba? Przesłuchanie trwało półtorej godziny. Właściwie trudno to nazwać przesłuchaniem. Dziś ten mężczyzna jest wicestarostą powiatu i stara się o to, by zostać prezydentem Wodzisławia. Ostatni raz byłem wezwany na przesłuchanie w maju 1988 roku. Złożono na mnie 114 donosów, chodziło za mną 7 kolegów pod pseudonimami. W aktach w IPN ich nazwiska zostały zamazane, ale ja wiem, co to za ludzie. Nie mogę jednak podać ich nazwisk do publicznej wiadomości. Czekam na czasy, kiedy będzie można to ujawnić. Byli to tajni współpracownicy, którzy za przekazywane informacje otrzymywali zapłatę. To jest chyba najbardziej bolesne, że donosili za pieniądze.
Kiedy w 1988 roku rozpoczął się strajk na kopalni „1 Maja” koledzy prosili, abym ich wsparł. Powiedzieli, że strajk nie wytrzyma do wieczora, bo nie ma ludzi. Pobiegłem do księdza Kopca, a od niego na kopalnię „1 Maja”. Zostałem tam radośnie przywitany. Wysłałem łączników „na górkę” i zostałem z nimi do godziny 16.00. Mieliśmy wyraźny rozkaz z „górki”, aby nie stawiać oporu. W Polsce przelano już dosyć robotniczej krwi, wiedzieliśmy, że bolszewizm wcześniej czy później padnie. W trakcie ataku zomowców na kopalnię spadł deszcz, który zneutralizował działanie gazów używanych podczas ataku. Ubecy wyciągali górników za bramę, ci jednak z powrotem wracali do kolegów. Wśród strajkujących był mój syn, Robert.
Dyrektor Czernicki, który stał ze swoim sztabem nadsztygarów i sztygarów, krzyczał:
- Bierzcie ich! Bierzcie tych chamów!
Sztygarzy jednak nie zareagowali na to. Górnicy niosąc krzyż opuścili teren kopalni i udali się do kościoła na Wilchwach.
Wydarzenia roku 1988 i 1989 pokazały rzeczywisty stan naszego państwa rządzonego przez bolszewików, bo ja tak ich nazywam. Należę do Stowarzyszenia Internowanych. Jak wszyscy jego członkowie poddałem się weryfikacji. Było to działanie jak najbardziej uzasadnione, gdyż okazało się, że są wśród nas podstawione osoby i byli to bliscy współpracownicy Regionu. Założyłem Koło Emerytów i Rencistów i do dziś jestem jego szefem. Zostałem ponownie wybrany na kadencję 2006 - 2008.
 

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006

 




Edward Szczygieł
powrót »