Relacje


powrót »
Godzina "S"

1.

Jest styczeń l988 r. Idę w brudnym, spopielałym śniegu. Prostokątne kałuże tworzą ciemne, rozmydlone plamy na rozdeptanym asfalcie, nie znam nikogo z nich, z ludzi którzy idą obok mnie. To jest mój pierwszy dzień na KWK "Moszczenicy". Obciążony sprzętem wychodzę na zjazd. Patrzę na ich twarze. Gromadzą się oddziałami, Skupiają się po bokach, przytuleni do murów jak kuropatwy. Podchodzę bliżej klatek. Gwałtowny prąd przeciągu pcha do przodu. Jest zimno. Rozumiem teraz dlaczego skupili się na bokach. Szukają ciepła.
- Boisz się? - pyta stojący obok górnik. Jest młody. Wzruszam ramionami.
- Przełknij ślinę jak zalegnie ci w uszach. Szole jadą dość szybko.
- Dobra - mówię - przełknę.
Wtulony miedzy zmarznięte ciała, stoję w przeciwnej klatce kratowanej windy. Zimno. Lodowaty wiatr wdziera się pod bluzę, tarmosi. Czuję powolne drganie. Ruszamy.
- Szczęść Boże - słyszę chóralny pogłos.
- Szczęść Boże - powtarzam.
Nie przełykam śliny. Dobrze jest. Jedziemy. Cisza, tylko w ciemności migają światła mijanych poziomów. Nagły wstrząs. To Itaka jest już. Poziom - 240 m. Wysiadamy. Tłoczą się wychodząc. Porywają mnie ze sobą, potykam się o wystające żelastwa. Patrzę ciekawie. Wchodzimy w obszerne pomieszczenie podszybia oświetlone elektrycznymi lampą. Załączam światło zawieszone na ochronnym hełmie. Idziemy przestronnym-oświetlonym chodnikiem.
- To jest przekop - tłumaczy mi mój opiekun.
Główny korytarz. Rozglądam się. Widzę to po raz pierwszy. Powoli zostaje za nami oświetlony korytarz przekopu. Idziemy. Robi się ciemno. Widać tylko światła naszych lamp. Wypytuję się o szczegóły. W mroku poszarpane fragmenty ścian wyglądają jak prahistoryczne stwory.
- Ty poważnie chcesz tu pracować? - słyszę.
- Oczywiście - mówię - po to tu właśnie jestem. Właśnie po to do cholery.
- Jesteś ze Śląska?
- Przyjechałem tu z Kujaw - wyjaśniam - to jest tam, gdzie można jeszcze oddychać.
Idziemy w dół. Przed nami ciężkie żelazne wrota. Z boku małe, wyspawane drzwi. Jestem w środku grupy. Wchodzę w otwarty prostokąt. Coś z niesamowita siłą pcha mnie do przodu. Zrzucony hełm odlatuje w ciemność. Biegnę pchany podmuchem. Wokół śmiech.
- To jest kopalnia - słyszę - w fabryce tego nie ma, co?
Zanoszą się mocnym, zdrowym śmiechem.
Tak, tam tego nie było. Tam -został mój dom. Moje dzieci. Przeszłość, przez którą przeszedłem. Dlaczego tu jestem? Dlaczego? Zielona równina falująca zielenią zbóż i bielą wiśniowych sadów. Spokój małego miasta. Dlaczego zostawiłem tamto wszystko? Nigdy nie pociągała mnie praca pod ziemią. Kochałem wolność. Szerokie pola z bezkresną zielenią, spinającą horyzont odległy, niebosiężny, nieuchwytny. Kiedyś chciałem odkryć na nowo cały świat. Chciałem być Kolumbem swojego życia. Ale było to tylko złudzenie. Miraż, który odszedł, ulotnił się wraz z latami pracy. Znikł, zostawiając mnie z garbem obowiązków, które nawarstwiając się musiałem dźwigać. To przeszło. Pozostał tylko niesmak, żal i bezsilność, która dławiła. Bo to hasła tworzyły moją rzeczywistość, tylko hasła malowane na wiórowych płytkach. Hasła wszechobecne, o narodzie, obowiązkach , socjalizmie, idei, dla idei, aplauz, brawa, przemowy, przedmowy. Sielanka propagandy. A wszystko to dla tłumu, dla nas, dla motłochu. Bo za tym krył się aparat stalinowskiej machiny przemocy, ogłupienia i terroru. Teatr marionetek. Prawdziwe oblicze socjalistycznej, polskiej codzienności.
Schodzimy w dół ciemnymi pochylniami, coraz niżej i niżej. Jest gorąco. Pot spływa mi po plecach. Jestem zmęczony. Siadamy na chwilę pod ociosem. Chce mi się spać. Oczy zamykają się same, zapadam się. Wysiłkiem woli oddycham głęboko. Próbuję wstać. Nie mogę. Czuję ciężką poduchę snu na powiekach. Mówię o tym.
- To normalne - wyjaśnia siedzący obok - brak tlenu.
Przyglądam mu się. Widzę bruzdy potu spływające po umorusanej twarzy. On też .jest zmęczony. Podnoszę się. Wstaję ociężały, oporny. Ciągniemy długie, grube jak ręka mężczyzny, elektryczne kable. Jest ciężko. Ślizgam się na nierównościach chodnika, człapie w marazmie chlupoczącym pod nogami jak bagnista maź. Pot zalewa oczy. Kabel wrzyna się w ramię, podrażnia obolałe nerwy skóry.
- Przełóż kabel na prawe ramię - krzyczy idący za mną.
Przekładam, choć nie rozumiem dlaczego. Koniec ociosu.
Kabel szoruje po wystającej, stalowej obudowie. Rzucam go. Staję obok.
Teraz wiem. Nie chcę myśleć co mogło się stać.
- No, uważać musisz, nowy. Patrzeć, to zasada. Jednemu rok temu, tak łeb uwaliło. Korpus leżał przy ociosie, głowę znaleźli na dole. Ciągniemy dalej. Kroczę za punktami świateł, podążającymi w mroku. To był powszedni dzień, ani lepszy, ani gorszy, zwyczajny dzień, zwykły jak codzienność zadymionego Śląska, gdzie życie dzieli się na prace i spanie. Spanie i pracę. Praca, ona absorbowała mnie całkowicie. Wypełniała bez reszty cały tygodniowy rytm. Zwalałem się zmęczony na rozhuśtaną leżankę. Zasypiałem umęczony świadomością wykonanej pracy, obowiązkiem dobrze spełnionego dnia. Dusiłem się w alergicznym kaszlu kopalnianego pyłu. Wyrywałem ścięgna na ciężkich, kopalnianych szaltrach. Grube, opancerzone kable ścierały do krwi moje ramiona. Ale ja trwałem, choć narastał we mnie bunt. Krzyk rozpaczy zdeptanej ludzkiej godności. Protest umęczonego ciała, które nie miało prawa odpoczywać. Byłem jednym z nich, którzy nie mają prawa do życia, a ich jedyna rola w tym społeczeństwie ogranicza się do pracy, do harówy we wszystkie dni tygodnia. Bez odpoczynku, bez wytchnienia. Jestem jednym z nich. Jednym z setki tysięcy trwających w milczącej wegetacji beztrwania. Ja dotrwałem. Jest 17.08.1988 r. Wyjeżdżam z drugiej zmiany. Myślę o strajku na KWK "Manifest Lipcowy". Oni pierwsi. To już drugi dzień. Wczoraj stanął KWK "Morcinek". Co przyniesie dzień dzisiejszy, co zmieni. Na Moszczenicy dużo narzekają, wiele słów, ale oni są drętwi, bez życia, jakby bez wiary. Przy wejściu do lampowni wzmożony ruch. Słychać brzęk rzucanych znaczków.
- Nie zjeżdżają - usłyszałem w przelocie.
Tłum idących porwał mnie dalej. Wprawnym, nabytym przez miesiące ruchem, osadzam lampę. Przepycham się do półek z pochłaniaczami. Odciążony odpinam pokrowiec. z trudnością uwalniam się z wąskiego przejścia. To wygląda jak zwierzyniec. Nie potrafię przyzwyczaić się do tego. To paranoja. Idąc, ściągam przepoconą koszulę. Spuszczam hak zawieszony pod sufitem. Drobny łańcuszek ślizga się w umorusanych dłoniach. Dyszę ciężko. Mimo to płuca domagają się papierosa. Rozbieram się i na golasa pędzę w pobliski korytarz. Tu wolno palić. Zaciągam się aromatycznym dymem z popularnego, krztuszę się, kaszlę. Mimo wstrętnego zapachu lubię je, może dlatego, że są najtańsze. Przypomina mi się historia zasłyszana gdzieś o pożarze na pokładzie samolotu. Niestety to tylko dym z popularnego, którego kopcił jeden z naszych ziomków, spowodował włączenie się systemu p/poż. To mnie rozśmiesza. Stojący obok górnik patrzy na mnie zdziwiony. Dochodzi 22. Muszę kończyć palenie. Za dwadzieścia minut odjeżdża autobus. Brak tchu. Myślę, że to przez tę cholerną kopalnię. Zbieram z haka mydło z gąbką i wciskam się w kłębowisko umorusanych, spoconych postaci. Duszno. Woda zmieszana z pianą i błotem szczypie w oczy. Spływa. Jest dobrze. Spłukuję namydlone ciało. Mydło ucieka z ręki i ginie pośród mrowia nóg. Jestem teraz w sytuacji chłopaka, który stoi w łaźni po prysznicem.
- Czego stoisz - pyta go łazienny.
- Mydło mi spadło- odpowiada.
- No to podnieś.
- Nie mogę.
- A dlaczego ?
- On - mówi chłopak, pokazując stojącego obok - tylko czeka, żebym się schylił.
Mydło, ile go już zużyłem. Jedno wystarczy na tydzień, może mniej. Przez osiem miesięcy nie dostałem ani kostki. Nie ujęli mnie. Dzwoniłem do Związków Zawodowych, powiedzieli, że dostanę za rok. Pyszne, pomyślałem, ci potrafią działać systematycznie. Wciskam mokre jeszcze ciało w ciuchy zabrane z haka. Wychodzę. Owionął mnie nocny chłód. Wchłonął. Gwiazdy błyszczą tajemniczo nad głową. Czytam z nich, że jutro będzie pogoda. Podchodzę powoli pod bramę. Pracuję tu, na głównych szybach dopiero od miesiąca. Nie znam prawie nikogo. Strażnik żąda przepustki.
- Jesteś tu chyba świeży - pyta.
- Ja? - udaję zdziwionego - ja? za tydzień idę na emeryturę - mówię.
- Dowcipniś - mówi on i wciska mi do rąk przeglądaną przepustkę. Jak zwykle mojego przewozu jeszcze nie ma. Palę papierosa. Z pobliskiego kiosku z piwem dochodzi gwar. Stoję sam zapatrzony w bezkres wszechświata. Patrzę w ciemną czeluść najeżoną odległymi światami. Nie potrafię odróżnić gwiazd od galaktyk. Wszystkie one są dla mnie punktami tylko. Punktami odległymi o miliony lat światła. To niewyobrażalnie daleko, chociaż wszechświat jest stworzony na miarę człowieka. Przypominają mi się słowa Einsteina. Zaciągam się łapczywie. Czuję ciężar na płucach. Niedobrze z nimi, lepiej byłoby nie palić. Płuca. Ile świństwa muszą pomieścić, przefiltrować. Jest przewóz. Sadowię się na przedzie obok kierowcy. Ruszamy. Światła reflektorów smugą znaczą drogę.
-Mówię ci, że nie zjechali. Byli w; markowni wszyscy. Cała trzecia zmiana - słyszę. Odwracam głowę. Kojarzę.
- Ja też to słyszałem -. mówi siedzący obok - To pewne?
- Stary, jak wychodziłem wybierali komitet strajkowy. Mówię ci. Autobus rozbrzmiewa. Manifest był "pierwszy, drugi Morcinek. Teraz my. Podniecenie wzrasta. Nareszcie , myślę. Nareszcie ruszy się ten cholerny kalejdoskop. Wyrzuci z ram. Myślę jak będzie jutro. Prawdopodobnie wstrzymają przewozy. Nie dopuszczać ludzi, to jest ich taktyka. Nie dostanę się. Przecież są PKS-y jest "R" - kontaktuję
Trafię tam na pewno. Będę.

2.

Patrzę w migające ciemne pnie drzew. W górze lśni srebrny owal księżyca, przesuwa się, prowadzi nas swym uważnym spojrzeniem. Ile to milionów lat już błądzi, śledząc swoją piękną oblubienicę Ziemię. Dojeżdżamy do Wodzisławia. Z góry widać oświetloną panoramę miasta. Przy Cyganku, knajpie usytuowanej przy szosie, zatrzymuje nas czerwone światło. Zwalniamy. Przylepiam nos do szyby. Obok na poboczu w mdłym świetle rtęciówki leży młody chłopak. Leży na bezruchu, bezwładnie, nieruchomo. Odchylona twarz nieskażona jeszcze śmiertelną bielą. Oczy patrzą w przestrzeń bezmyślnie, martwo.
- To pewno pijany - mówi siedzący obok - biegł na autobus.
Co warte jest życie - myślę. Cóż znaczy. Śmierć zawsze wywołuje na nas smutek. Odejście do wieczności, budzi niepokój, strach - tych którzy pozostali.
- Temu już nic nie brakuje - kontynuuje sąsiad - nie cierpiał. Śmierć. Pamiętam rozkrajane ciało ojca leżące na kamiennym stole w prosektorium. Zimne, obce, martwe. Cóż jest za granicą życia. Wieczność, a może? - odpędzam natrętne myśli. Wysiadam na Piastowskiej. W mieszkaniu u Teresy jasno. Wspinam się po schodach. Pukam. Pachnie farbą. To boazeria - zielona, naciapana w białe plamy. Ładne to nawet konstantuję. Drzwi otwierają się.
- Słyszeliśmy cię - mówi Kaka, przytula się. ładnie pachnie - myślę. Teresa proponuje kanastra.
- Dobra - mówię - możemy w to grać. Dochodzi Cesia. Ciekawa gra.
- Moszczenica stoi - mówię - nocna zmiana. Do hotelu w Jastrzębiu Przywieźli 250-ciu zomowców - wtrąca Cesia - tam pracuje moja matka. Zmieniają pościel, dostawiają łóżka. Szum, hałas, obłęd.
- Obsadzą nimi kopalnie - mówię.
- Na wszystkie i tak ich za mało.
Wychodzimy od Teresy. Siąpi drobny deszcz. Jest ciepło - mówię do Kaki.
- Mi zimno - odpowiada. Przytula się, idziemy w mroku w dół, w stronę rynku. Do domu docieram skonany. Kochamy się jednak jeszcze długo, długo. Nie wiem kiedy zasypiam. Wstaję rano. Słońce stoi jeszcze nisko. Widzę ciemne i błękitne niebo.
- Słaby jestem - mówię do Kaki - za mało snu.
Ona śni jeszcze cicha, ufna. Nie jestem głodny. Myję się tylko. To podniecenie, wszystko leci, przelewa się jak woda przez palce. Myślę o Moszczenicy, o tych którzy tam są, czy zdołali się zorganizować, wytrwać. Strajk jest potrzebny, konieczny, nieodzowny. Jestem przekonany, że tylko spontaniczny protest może ruszyć czerwonego potwora, ufnego w swoją siłę, moc i nieomylność. Patrzę na palce, w których trzymam papierosa. Drżą. August też już na nogach. To właściciel domu, w którym mieszkam. Dom Jest stary, duży i ponury, przypomina wyglądem hotel z obszernymi, mrocznymi korytarzami i wiecznie ciemną klatką schodową. Nie lubię go. Siedzę przy stole, myśli napływają falami, budzą nadzieje, a może tęsknotę za czymś nieokreślonym, a jednak Z zadumy wyrywa mnie hałas otwieranych drzwi. To August. No, ten to chyba nigdy nie nauczy się pukać.
- No jak? - zagaduje mnie.
- Nieźle - mówię - nieźle jest. Stoimy od. wczoraj, nocna zmiana. Dobrze jest, panie August - mówię - dobrze. Jechać trzeba chłopaków wspomóc. Być trzeba, przybliża się.
- Jedź Tosiek, jedź jak musisz - patrzy na mnie. Zdaje się, że dostrzegam łzy w jego oczach - ja 82 lata mam i dziad stary jestem, ale ty jedź. Patrz - podnosi do góry laskę i wali nią o podłogę - ja też będę walczył, ja też - powtarza.
Jem szybki obiad na galop, na hura. Kaka siedzi obok, patrzy, przegląda mnie na wylot, niespokojnie, nerwowo.
- Długo to potrwa? - przerywa, milczenie.
- Trudno wyczuć - mówię - dzień, dwa, miesiąc może. Nie wiem. Jej oczy robią się okrągłe, zamazane, szkliste jakiś.
- Chodź- mówię - Kaka. Chodź. Posiedzimy chwilę.
Ma wilgotne i gorące usta. Obejmuję ją, obnażam, pieszczę. Czuję, że staję się prawdziwym mężczyzną.
Nareszcie idę schodami w dół. W półmroku korytarza mijam się z Celiną, to synowa Augusta.
- Wiem - mówi - Tosiek trzymajcie się, nie dajcie się łatwo kupić, twardzi bądźcie.
Ściskam wyciągniętą dłoń. Schodzę szybko. Patrzę na rękę, znowu ten pośpiech, zegarek został na stole. Stoję niezdecydowany. Idę jednak, nie wrócę się, to zły omen. Słońce bucha na mnie orgią luksów. Ludzi dużo, dążą w sobie tylko znane miejsca, w przeróżne strony, wymijają się zręcznie, szybko jak mrówki. Wchodzę do dyspozytora.
- Witajcie - mówię - jak tam z przewozami na Moszczenicy.
- Wstrzymane od rana już. "Przewozu nie ma - kobieta siedząca za biurkiem rozkłada bezradnie ręce.
Wychodzę na zewnątrz. Naprzeciw stoi PKS do Jastrzębia. Widzę jeszcze dwóch z mojej zmiany. Jedziemy - mówię do nich - jedziemy do naszych, jedziemy do cholery.
- Szefie - mówię do kierowcy my są z Moszczenicy. Podwieziesz nas?
- Siadnijcie se chłopy, siadnijcie. Ruszamy.
Droga dłuży się. Dojeżdżamy wreszcie do Mszany. Zachodnie Szyby widoczne od szosy, wyludnione.
-Na Manifeście - mówi siedząca obok kobiet - oddziały milicji. Otoczyli dookoła. Strach iść.
- Strach albo i nie – podejmuję - działać trzeba, a jak się wie o co to i nie strach.
_ Ach wy młodzi, wszyscy jednacy - wzdycha - Nędza z biedą sprzysięgły się ze sobą. Co wy synki na milicję i karabiny poradzicie.
- Gdzie chcecie wysiadać - pyta kierowca.
- Przy "słownych" byłoby najlepiej.
- Dobra - mówi - nie ma sprawy.
Z dalekiej perspektywy widać niebieskie, milicyjne dyskoteki.
- Stoją już - mówi kierowca - są. Patrz pan.
- Wysiadamy.
- Trzymajcie się, chłopy - mówi - jesteśmy z wami wszyscy. Z głębi autobusu dochodzą podobne okrzyki. Idę. Przed schodami prowadzącymi w dół do bramy głównej tłum. Dochodzimy.
- Strach wejść - mówi jeden z idących ze mną - jak się wejdzie to kropa, nie puszczą z powrotem. Zatłuką.
- Ja - włącza się drugi - mam w sobotę ślub. Lońka skórę by zdarła.
_- Twój - pytam - jasne żenię się — odpowiada .
Podchodzimy pod znieruchomiały tłum. Przepycham się do przodu. Na dole pod schodami kilku milicjantów. Stoją odwróceni twarzami do tłumu.
- Nie puszczają - szepcze mi w ucho mężczyzna stojący obok – nie wejdziesz.
Schodzę powoli na uginających się nogach, serce jakoś dziwnie szybko
przyśpiesza rytm.
- Dokąd - milicjant w mundurze sierżanta staje naprzeciw.
- Do pracy idę.
- Do pracy? Dyrektor wstrzymał działalność kopalni. Nie wie pan?
- Nie - udaję zdziwionego - W radio nie mówili.
- Mądrala - śmieje się on.
- Panie - mówię - ja muszę wejść. To kopalnia gazowa, jest zagrożona metanem, jestem ze służby utrzymania ruchu.
Ktoś pcha mnie z tyłu. Oglądam się. Dookoła tłum. Dobrze jest - myślę.
- Ostrzegam - mówi milicjant - że strajk jest nielegalny. Przebywanie na terenie kopalnie jest przestępstwem.
Patrzę na twarze milicjantów, młodzi tacy - myślę - cóż oni mogą wiedzieć o życiu, o obowiązkach , o pracy. Tłum pcha mnie do przodu. Przechodzę, za mną walą inni. Jestem w bramie. Chłopy z biało-czerwonymi opaskami. Patrzą na przepustkę. Poklepują zadowoleni,
- Dużo was- pytam.
- Sam zobacz, jest trochę. '
Wchodzi jeszcze kilku. Reszta zatrzymuje się. Stoją obok, przy wejściu. Sztandar rozwieszony na płocie maskuje twarze. Na placu przed cechownią rozgardiasz. Stoją, rozmawiają luźnymi grupkami. Wchodzę na cechownię. Siwy, papierosowy kłąb wisi w powietrzu. Rozgorączkowane twarze, zacięte. Krążę. Nie mogę odnaleźć chłopaków z M-1. Są na wydziale - myślę - w warsztacie może. Idę dookoła asfaltową drogą ciągnącą się wzdłuż betonowego ogrodzenia. W warsztatach pusto, pusto i cicho, nawet ducha żywego. Idę z powrotem, dookoła. Piękna, słoneczna pogoda. Gorąco. Rozpinam koszulę. Wzdłuż płotu leżące postacie górników. Wystawiają się do słońca, cóż na dole najbardziej odczuwa się właśnie brak słońca. Wiem coś o tym. Leżąc dyskutują. Musi być przecież ktoś z naszych - myślę. Przystaję przy rozmawiających.
- I właśnie wtedy ten synek wyskoczył z tym - słyszę - wylozł na wierch. Nie zjeżdżamy chłopy - woła – kim my są, ludzie czy wszy.
- Ty się nie myndrkuj - zawołał na niego. Daj pozór - tyś jest za synek. Ale chłopy podchwycili już. Zawrzało.
- Cicho dziadu.
- Wyciepać go.
Krzyk się zrobił. Ten jeden potrzebny był tylko impuls, słowo jedno. Później na strajku poznałem go. To Andrzej Hałabura, był tym, który zaczął, młody, dzielny chłopak. Jeden z tych, którzy tworzyli atmosferę naszego protestu. Był łącznikiem.
Z daleka widzę Andrzeja Komorowskiego, pracowałem z nim na Zachodnich Szybach.
- Nareszcie - mówię, ściskam dłoń - sam jesteś?
- Nie, Jurek jest jeszcze. Wiesz, z całego wydziału tylko my dwaj.
- Dobrze - mówię - liczy się każdy. Co u ciebie?
- Ożeniłem się - opowiada Antek - po weselu już.
- Co oni z tym żenieniem pogłupieli czy jak?
- Toś jest już chłop - mówię - powodzenia stary na nowej drodze. Przepycham się dalej. Dym gryzie w oczy. Zaciągam się również. Z placu dochodzą Podniesione głosy, wychodzę przed markownię.
- Jest ktoś z komitetu? - pytam.
- Są gdzieś, chodzą tu - mówi mi młody na brąz opalony chłopak. Wszystko to wydaje mi się surowe, nie zorganizowane. To jest złe - myślę. Przy jednej z grup dostrzegam Jurka Markowskiego. Podchodzę.
- Cholernie jest nas mało - mówię
- To jest fakt - podchwytuje on - stary - krzyczy mi nagle do ucha - a co chcesz zrobić z takimi cholerami? To cykoria. Widzę , że jest wzburzony.
- Jesteśmy tu we dwóch z 60-ciu chłopa.
- Człowieku, wiesz jacy oni są, to materialiści. Bracie, to same kołki.
- Brak porządku - mówię - organizacji. Byłoby dobrze przejąć zakładową szczekaczkę.
- Może odchamiałaby - śmieje się Jurek.
- Fakt - przyznaję - ona jest gorsza nawet od "Trybuny Ludu".
- To prawda, Ile już razy witała mnie napuszonym programem, aż ociekającym czerwienią, praca i obowiązek, zakazy i nakazy, kary i wykroczenia, zwariować można, rzygać by można, zkitać by się można.
- Można wpaść w kompleksy - mówię głośno.
- Wiesz - Jurek drapie się po głowie - ale przeboje to dawali nam niezłe.
- Chodź - pociąga mnie za rękę - patrz, stoją na schodach. Zwarta grupa. Wewnątrz blondyn z inteligentną twarzą.
- On tu rządzi - mówi Jurek.
Słucham. Łysy zażądał od nas 280 ludzi na obsadzenie Zachodniego Szybu. Wypisał tu wszystkie stanowiska. Co robić. Trzeba to załatwić. Zatyka mnie.
- Człowieku - mówię - o czym ty pieprzysz. To jest głupie, wiesz. Łysy wstrzymał przewóz. Niech odblokuje autobusy. Będzie miał całą załogę.
- Powiedz Łysemu niech daje radiowęzeł to zorganizujemy mu ludzi. Obsadzimy Zachód.
- Jasne - krzyczą dookoła - przewozy niech wznowi i da rozgłośnię. Krzyczą.
- Powiedz mu tak, Marian.
- Daj mu popalić" - blondyn macha zwiniętym maszynopisem.
- Cicho - mówi schrypniętym głosem - cicho. Słuchaj - mówi - Pójdziesz ze mną.
- Fajnie, czemu nie.
Wybiera jeszcze jednego. Idziemy w stronę biurowca. Drzwi od strony placu zamknięte na łańcuch z potężną kłodą pośrodku. Obchodzimy budynek dookoła, przechodząc przez główną bramę. Gonią nas podniecone okrzyki. Od ulicy drzwi otwarte. Wchodzimy. Zatrzymuje nas strażnik.
- Do dyrektora - mówi Marian - na obłożenie.
- Nie mogę - strażnik tarasuje drzwi.
- Słuchaj, zadzwoń do dyrektora, on nas oczekuje - mówię. Jak on wygląda?- myślę - ten Łysy. Pracuję tu osiem miesięcy, ale jego nie widziałem. On jest z awansu - słyszałem - niejednokrotnie. Wybrała go "Solidarność".
- Panowie, proszę - na schodach stoi facet, nawet miły, myślę o nim -Chodźcie, dyrektor oczekuje was.
-Schodzimy po schodach. Przyjemniak prowadzi. Przechodzimy przez sekretariat. Ładnie tu. Siedzą rozwaleni w fotelach, rozrzuceni po całym pokoju. Czuję się jakoś nieswojo. Przyglądam się im twarzom. Oni również wyglądają jakoś nieszczególnie. Patrzę. Który jest dyrektorem, naprawdę nie wiem. Obok, najbliżej siedząca łysina przygląda mi się badawczo. Jasne - kontaktuję. Łysy to on.
- Słucham panów -zwraca się do mnie. Milczę.
- Panie dyrektorze - to Marian - my nie jesteśmy wstanie zrealizować pańskiego obłożenia. Nie możemy zapewnić 280-ciu ludzi. To absurd.
- Wiec po co przyszliście? - przerywa.
- Po co? Oni mi są potrzebni.
- Więc?
- Pan zaprzecza samemu sobie - włączam się.
- Ja? - na twarzy Łysego pojawia się zdziwienie. Czuję nawet do niego sympatię.
- Zawiesił pan działalność kopalni, wstrzymał pan przewozy i żąda pan od nas ludzi.
- My są tu żeby strajkować - dodaje Marian.
- Pozwól pan korzystać nam z radiowęzła - ciągnę - to może da się z tym coś zrobić. No z tymi ludźmi - dodaję widząc jego zdziwienie.
- Nie dam - zareagował gwałtownie - radiowęzła wam nie dam. Mowy nie ma.
- Dlaczego? Czyżby był pana własnością - przerywam.
- A może on jest pański? - Pyta.
- Również mój. Jest zakładowy, a więc wspólny. Nasz, mój, pana, wszystkich nas, socjalistyczny jest.
- Nie dam. Nie ma o czym mówić. Ludzie, zdajecie sobie sprawę co wyczyniacie. Wiecie ile kosztuje przestój kopalni. Cóż - nabiera powietrza – 130-ci milionów złotych - wywala z siebie.
- Pan spłyca temat - mówię - my sięgamy głębiej, docieramy do sedna Strajkując tu pomagamy wam również. ? My nadstawiamy dupy. Wy jak zwykle zbieracie owoce.
- Wygadany - stwierdza przyjemniak - dlatego go wybrali.
- Panie - mówię - lecz się pan na oczy, skoro nie zauważasz absurdu naszej gospodarki. Dno. Przecież my nawet nie stoimy. Cofamy się.
- Jesteś pan inteligentny facet - łapie mnie za rękaw, przyciąga. Czuję jak pluje mi do ucha - słuchaj, ja wiem o tym, ale pracować trzeba. Marian wychodzi, ciągnąc naszego trzeciego. Jeszcze w drzwiach dyskutuje zaciekle z dyrektorem.
- My są tu od strajku - mówi już w sekretariacie. Wychodzę za nimi.
- Robicie panowie cholerne pioruństwo. To ja odpowiadam za kopalnię.
- Tak to pan jest tu kierownikiem – Marian jest podniecony – nie dać się chłopy, musimy wytrzymać.
Idziemy schodami w dół, rozpaleni jeszcze, rozgorączkowani.
- Powiedz im to - mówię - powiedz chłopakom. Zbierzemy wszystkich na cechowni. Będzie dobrze.
Po chwili wszyscy znają wyniki rozmów. Zdaje się, że są zadowoleni, choć tak naprawdę to nie osiągnęliśmy nic. No cóż - myślę - "pierwsze koty za płoty".
 

3.

Z Manifestu dochodzą skąpe wiadomości. Wiemy, że dojście jest zablokowane. Trzeba posłać tam delegację - mówi ktoś. Zaakcentować, że jesteśmy z nimi. Poprzeć. Ludzie powoli gromadzą się w obszernym pomieszczeniu cechowni. Marian staje na podwyższeniu. My półkolem dookoła figury św. Barbary, czarnej jak górniczy trud ze świetlistą aureolą żarówek.
- Koledzy - głos Mariana dociera wszędzie. Jest cicho. – Dyrektor nie zgadza się na udostępnienie radiowęzła, nie wznawia przewozu. My nie obsadzamy dołu. To już nas nie interesuje. Musimy trwać i przetrwać. To nasze zadanie na dziś i na dni najbliższe.
Obok Mariana stoi młody, szczupły chłopak. Ma cichy, chropowaty głos.
- Kto to? - pytam stojącego obok.
- On jest z Manifestu, jest z nami od samego początku. On to rozkręcił.
Właśnie przemawia.
Cicho, za cicho. Nie ma przebicia.
- Koledzy - dochodzi mnie jego zmęczony głos. Żal mi go, nie spał podobno od dwóch dni - potrzebujemy trzech delegatów na Manifest. Trzech pewnych ludzi. Oni będą nas reprezentować.
Na sali szum. Jego głos słyszą tylko najbliżej stojący. Hałas wzrasta. Powtarzam to samo, przekrzykując powstały gwar.
- Rzucajcie nazwiska kandydatów - dodaję nie widząc chętnych. Wreszcie są. Idą na bok z tym z Manifestu. On objaśnia im jak mają ominąć kordon milicji i bezpiecznie przejść. Marian omawia sprawy organizacji strajku.
- Przyjaciele, nie damy się. Bracia. Atmosfera nabiera rumieńców. Każdy z nas chciałby wiedzieć jak najwięcej. Wątpliwości jest dużo, ale mamy w sobie siłę przetrwania, przekonanie i słuszność, elektryczny wzmacniacz, którym posługują się mówcy robi tyle harmidru i zamieszania co sto diabłów, piszczy, charczy, skrzeczy.
- Musimy mieć radio - krzyczy ktoś.
Rozchodzimy się, sprawdzamy po przyległych biurach. Nigdzie. Jest w lampowni. Dziewczyny nam dadzą. Idziemy. Nie robią trudności. One są wspaniałe. Nerwowe nasłuchiwanie. Wreszcie jest. Stoi Manifest, Morcinek i Port Szczeciński. O nas nic.
- Świnie pierońskie, o nas nie mówią. Boją się psy. Cholerna propaganda.
- Powiedzą - mówi ktoś obok - wyszczekają. Będą codziennie piać, zobaczycie.
Rozchodzą się. Siedzę pochylony nad radiem.
- Strajkujący górnicy żądają dołożenia do swych średnich zarobków stu tysięcy złotych - słyszę. Głos spikera wyraża zdziwienie pomieszane z ironią-
- Sto tysięcy, no tak, sto tysięcy.
Trafia mnie szlag. W nich tkwi jeszcze tyle obłudy, fałszu i zakłamania, że nawet nie trzeba powracać do Stalinizmu lat pięćdziesiątych. Są dobrymi uczniami swojego czerwonego mordercy. W rządzie widać jego szkołę. Ich, tych z góry nie cechuje miłość do bliźniego. Oni tolerują nas zaledwie. Przewrotni są, zjadliwi są. Wściekłość niezaspokojonego szaleńca drzemie w ich umysłach. Pazerność finansowa, materialna i konsumpcyjna. To choroba zachłanności. Oni nie potrafią zauważyć człowieka pojedynczego, samotnego, osaczonego, zaganianego pracą, kolejkami wielogodzinnymi, zmęczonego życiem. Ich domena to masy. Szara masa zbita w jednostajnie i wydajnie pracujące tryby. Oni nie widzą człowieka. Mnie, ciebie, nas - nie dostrzegają. Niczym jesteśmy, dnem, zerem, nicością. Więc jakże oni mają - oni, ci wielcy i pomniejsi, oni z góry i ci z niższych rządów, jakże oni mają widzieć ludzi, jak zobaczyć mają ciebie, mnie, nas, skoro nas nie ma. Masa tylko, motłoch i nicość. Nie ma indywidualności. Pojedynczy człowiek? - absurd. Czegoś takiego nie ma, bo być nie może. Nie. Nie. To wbrew idei. Nie ma Boga, wiary nie ma, miłości nie ma. Wyjątki są - stoją w szeregu nieruchomych i zmurszałych mumii, w mauzoleum upadłych wartości. To są bóstwa współczesnego komunizmu. Marks, Engels, Lenin. Oni, twórcy świetlanego ustroju. I obecni, ci wcielający w życie idee przebrzmiałych idolów. Ci przy korycie z twarzami nie-ludzi. Oni, złodzieje swojego narodu, oni oprawcy, ci z portretów pokrytych kurzem i ci z trybun. Obecni. Mało nas, mało nas do pieczenia chleba, jeszcze nam, tylko nam…
- Śpiewam w sobie. Wydaje mi się, że jest weselej.
- Koledzy - słyszę - potrzebujemy chętnych na obstawę warty wzdłuż płotów-i na bramę. To należy do nas.
Podchodzę, wpisuje mnie na listę. Idziemy całą dwunastką na PRG. Wesoło jest. Widzę, że niektórzy, idący przed nami, palą papierosy.
- Panowie - mówię - gasić faje, to niepoważne. Koniec kurzenia. Ciepło jest. Stoimy rozstawieni przy bramie i wzdłuż płotu z PRG. Oddycham pełną piersią, ciepłym, drgającym powietrzem. Po godzinie mamy zmianę. Wracamy powoli. Są wiadomości z Manifestu. Działa łączność. Nasi ludzie przeniknęli tam. Dwóch zostało na stałe jako przedstawiciele Moszczenicy. Zebrani w cechowni słuchamy chciwie wiadomości.
Z naszym człowiekiem przybyło dwóch obcych. Jeden z nich to przedstawiciel Manifestu. Drugi to sympatyzujący z-nami chłopak z Olkusza, Adam Giera. On idzie na całość. Potężne chłopisko. Taki dobry na bramę - myślę. Stoimy stłoczeni wzdłuż podium. Giera mówi prosto, bezpośrednio, logicznie. Podoba mi się. Konkretny jest.
- Zdecydowałem się - mówi - opuścić żonę i córki, porzuciłem pracę, bo potrzebny jestem tu- Wam. Ja muszę być tam, gdzie dzieje się historia. Wy ją tworzycie. Ja muszę uczestniczyć w tym, mnie stanie na uboczu nie zadowala. To nie dla mnie. Ja tu swoją obecnością robię również przyszły dobrobyt nas wszystkich, również swoich dzieci. Jestem i pozostanę z wami do końca.
Śpiewamy hymn i pieśni solidarnościowe. Głos odbija się od ścian, dudni w uszach. Coś ściska w krtani, dławi. Wychodzimy na plac. Śpiewamy. W oknach dyrekcji głowy. Obserwują nas. Niech wiedzą, niech słyszą. Śpiewamy. Kolejne wiadomości radiowe nie wnoszą nic nowego. Strajkują według redaktora PR - Manifest i Morcinek. Straszą.
Stoję na warcie przy PRG. Jest ciepło. Gorące powietrze stoi, snuje się leniwie. Drzewa nieruchome, obojętne. Rozmawiamy z przechodzącymi ludźmi. Niektórzy odwracają głowy. Nie chcą nas widzieć. Ruchu prawie nie ma. Zmrok zapada szybko. Mówimy, rozmawiamy o tym co będzie. Od strony cechowni dobiega śpiew. Mocny, spontaniczny - słuchamy. Ktoś podchodzi do bramy. Ciemność maskuje twarz.
- Koledzy – szepcze, przepycha przez szparę pakunek owinięty panierem.
- Co jest - pytam.
- To dla was - mówi - zanieś do komitetu.
Sprawdzamy zawartość. Jest to sztandar i opaski biało-czerwone. To się przyda. Mamy tego mało. Wracając z obstawy rozdajemy opaski kolegom rozstawionym wzdłuż płotu.
- Białe do góry - mówię.
Śmieją się. Na cechowni zebrani strajkujący. Mało nas - myślę.
- Gdzie reszta - pytam Jurka,
- Rozeszli się - powiada - mówią, że kilkunastu zwiało do miasta. do bab - śmieje się.
Jedzenie jest. Jem kanapki, które dała mi Kaka. Piję kawę. Zmęczenie daje znać o sobie. Skonany jestem. Będę pisał - postanawiam, to nie może pójść w zapomnienie.
Ile godzin już spędziłem pochylony nad zeszytem, nie wiem. Pisałem, pisałem, pisałem. Harowałem nad tekstem do „choroby zapomnienia''. Ale nie potrafiłem jeszcze do końca uchwycić kształtu, fabuły. Ciągle coś poprawiam, zmieniam. Myślę, że pisarz ma dużo z kobiety, czyż nie czuje podobnie jak ona poczęcia czegoś nowego, tworzenia się życia, brzemienia nowonarodzonego. Ja właśnie to tak odbieram. Długopis układa się między palcami. Szum wyrazów ożywa pod długopisem, znaczy niebieskim szlakiem biały papier. Piszę. Robi się późno. Dookoła szum, gwar, nieustające rozmowy, dyskusje. Niektórzy rozkładają się już na drewnianej podłodze podium. Myślę o swoich dzieciach, trzech wspaniałych chłopakach. Oni zostali na Kujawach. Tak bardzo ich brakuje. Czy to normalne, że opuściłem ich właśnie w okresie kiedy kształtuje się osobowość małego człowieka. Czy nie można było inaczej. Mam wyrzuty sumienia. Smutno mi jest. Widzę przed oczyma dom, matkę pośród kwiatów w ogródku. Twarze dzieci przesuwają mi się przed oczyma jak we mgle, niewyraźne, oddalone jakieś. Zasypiam. Nie czuję twardych kantów krzeseł.
Budzę się, właściwie to hałas. Ktoś rozmawia głośno, natarczywie. Otwieram oczy. Światło rtęciowe razi swoją intensywną bielą. Za przeszklona ścianą cechowni ciemno.
- Zmiana obstawy - słyszę - trzeba zmienić chłopaków.
- Która godzina - pytam
- Druga czterdzieści, Zmiana o trzeciej.
To znaczy, że już dziś 19-sty i moja druga wachta. Niewyspane, ścierpnięte ciało buntuje się przed nocnym chłodem. Przemywam twarz. Ściągam z haka kufajkę i wciskam się w nią. Wychodzimy grupkami, każdy na swój posterunek. Nas dwunastu na PRG. Mam ten teren już opanowany. Gwiazdy są teraz wyraźne. Smuga mlecznej drogi rozwala się szerokim łukiem. Patrzę i zastanawiam się nad ogromem wszechświata. Idę, potykam się o wystający pręt. Poprzednia zmiana odchodzi. My zostajemy. Rozstawiamy się. Zostaję przy bramie. Obok portierni żółta sodowa lampa. Patrzę na gołe stopy wystające z sandałów. Ich właściciel przytupuje rytmicznie.
- Fajnie byłoby mieć teraz dziewczynę - mówi. Do bramy zbliża się kilka postaci.
- Dokąd - pytam.
- My są z Wólca - mówi jeden z nich - idziemy spąć na hotel, staliśmy do trzeciej na warcie.
- Dawajcie przepustki - mówi bosonogi. Widzę jak składają je na wyciągniętą dłoń.
- O której będziecie.
- O szóstej dociągniemy.
- Cześć. Wychodzą zrobionym przejściem. Giną w ciemności.
- Nie powinniśmy ich wypuszczać - mówi ktoś - miejsca na spanie jest dość. To nie piknik.
Wiem, że ma racje, to daje rozluźnienie. Słychać zbliżające się kroki. Podchodzą pod bramę. Trzech. Swoi. To łącznicy z Manifestu. Mają kolportaż. Z portierni wychodzi starsza kobieta.
- Panowie, ja jestem od wpuszczania - protestuje.
Tłumaczę jej naszą rolę. Nie reaguje. Odchodzi w ciemną czeluść drzwi. W stronę bramy głównej przejeżdża milicyjna suka. Oni też mają zmianę. Bosonogi tańczy kankana.
- To rozgrzewa - mówi - robi się cieplej. Jednego boli głowa, połyka już trzeciego koguta.
- Nie pomaga, chyba rozwali mi łeb.
Niebo roziskrzone, widzę miliardy gwiazd. Wyglądają jak perły. Wenus pyszni się swoim jasnym, wspaniałym blaskiem. Po drugiej stronie nieboskłonu czerwony, migoczący obiekt. To chyba Mars - kombinuję.
- Jak głowa? - pytam naszego chorego.
- Lepiej nie mówić.
- Idź na cechownię, prześpij się.
- Nie - protestuje - będę do końca, zostanę.
Mija druga godzina warty. Zimno. Gwiazdy robią się bielsze, matowieją. Jest temat. Rozgrzewa. Wynaturzenia, nietolerancja. Socjalizm. To jest temat-rzeka. Każdy mówi coś, dodaje. Robi się cieplej.
- Chłopy - mówi rozczochrany blondyn - to biurokracja nas zjada. Ci na których pracujemy. Tak jest wszędzie. Tyramy na naszą biurokrację, rozdmuchany aparat państwowy i partyjny. My, robole socjalizmu. Bosonogi rozciera zmarznięte palce. Widnieje. Na niebie białe, •świetliste smugi wstającego dnia.
- Socjalizm nie ma racji bytu. To utopia - mówi szpakowaty.
- Dlaczego? - pytam.
- Bo dobry on jest w założeniach, tylko na papierze, w tezach, w życiu traci całą wartość, nierealny jest , nieżyciowy.
- Masz rację - przytakujemy - jest tak.
Mija trzecia godzina warty, potem czwarta. Widno jest. Na ulicy ruch. Autobusy MPK kursują co kilka minut puste, niektóre zatłoczone, kombinujemy dokąd jadą. Przechodzący pozdrawiają nas. Do bramy podchodzi postawny mężczyzna.
- Panowie mówcie co u was. Jadę na Pierwszą zmianę na Maja. Mówcie.
- No co bracie, strajkujemy - mówię-okupacyjny. To poparcie dla Manifestu
- Trzymiem się fest. Dobrze jest.
- A wy na Maju czemu jeszcze nie stoicie. Brać się trzeba twardo. Jest to walka o nasze przetrwanie, o byt. Patrzy na zegarek.
- Pozdrów swoich - mówię - od nas, od Moszczenicy. My trwamy i liczymy na was, na poparcie. Przekaż to. Przemów do ludzi, pociąg ich. To jest już ostatni dzwonek.
- Zrobię tak - mówi.
Ściska nasze dłonie. Wyczuwam ostrą nutę w jego głosie. Odchodzi, niknie za parkanem.
Coś dzieje się na cechowni, dochodzą do nas śpiewy, głośne chóralne okrzyki - Solidarność, solidarność.
Chłodno. Bramę mija mężczyzna. Znajoma twarz. On jest chyba nasz.
- Kolego - wołam - dokąd. Podchodzi, rozgląda się niepewnie.
- Idę na główną - mówi - zobaczyć co jest.
- A co ma być - śmieję się - dobrze jest. Właź do nas, od środka wygląda ciekawiej.
- Nie mogę - protestuje.
- Właź tu mi zaraz - mówię groźnie - no, w tej chwili.
- Chłopie - woła płaczliwie - oni zniszczą mnie. Ja mam 39-ści lat dołu, zwolnią, zniszczą - powtarza - żona sama.
- Ty - mówię ze złością - ja też mam żonę i dzieci, każdy ma. Właź mi zaraz.
- Ty znasz mnie - mówi do stojącego obok - Witek, powiedz mu - -płacze.
- Spieprzaj, idź - mówię - idź.
Jest zmiana. Idziemy zmęczeni. Pełen jestem sprzecznych uczuć. Na cechowni rozdają kolportaż. Przyniósł go nasz łącznik. Siadam na drewnianym podwyższeniu podium. Niektórzy śpią -jeszcze porozkładani na ubraniach, kufajach. Kilku na gołych płytach. Patrzę po ludziach. Schodzą się coraz liczniejsi, wymyci, ogoleni. To z łaźni. Myślę, że trzeba by coś zorganizować z tym spaniem. Wychodzę przed cechownię. Za płotem obok schodów niebieskie mundury. Jest ich kilku, chodzą spokojnie. Ciepło. Wdycham pełną piersią. Pod bramą spory tłum, dyskutują gwałtownie. Wśród nich widzę Łysego. Chodzi o wpuszczenie go na teren kopalni prywatnym samochodem.
- Może sobie pieszo łazić jak my - ludzie są zdecydowani nie wpuszczać.
- Panowie - Łysy jest zdenerwowany - panowie. Nie dopuszczają go do głosu.
- Wstrzymał zupy – krzyczą wśród ogólnej wrzawy zasłyszaną rano wiadomość - głodem morzy. Nie pozwolić mu, pieszo niech łazi. Dotleni się.
- Milicję sprowadził - krzyczy nasz gospodarczy "menażer" - sam słyszałem jak wzywał ich telefonicznie, byłem na podsłuchu. Łysy czerwienieje, rozgląda się nerwowo.
- To jest nieprawda - tłumaczy - to kłamstwo.
- Słyszałem- "menażer" nie popuszcza - podsłuch założony był, słyszałem to. Stoi z szeroko rozstawionymi nogami. Gruby, potężny. Ktoś rozsądniejszy ucisza, tłumi chaos.
- Słuchajcie - krzyczy - jeżeli dyrektor wznowi gotowanie posiłków pozwolimy mu na jazdę samochodem.
Ogólna aprobata. Łysy odchodzi. Jego czaszka lśni w słońcu, idąc wyciera świecącą łysinę.


4.

Rozkładam się przy płocie. Wyciągam zeszyt. Szkoda mi każdej umykającej minuty. Piszę. Czuję jak słońce pieści mi skórę, rozbija pędzące z szybkością 300 tys. km/sek. świetliste fotony. Moje ciało jest blade. Nie było czasu na opalanie się. Pisz! Chciałbym, aby moje pisanie odzwierciedlało specyficzną atmosferę, w której tkwię, żeby było naturalne. Idący obok zatrzymują się.
- Ty - pyta jeden - co wypisujesz.
- Prowadzę kronikę naszego strajku - mówię - dla potomnych, żeby wiedzieli.
- Dobra - mówi - pisz, to byłaby dobra rzecz. Będzie co wnukom pokazać. Pisz.
Piszę więc, piszę , piszę, piszę. Słońce jest wysoko, bije orgią promieni. Szaleństwo. Umykam w cień. Widzę Mariana Nowaka, rozgląda się. Podchodzi do grupy stojącej na placu. Ktoś pokazuje ręką w moją stronę. Kieruje się do mnie.
- Chodź - mówi - ze mną, chodź przyjacielu.
Idziemy, prowadzi mnie do pomieszczenia na dół. Nawet nie wiedziałem, że są tam pokoje, ławki, na ścianach rozwieszone plakaty PZPR. Ironia losu. To sala szkoleniowa czerwonych.
- Co jest? - pytam.
Widzę kilkunastu chłopaków, przeważnie młodych. Głos Mariana brzmi uroczyście.
- Przyjaciele, jesteśmy Zakładowym Komitetem Strajkowym. Zostaliście wybrani po wnikliwe j obserwacji i sprawdzeniu. Jesteście ludźmi odpowiedzialnymi. W naszych rękach spoczywa dalszy los strajkujących. Uważam, że stać nas, abyśmy godnie reprezentowali naszą związkową organizację. Bóg i sprawiedliwość jest z nami.
Ma łzy w oczach. Rozdzielamy funkcje i obowiązki. Jestem odpowiedzialny za pisaną kronikę. Mam również redagować kolportaż, oficjalnie będę redaktorem od propagandy. To mi odpowiada. Jest nas trzynastu w zarządzie:
1. Marian Nowak
2. Zbigniew Modrowski
3. Antoni Kaszak
4.. Eugeniusz Kapuściński
5. Marek Kwiatkowski
6. Janusz Ostrowski
7. Andrzej Hałabura
8. Ryszard Kohut
9. Andrzej Półgrosiewicz
10. Grzegorz Kolosa
11. Bogdan Morawski
12. Bogdan Krauze
13. Henryk Pelc
Rozważamy różne warianty naszego działania. Uzgadniamy. To jest długa nasiadówka. Wychodzimy wreszcie z dusznego, pełnego tytoniowego dymu pomieszczenia. Przy radiu skupisko. Wiadomości.
- Po wyjściu z kościoła Św. Brygidy – słyszę - elementy antyrewolucyjne uformowały się w kolumnę. Przemaszerowali wzniecając niepokoje i popłoch. Krzyczano - precz z rządem, a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści. Te nieodpowiedzialne elementy - kontynuuje spiker... Coś bulwersuje się we mnie, w środku, w duszy, ciśnie do mózgu. Precz z rasizmem, a na drzewach zamiast liści..... Przypominam sobie już podobny komunikat. To chyba było na początku sierpnia. Ci z propagandy już ustawiają rządowy celownik. Szukają usprawiedliwienia dla i przyszłych działań przeciwko nam. Rząd przeciw swoim obywatelom, ludziom tego kraju. Czyż rząd nie jest powołany by swoim działaniem spełniał służebną rolę względem członków swojej społeczności. Czy w swoim codziennym postępowaniu nie powinien dopatrywać się tej roli. Nie. Oni powtarzają tylko gołosłowną tezę o nadrzędnej wyższości komunizmu. Powtarzają ten absurd wciąż i wciąż, do znudzenia. Jest mi zupełnie obojętne w jakim ustroju żyję, obojętne czy socjalizm to jest, czy kapitalizm, komunistyczny rząd technokratów. Ważne dla mnie, dla pojedynczego człowieka w zbiorowisku społeczeństwa bym przeżył to życie godnie, podług swoich marzeń i osobistych przekonań. Ja przeżyć chcę to jedyne swoje istnienie, ten krótki rozbłysk świadomości swojego Ja, według swojej miary. Przeżyć bez narzucania mi idiotycznych ideologii i mydlenia oczu kłamliwymi obietnicami. Nie chcę żyć w zastraszeniu albo być represjonowany w swoim własnym kraju. Nie chcę. Ja mam prawo do spokojnego, normalnego życia. Mam je. Mam nawet w tym cholernie zakłamanym państwie "sprawiedliwości społecznej", rządzonym przez klikę zwyrodniałych komunistów patrzących przez czerwone okulary tylko i wyłącznie dla osiągnięcia pełnego koryta dla wybranej kasty z czerwonej burżuazji.
Wychodzę na zewnątrz. Spaceruję po nagrzanym czarnym asfalcie. Od strony płotu oddzielającego napowietrzną rozdzielnię wysokiego napięcia, słychać krzyki. Widzę dziewczyny przeskakujące przez płot. Są trzy. Z nimi Adam Giera. Utyka, sztywno stawia nogę.
- Co jest? - pytam.
- Zwichnąłem przy zeskoku - mówi - kontuzja, a szkoda. Jedna z kobiet jest dziennikarką, dwie młodsze to studentki z Wrocławia. Proszę, aby przemówiły do naszych chłopców. Są stremowane.
- Chciałabym - mówi pani redaktor - poznać wasze bolączki, tło nieporozumień, krzywdy.
Rozchodzą się w tłumie. Przy dziennikarce tłok, nagrywa bolączki, uwagi ludzi, zadaje pytania, słucha. Jedna ze studentek stoi sama, rozgląda się bezradnie. Podchodzę i podprowadzam ją w tłum. Spięta jest. Ma okrągłą twarz i dziecięce rysy. Wprowadzam ją w naszą sytuację. Proszę o zadawanie pytań górnikom siedzącym dookoła. Po chwili jest dobrze. Odchodzę. Dziewczyny są zajęte, dyskutują. Robi się interesująco. Z „górki” przychodzi niezależna prasa. I bibuła. Dużo tego jest. Rozdaję na salę. Siadam. Słucham zwierzeń ludzi. Ona nagrywa - mówią swoje bolączki, odkrywają zadrażnienia, rany. Są pełni bólu, zgorzkniali.
- Czy jest pani przekonana o słuszności naszych poczynań - słyszę.
- Kiedy jechałam tutaj, do was - odpowiada - byłam pewna na 100%. Teraz moja pewność wzrosła do 200%. To co mówicie jest wprost niewiarygodne, niesamowite i dlatego wiem, że słuszność jest po wasze j stronie i że wygracie, ażeby zmienić warunki waszej pracy na godne człowieka.
Łącznik z bramy wyczytuje moje nazwisko. Mam odwiedziny. Widzę, Ją już z daleka. To jest Kaka. Blada, stremowana. Obejmuję ją, całujemy się długo, długo, aż brakuje tchu. Nie obchodzą mnie ludzie. Pachnie przyjemnie. Czuję ciepło emanujące z każdej cząstki jej ciała.
- Brak mi ciebie, Kaka - mówię.
- Ja nie wiem jak długo wytrzymam - mówi po chwili - przychodzą mi głupie myśli, wiesz. One są całkiem zwariowane.
Wtulam się w jej ciało. Boże - myślę - jak ona schudła. Patrzę na jej wymizerowaną twarz. W kącikach oczu czają się łzy. Jej oczy duże, niebieskie, lśniące są mi teraz szczególnie bliskie. Ileż razy całowałem łzy toczące się z nich.
- Oni was wykończą, mówi - boją się waszego protestu jak ognia.
- Boją się, bo racja jest z nami- odpowiadam - i tylko kwestią czasu jest rozwiązanie, oni są bezsilni, choć mają narzędzie terroru.
- Wiem - szepce między zdaniami - wiem.
Przytulam i całuję gorące jej rozchylone usta. Łącznik podchodzi i prosi o zakończenie widzenia. Milicja puszcza tylko po trzech. Wtulam się w oddech jej ciała, w słodkość istnienia. Tracę świadomość czasu. Widzę jak oddala się, idąc w górę po schodach. W ręku pozostaje mi torba z prowiantem.
Na cechowni zainteresowanie dziewczynami. Wzajemne dyskusje i tłumaczenie. Idę na obchód warty. Wszystko to wydaje mi się dziwne. Inaczej wyobrażałem sobie strajk. Zaangażowanie ludzi, ich odpowiedzialność. Jest nas zdecydowanie mało , zbyt mało. Czy zdołamy wytrwać? Najgorsze dopiero jest przed nami. Ludzie wychodzą bez powiadomienia. Niektórzy uciekają, bo dość mają tej bezczynności, tego trwania bez ognia. Spalają się. Żeby tylko nie zabrakło nam wiary. Robi się szaro, świecą lampy. Ich światło rzuca biały rażący blask na czarny asfalt kopalnianego placu. W łaźni obmywam zmęczenie. Woda jest ciepła, przyjemna. Warto jest jednak żyć, warto żyć i umrzeć warto, jeśli jest umierać za co. Przypomina mi się wiersz Steda "Ale czy warto" - recytuję go. Tak, tak to warto. Na pewno warto. Tak, to jest warto!. Przyglądam się swojej twarzy, opuchnięta jest, worki pod oczyma. Schodzę w dół schodami. Pogoda chyba się zmieni. Na dworze duszno, parno. Widzę jednak pojedyncze gwiazdy w tle ciemnego nieba. Wokół cisza. Zmęczenie zbiera żniwo. Leżą rozłożeni, skuleni, zmarznięci w bezruchu. Śpią. Może śni się im już dom. Zwykły, normalny dom z dziećmi, z żoną, ciekłym obiadem. Spragnieni miłości śnią o niej, pieszczą krągłe kształty swoich żon.
Schodzę na dół do ZKS-u. Wyciągam się na jednej ze stojących ławek. Zasypiam snem człowieka zmęczonego.
Budzi mnie hałas, tumult. Ktoś ciągnie mnie za rękaw. Słyszę Głosy. Wołanie. Atakują nas. To ZOMO. Wstaję rozespany. Na cechowni rozgardiasz. Jest zamęt. Przecieram zmęczone oczy. Patrzę przez zamglone szyby cechowni, błyskające, oślepiające refleksy. To są światła samochodów. Wychodzę na zewnątrz. Przed bramą przejeżdżające samochody milicyjne. Jeden, drugi, następne, rzucają jasne smugi w ciemnym powietrzu nocy, błyskają światłami reflektorów. To demonstracja siły,
—Straszenie.
- Skurwiele - mruczę pod nosem.
Wraca powoli nastrój spokoju. ludzie znowu pokładają się, zasypiają na wymoszczonej workami marmurowej posadzce.
Jest 20-ty sierpień. To już czwarty dzień naszego strajku. Jest czwarta nad ranem. Kładę się. Zasypiam. O szóstej Przyszedł ksiądz Wiktor, jest młody o figlarnych, roześmianych oczach. Młodą twarz maskuje broda, czarna, gęsta. Okulary na nosie. Mówi o sytuacji ogólnej, o swoich konfliktach, przemyśleniach.
- W czasie pobytu w Katowicach - opowiada - miałem nieoczekiwaną scysję z milicją. Chcieli mnie zwinąć.
Mówi zajmująco. Co będzie z naszego protestu, co nas jeszcze czeka. Jak długo? Na podium duży, szeroki, prostokątny stół. Na nim prowiant. Jest tam wszystko. Jedzenie dostarczane przez rodziny i bliskich. To one, nasze żony, matki nasze. To nasze wspaniałe kobiety. To ich robota. Czuję łaskotanie pod sercem. To, że nie ma głodu to ich zasługa. Zupy regeneracyjne również są. Jest dobrze z żarciem, można trzymać tak do końca. Za. dużo palę papierosów, dziennie, pewno ze 40-ści sztuk, a może jeszcze więcej. Czuję zapach tytoniu w całym ciele. Mam sztywny język od nadmiaru nikotyny. Ze szpar między zębami sączy się krew. 

5.

Odczytuję komunikat z Morcinka. To jest sama młodzież. Są zdeterminowani. Przepycham się razem z łącznikiem na podium. Łącznik z Morcinka mówi o trudnościach z wyżywieniem. Talerz zupy kosztuje 111zł. To muszą płacić. Po za tym jest dyscyplina. Czytam mu nasze postulaty do dyrekcji. Oddaję część Kolportażu. Niech mają. Podchodzę do naszego poety, nazywa się Maj. Tworzy wiersze pełne miłości, nadziei i prośby do Boga. Proszę, żeby coś swojego przeczytał, powiedział. To święty człowiek - myślę o nim. Staje na podium. Czyta. Pełen aplauz. Jest siódmy czterdzieści. Wychodzimy przed cechownię. Jest duży tłum. Widzę delegatów z Manifestu, są z zarządu MKS. Dziś jest rocznica sierpnia.
-Ktoś intonuje hymn Solidarności. Podchwytujemy wszyscy. Pieśń unosi się w górę ku wschodzącemu słońcu. Brzmi w rozedrganym powietrzu tysiącem odcieni. Zespala się, krzepnie.
"Więc solidarni bądźmy znów - tak nam dopomóż Bóg" - kończymy resztkami powietrza w rozchełstanych płucach.
Mężczyzna stojący obok prosi mnie o mikrofon wzmacniacza. Chce powiedzieć wiersz. Podaję mu.
- Koledzy - mówi, głos rozlega się donośnie - koledzy, dziś mija kolejna rocznica , kiedy krwawy knut spadł na nasze plecy. Mija rocznica, kiedy polała się nasza górnicza , robotnicza krew. Precz z krwawym reżimem, precz z rządem bezprawia i anarchii. Przyjaciele, niechaj wiersz ten, który powiem za chwilę, będzie symbolem pamięci tych z naszych braci, którzy życie oddali dla naszej sprawy. Dla tych zamęczonych i zamordowanych. Przymknął oczy, stał chwilę nieruchomo, wyczekująco.
- "Bryło szklista" - zaczął, słowa jak potok płynęły już do tłumu. Ton wzmagał się to opadał. Szarpał sumieniem, drażnił. Cisza dzwoniąca w uszach i nic już i cisza. Trwaliśmy minutę w bezruchu, w milczeniu za tych co odeszli już, co zginęli. Za ofiary sierpnia, grudnia, października, listopada, stycznia. Za ofiary, za pamięć pomordowanych przez wszystkie lata czerwonego reżimu.
Milczy. Śpiewamy potem. Niech oni słyszą. Wiech wiedzą. W górze nad schodami tłum ludzi. Patrzą w nasza stronę. To ci niezdecydowani. To nasi z Moszczenicy.
- Chodźcie do nas, chodźcie do nas - skandujemy.
Śpiewamy hymn jeszcze i jeszcze. Podniosły nastrój. Rozchodzimy się powoli, z ociąganiem. Każdy do swoich obowiązków, do zajęć. Wszyscy powinniśmy mieć cos do roboty. Jeżeli nie, niedobrze jest. To świadczy źle o organizacji. Biorę materiały propagandowe, które przyszły do nas. Patrzę w kierunku okien dyrekcji. Zaciągnięte są ciężkimi, grubymi storami. Przeglądam kolportaż. "Gazeta Strajkowa", biuletyn informacyjny. Czytam to ludziom. To jest nawet ciekawe. Na cechowni prawie wszyscy. "Andaluzyjska pierestrojka" wydaje mi się najlepsza. Mówi o awansowych szczeblach towarzyszy z partii, ich ideowego materializmu, sposobu życia, obłudy i wyzysku. Aplauz i zainteresowanie, Marian chodzi między rozgadanymi grupami.
- Zwycięstwo przed nami, przyjaciele - mówi, poklepuje, przekonuje, podchodzi.
- Jak samopoczucie, przyjacielu- mrugam do niego.
- Zwyciężymy, chłopie nie załamuj się. Chodź - ciągnie mnie - mam -propozycję. Musimy to rozważyć. Pójdź za mną przyjacielu. Jest jedenasta czterdzieści. Z bramy przybiegł łącznik.
- Do dyrektora weszli milicjant z sierżantem WP - łącznik jest podniecony - może będzie atak - dodaje. Jest komunikat z zakładowego radiowęzła.
- Górnicy w wieku poborowym będą natychmiast kierowani do jednostek wojskowych z kartami mobilizacyjnymi - taka jest odpowiedź władz. Chcą osłabić naszą robotniczą solidarność. Wiedzą, że gro strajkujących to młodzież. Jesteśmy na to przygotowani. Informacja przez środki przekazu nie jest prawnym powiadomieniem zainteresowanych. Poborowi są poinformowani na temat przyjmowania i odbioru wezwań do wojska przez ich najbliższych.
Łącznik z bramy jest teraz stały. Czarny, młody chłopak o donośnym, dudniącym głosie. Wyczytuje z kartki nazwiska odwiedzanych. Jego głos odbija się od ścian cechowni. Jest niewyraźny. Słyszę swoje nazwisko. Na bramie spokój, przy schodach dodatkowo dwóch żołnierzy pomieszanych z ZOMO-wcami. Stoją z karabinami beztrosko, leniwie. Kaka uśmiecha się przez łzy. Widzę, że jest załamana. Odchodzimy na ubocze.
- Kaka- wszystko jest dobrze, nie musisz się martwić. Nic a nic.
Wiesz, to jest pewne. Oni nie zaatakują nas,
- Gadanie - przerywa mi - co mi po pewności. Ciebie nie ma w domu. Ja sama bez ciebie, więc bez radości. Ja zwariuję Tolek, ja już sił nie mam. Rzuć to wszystko, rzuć to w cholerę, mamy tylko jedno to wredne życie. Nie narażaj się, proszę, nie zabijaj naszej miłości. Tulę jej ciało. Jakże schudła. Czuję kości przez cienką, kolorową bluzkę.
- Tak nie można, Kaka - tłumaczę - nie tak. Nie możesz się zamartwiać. Musisz wytrwać. Razem musimy to przejść, wytrwać, być nieugięci, twardzi. Dać wszystko z siebie. My musimy, Kaka. Proszę cię - przechodzę na żartobliwy ton, staram się ją rozbawić, rozluźnić psychicznie, śmieje się tylko kącikiem ust, smutnie, bez przekonania.
- Kaka jeść musisz, ty kondycyjnie nie wytrzymasz ze mną. Wiesz, będę cholernie spragniony seksu, kiedy to się skończy. Głaszcze mnie po twarzy.
- Ty głuptasie - mówi - Kocham cię.
Znowu jestem sam, siedzę na krześle zamyślony, wybity z rzeczywistości. Wracam myślami daleko w przeszłość. Widzę równinę Kujaw, rozciągnięte, polami falujących kartoflisk. Dom rodzinny, dzieci, ich roześmiane buzie, pucołowate takie, kochane. Drzewa owocowe z grzędami jarzyn w ogrodzie. To królestwo mojej matki. Wiem, że jest ciężko chora. Pozostało jej najwyżej dwa miesiące życia. Tak bardzo chciałbym być przy niej, pogładzić jej siwe, prawie białe włosy. Przytulić się do spracowanych, pomarszczonych dłoni. Wątpię teraz w sens życia. W sens wszystkiego co robię ja i co inni robią. Czy życie warte jest tylu zmartwień tylu wyrzeczeń? Czy warto angażować się aż tak, do kresu wytrzymałości, do zatracenia? Czasami nachodzą mnie wątpliwości. One są we mnie, nie odstępują. Zazdroszczę ludziom, zazdroszczę tym co wiedzą, bez względu na wszystko. Zazdroszczę im tej pewności. Tej siły brzęczącej jak melodia napiętej stalowej liny. Nie, nie mówię nikomu o tych wątpliwościach. One są tylko moimi słabościami. Są tylko moim udziałem. Niechaj więc pozostaną we mnie. Sądzę, że inni również przeżywają to podobnie. Czyż wątpliwości nie leżą w ludzkiej naturze?
Budzę się odrętwiały. Czuję tępy ból w kościach, to z powodu krzesła, na którym spałem. Przecieram zdrętwiałe kończyny. Na cechowni gwar. Z boku rozstawiony stół pingpongowy. Grają o króla stołu. Podchodzą do mnie dwaj młodzi ludzie. Przekonują, abym zaapelował o kwestę dla Morcinka. Oni mają trudności z utrzymaniem się. Są głodni. Przekrzykuję gwar, tłumaczę, proszę chętnych o datki. Na podium stawiam dużą miednicę. Podchodzą, dają różnie w zależności od kasy. Miednica zapełnia się po brzegi. Rzucam kilka papierowych banknotów, które mam w kieszeni. Niecierpliwimy się, ile będzie. Uzgadniamy, że fundusz będzie odesłany jutro na Morcinka przez naszych delegatów. Co do dzisiejszego dnia to zostało napełnionych kilka reklamówek żywnością oraz papierosami i zawieziono to dla ratowania sytuacji. Chodzę między rozrzuconymi hamakami. Chciałbym, żebym to miało już swój koniec. Ile to czasu jeszcze, dni ile przyjdzie trwać. Nie wiem. O nas już mówią. Są nagonki w prasie, w radio, telewizji. Podług szczekacza "Trybuny Ludu" dziesiątki tysięcy ludzi krew zalewa - to interpretacja na górniczy protest w Moszczenicy i w innych kopalniach. Już nie powtarzają absurdu o dołożeniu 100 tyś. zł. do pensji. Mówią o brutalnym biciu przez strajkujących chętnych do podjęcia pracy. Przemawiają do wyobraźni, straty sięgają miliardów. Wytykają, jakby nie rozumieli, nie wiedzieli, że jest to strajk o przetrwanie, o ratowanie całej naszej zbankrutowane j gospodarki zmierzającej nieuchronnie do upadku. Przecież to głos o opamiętanie. O poruszenie sumień odpowiedzialnych za tragiczną sytuację. To protest. I nie można inaczej, bo cała nieudolność - kryła się za magicznym vademecum "reformy gospodarczej". I żaden głos nie był brany pod uwagę, słowa żadne. Zła nie da się wyplenić punktowo, ogólnie trzeba zadziałać, zdecydowanie. Wychodzę na zewnątrz, świeże powietrze orzeźwia. Dopiero teraz czuję przejmujący ból głowy. Na dworze jest ciepło, mimo to mam zimny dreszcz. Biorę prochy jakie przyniosła mi Kaka. Łykam nie popijając. Nie ma nic do picia. Patrzę w ciemną czeluść nocy, co przyniesie? W mroku na placu widnieje krzyż obwarowany kamieniami, okryty flagą i kwiatami biało-czerwonymi. Obraz Matki Boskiej Jasnogórskiej na jasnych nieociosanych kamieniach. To jest przygotowany ołtarz na jutrzejszą Mszę świętą, na niedzielne nabożeństwo. Jaki będzie ten dzień jutrzejszy. Przecieram oczy, przecież to już niedziela. Wchodzę i walę się na krześle, nie czuję ostrych krawędzi. Jest wygodne. Śni mi się reaktywowanie "Solidarności”.

6.

Wstał ponury, chmurny dzień, niedzielny poranek. Siąpi deszcz. Zacina szyby cechowni. W niektórych, miejscach przebija się przez nieszczelności w dachu i kapie dużymi kroplami."Menażer" podstawia miski. Drewniany krzyż na dziedzińcu kopalni tonie w ulewnej wilgoci. Na godzinę jedenastą została uzgodniona msza św. Ksiądz proboszcz telefonicznie zyskał aprobatę prezydenta Jastrzębia. Uzgadniany, że msza odprawiona będzie w cechowni. Zamiatamy posadzką, śmieci walają się po wszystkich kątach. Podchodzę do Mariana.
- Słuchaj - mówię - księdza trzeba przywitać, przyjąć. Powiedzieć kilka słów.
_ -Tak - potwierdza - masz rację przyjacielu. Napisz to. Przywitamy go.
-Napisz.
Do rozpoczęcia mszy zostało niewiele czasu. Zabieram się do pisania. W głowie pustka. To nie trzyma się kupy, to co piszę. Rozlazłe to. To nie to. Chcę zrobić to szybko. Skreślam całe zdania. Pośpiech jest złym doradcą. Siedzę w pomieszczeniu ZKS-u. Ktoś wchodzi, ruch, rwetes. To mnie rozprasza.
- Jest ksiądz - mówi Marian.
- Nie zdążę, powiedz kilka słów od siebie. To co mam jest nie dobre. On przygląda mi się z uwagą.
- Pisz przyjacielu. Ja wierzę, że coś ułożysz. Pisz. Wychodzi na palcach. Cisza. Głowa boli, to papierosy. Odczuwam to w płucach, w głowie, w całym organizmie. Staram się maksymalnie skoncentrować. Na nic. Tych kilka ostatnich dni to nerwówka. Żyję pełnią. To nie wegetacja jałowa, bezbarwna. To jest samo działanie. Sedno. I to przekonanie, że słuszność jest w nas, w naszym dążeniu. W rozpaczliwym zrywie naszej rzeczywistości. Piszę.
"Witamy cię ojcze przewielebny, witamy na tej czarnej, moszczenickiej ziemi."
Słowa spływają z długopisu jak woda. Piszę.
" I my, jeżeli zajdzie potrzeba złożymy życie swoje na ołtarzu tej ziemi. Jeszcze Polska nie zginęła."
Patrzę krytycznie na to moje pisanie. Bazgroły same, pokreślony, prawie nieczytelny tekst. Nie potrafię tego ocenić. Czytam na głos.
- Stary to jest dobre, to jest świetne - to Grzegorz Kolosa stoi za mną. Wysoki, czarny, ma urodę Cygana. Wspaniały chłopak. Oddycham z ulgą. Proboszcza zatrzymują na bramie milicjanci. Na nic tłumaczenia, że Mszę św. uzgodniono z prezydentem Jastrzębia. Chcą glejtu. Pertraktacje przeciągają się. Wreszcie jest. Wchodzi na cechownię olbrzymi, zwalisty. Twarz czerwona z emocji. Gestykuluje.
- Będę spowiadał przed mszą św. - mówi.
Ściska nasze wyciągnięte dłonie. Chłopaki podnieceni. Wokół niego kobiety. Kolorowy tłum. My w szarych, czarnych, kopalnianych drelichach. To kobiety, one opanowały sytuację. Przepchnęły księdza przez bramę. Otoczyły milicyjną eskortę. Smerfy były bezradne.
- Ksiądz wchodzi na swoją odpowiedzialność- zdążył wykrzyknąć ich dowódca. To bezprawie.
Spowiedź trwa długo. Przed ZKS-em, gdzie odbywa się spowiedź, tłum. Na cechowni ludzie z zewnątrz pomieszani z naszymi. Siedzą na rozstawionych w równe rzędy krzesłach, śpiewają. Jest nastrój. Siadam między nimi. Śpiew brzmi. Przemawia do wyobraźni, wzrusza. Idę na dół. Jest już pusto. W korytarzu młody mężczyzna stoi zadumany.
- Ty do spowiedzi?- pytam.
- Jestem księdzem, przyszedłem razem z proboszczem. Ściskam podaną dłoń. Rozmawiamy chwilę.
- Pracowałem na Moszczenicy kilka lat temu - zwierza mi się - odrabiałem wojsko. Dwa lata. Poznałem warunki pracy, choć pracowałem na powierzchni
- Zastrzega się.
- Tak - przytakuję - na powierzchni jest lżej.
Skrzypią drzwi. To ksiądz proboszcz wychodzi z ostatnim górnikiem. Pędzę do Mariana. Wciskam mu do ręki pokreślony tekst. Czyta, marszczy się.
- Przyjacielu, nie dam rady, kto się w tym wszystkim połapie. Przyjacielu, na przepisywanie już za późno.
Ksiądz wchodzi. Mówi głośno, donośnie. Szeroki stół-jadalnia zamieniony w ołtarz. Kilku ministrantów stoi w milczącym szeregu. Poprawiam ubranie, brudne, czarne, przy bluzie brak guzików. Wciskam to wszystko w spodnie. Czuję tremę.
- Raz kozie śmierć - mówię i wspinam się po schodach szerokich, drewnianych. Słyszę swój chropowaty, zachrypnięty głos. Spoglądam na bazgroły w zeszycie. Czytam już pewnie, spokojnie. Patrzę po skupionych wpatrzonych we mnie twarzach. Oni są wzruszeni. Słyszę szloch kobiet. Schodzę na drewnianych nogach. Msza przebiega w skupieniu, ciszy. Płomienne kazanie o miłości, o ofierze względem narodu. Komunia św. Dużo chętnych. Podchodzą, klękają na schodach. Pokorni, odmienieni. To czas skruchy, przebaczenia. Głowy schylone kornie przed kapłanem. Ja dziś nie przystąpię, nie wezmę do siebie Chrystusa. Ja nie. Myśli krążą, budzą sumienie. ludzie podają ręce na znak pokoju, pojednania. Chłopaki wysypują zebrane podczas mszy św. pieniądze. Sterczą różnobarwnymi papierkami na szerokiej polewanej miednicy.
- Trzeba tę forsę jakoś dać księdzu - szepce Janek - przecież nie weźmie z całą michą.
Przesypują oporne, szeleszczące banknoty do reklamówki. To na ofiarę. Podaję księdzu.
- Raz jeszcze dziękujemy za przybycie - mówię - dziękujemy w imieniu naszego Boga.
Obejmuje mnie, wszystkich dookoła, przygarnia. Odprowadzamy księży do bramy. Powoli opuszczają plac kopalni ludzie z zewnątrz. Nasi najbliżsi- żony, matki, ojcowie. W przelocie widzę znajomą twarz. Kaka siedzi z boku ukryta między kobietami. Sierotka taka. Siadam bez słowa. Tuli się, w oczach ma łzy. Patrzymy na siebie, jakby na coś nierealnego. Nic nie istnieje dookoła. Widzę tylko fiołki pełne błękitu, tonę w nich, nurzani się, zapadam.
Poszarpany kołtun chmur sunie nisko, zwala długie baty deszczu, siecze. Wszystko tonie w jakieś pustce niesamowitej, w mokrej próżni. Jest beznadziejnie smutno i źle.
- Chodź Kaka - mówię - chodź, musisz już iść.
Wychodzimy w nieuchronną, wszechobecną wilgoć. Widzę jak znika w opadającej szarzyźnie, rozmazuje się.
Schodzę do ZKS-u. Jest gwarno. Marian podniecony.
- Przyjaciele wierzcie mi! Wygramy, wierzcie. Bóg jest z nami. Rozpromieniony, odmieniony jakiś. Podchodzi, obejmuje mnie.
- To było dobre, to przywitanie, przyjacielu. Tak trzeba było - powtarza.
Jego wiara wzrusza. Jest głęboko wierzący. Wszystko co robi wypływa z głębokiej wiary. Z wiary w Boga.

7

W zarządzie jest wielu młodych ludzi, pełnych wigoru, radości życia, zwolenników szybkiego i radykalnego działania. Dyskusja oscyluje wokół nagonki środków masowego przekazu na nasz strajk. Na obojętność w dążeniu do zakończenia konfliktu.
- Cholera - słyszę Andrzeja Hałaburę. On obleciał wszystkie kopalnie w Jastrzębiu, roznosił wiadomości i kolportaż - Cholera, tych z rządu trzeba by roznieść na naszych butach, rozdeptać. Nie interesuje ich nic, prócz napełniania własnych kałdunów. Twarz Mariana zmienia się, blednie, rysy zaostrzają się.
- Nie mów tak przyjacielu, nie tak. My nie możemy wzorować się na ich działaniu, na bluźnierstwie i zastraszaniu. Nami kieruje Bóg. To on poprowadzi nas do zwycięstwa. Hałas wzmaga się.
- Precz z reżimem, precz z czerwonymi. gwałt niech się gwałtem odciska - krzyczy Marek.
Jest harmider. Marian macha rękoma. Zakrzyczeli go. Macha rękoma, jest zdenerwowany. Ktoś ciągnie mnie. To łącznik.
- Przyszli studenci - mówi - chcą rozmawiać z zarządem. Wypycham gestykulującego Mariana na korytarz. Uspokajam. Studentów jest dwóch, z nimi przedstawiciel komitetu koordynacyjnego. Przedstawiają się. Są z Wrocławia. To WiP-owcy. Określają w ogólnych zarysach swoje posłannictwo. W Krakowie odbędzie się Międzynarodowy Kongres Obrony Praw Człowieka. Oni chcą zaakcentować nasz protest w kontekście nagminnego łamania podstawowych praw. Łamania praw na terenie kopalni.
- To coś dla mnie - mówi; - będzie dużo pisania.
Chcą robić zdjęcia. Zastanawiamy się. W końcu udzielamy im pozwolenia. Chcemy, żeby przemówili do ludzi, wsparli moralnie. Obaj są sympatyczni.
- Cieszę się, że jesteście z nami.
Prowadzę ich na podwyższenie. Strajkujący skupiają się wokół. Są chłonni, ciekawi.
- Jesteśmy przedstawicielami i członkami organizacji Wolność i Pokój. Działamy na rzecz i w interesie wszystkich ludzi dobrej woli. Demaskujemy wszelkie zło, korupcję, odsłaniamy przejawy łamania praw człowieka w Polsce. Nasza obecność tu na Moszczenicy ma na celu zebranie materiału pozwalającego na opracowanie i opublikowanie posłannictwa do międzynarodowej społeczności ludzi całego świata. Chcemy, abyście opowiedzieli nam o swoich osobistych przeżyciach, mówili o przypadkach upadlania, wyzysku, nietolerancji czyli krótko o łamaniu praw człowieka. Chodzą teraz między rozłożonymi grupkami. Fotografują, rozmawiają. Idę po czysty zeszyt. Będę zapisywał wypowiedzi. Siedzę nad czystymi kartkami. Myśli uciekają, wyrywają się gdzieś daleko, uchodzą. Jestem nieobecny, oddalony. Ileż to już razy spotykałem się z brutalnością ludzi reprezentujących prawo. Z ich bezwzględnością. Oni byli silni, ci w niebieskich uniformach. Oni byli prawem. Dworzec kolejowy zatłoczony, gwarny. Piwo leje się przy stolikach bufetu. Siedzę obok starszej kobiety oczekującej na przyjazd pociągu. Rozmawiamy. Opowiada, że jedzie do dzieci. Widzę ich z dalekiej perspektywy korytarza. Idą. Wiem, że będę miał trudności. Czuję to. Jest ich dwóch. Są na służbie i szukają wrażeń, mocnych wrażeń. Przeglądają już moje dokumenty.
- Pójdziecie z nami - słyszę. Pytam o powód.
- Dlaczego nie bierzecie tych od piwa. Są pijani.
- A co nie podoba się, może Polska Ludowa też wam się nie podoba?
Wychodzę, dokąd? Nie wiem. Ciemny zaułek w cieniu rozłożystych kasztanów. W dali wątłe światło samotnej latarni. Ciosy spływają po skulonym ciele, buntują rozdrażnione nerwy. Wytrwać, wytrzymać tylko. Czuję uderzenia pięści na twarzy. Słony smak krwi na ustach. Narasta bunt, instynkt samoobrony. Przetrwać. Uderzenie nogą celne, ten od bicia osuwa się z cichym westchnieniem. Nie czuję bólu w wykręconej ręce. Uderzam wściekle, bezmyślnie, instynktownie. Rzucam się w ciemną czeluść alei. Uciec, uciec, uciec. Nie czuję zmęczenia. Nogi niosą. Opuchnięte powieki zakrywają widzenie. Czerwone kręgi, różowe, białe. Ciemność. I dudniący werbel serca. Leżę zaplątany w wiotkie gałęzie krzewu. Wtulam twarz w rosistą trawę. Łagodzi obolałe wargi. Wdycham wilgotny chłód ziemi. Jestem, żyję przetrwałem. Czuję się jak robak wdeptany w glebę, niemy, rozbity, zmarły. Łzy spływają razem z krwią z rozbitych oczu, nosa, warg. Za co? Za co?
Szum na cechowni wzmaga się, narasta. Powracam do rzeczywistości. Twarze wzburzone, nerwowe. Kilku idzie w moją stronę. Przekrzykują się, mówią jeden przez drugiego.
- Panowie spokojnie - proszę ich - po kolei.
Piszę. Jest tego dużo. Łapówki dla dozoru za podmianę zmiany, pobicie młodego górnika przez pijanego sztygara, ubliżanie, bluźnierstwa, zarzut spowodowania śmierci przez nadsztygara.
- Jak to? - pytam - wytłumacz.
- To był ten chłopak, który zginął miesiąc temu - mówi.
- Tak, pamiętam to. On był chyba gdzieś z Białostockiego.
- Zmiażdżyła go obudowa.
- Chyba opowiadał mi to Genek. On gra w orkiestrze górniczej. Był na pogrzebie.
- Ten chłopak miał 36 lat. Zostawił troje dzieci. Na Moszczenicy pracował pół roku na wydobywczym.
- No więc czemu winien nadsztygar. O ile wiem to jego nie było przy tym.
- Fakt - konstatuje mi Jagodziński. Jagodziński to ten sam, po którym przeszedł dozór. On wyszedł wtedy na wcześniejszy wyjazd. Miał coś do załatwienia w dyrekcji. Więc poszedł pod szyb. Biali byli sami czyli dozór. Któryś z nich odepchnął go od szoli. Stracił równowagę. Deptali po nim, przeszli jak po czarnej ziemi, jak po dywanie. Długo dźwięczał mu w uszach ich śmiech.
- Więc jak z tym nadsztygarem.
- Obiecał chłopom premię - kontynuuje mój rozmówca - mieli mieć chyba po pięć tysięcy dodatkowo za rozwalenie tej obudowy. Śpieszyli się. On był młody. Nie umiał się ustawić. Coś popuściło, czasu nie było na sprawdzenie. Czas się liczył, była ważna każda minuta, żeby zdążyć, żeby zarobić. No i puściło. On stał. A potem, potem nie mogli go nawet wydostać, przyblokowało. Był zaklinowany. On trup już był. Nawet nie musieli śpieszyć się, żeby go wyciągnąć. Wiesz - mówi dalej - ten nadsztygar, on już powinien być na emeryturze. Ale szkoda stracić. Zawsze te kilkaset tysięcy zł. wypłaty, a i władza, bezkarność działania, posłuch. To się liczy. To się udziela jak opium, uderza do głowy. Zresztą co ci będą mówić. Sam wiesz.
- Tak, znam to również. Wiem, choć młody jestem jak on ten co zginął. Tam na dole liczy się tylko praca bez względu na wszystko. Specyfika dołu, jego absurd zastanawiał mnie już od początku. Od pierwszego zjazdu. Wtedy byłem nim zafascynowany, tą fascynacją pierwszą, zaczarowany byłem specyfiką czarnego człowieka, jego pracą, czarem niewypowiedzianego trudu. Urzeczony mozołem trwania. Lampy na hełmie rzucają ostre smugi w ciemnej przestrzeni.
- Siądziemy - mówi Grzegorz, to młody chłopak, ale pracuje tu w Moszczenicy pięć lat. Jest doświadczony. Pot spływa kroplami. Przeciągamy kabel. Zwalamy z uchwytów i targamy do przodu po kilka metrów. Przewód jest gruby i ciężki. Kurz z góry wdziera się w nozdrza, blokuje oddech. Pracujemy tak godzinę, dwie, trzy. Jest tego kilkaset metrów. Mamy zrobić to do przodka na nowe zasilanie kombajnu. Jest wnęka, w niej wory z pyłem białym, który rozpylają po chodnikach. To w razie wybuchu. Patrzę na jego twarz. W ostrym świetle latarki, szara, brudna. W nozdrzach sople pyłu. Wyciągam butelkę z kawą, przełykam chłodny, kojący płyn. Jaka ona dobra. Siadamy na worach. Słyszę jego ciężki oddech. Wciągam w zmęczone płuca beztlenową atmosferę. Zapadam w czarną dziurę niemocy. Ostre światło razi, przebija przez powieki. Słyszę jakieś głosy wysokie, brzmiące. Światło razi, budzi z odrętwienia. To wdziera się już do mojej świadomości. Jestem już przytomny, bez snu. Ktoś stoi i wrzeszczy na de mną. Wąska butelka z odkręconym kapslem. Podnoszę ją do ust. Piję.
- Chuju - słyszę nad sobą - chuju, pójdziesz ze mną. To tak się pracuje. Ja was skurwysyny do kanałów wywalę, do marasu. Słyszę płaczliwy głos Grześka.
- My dychlim na chwilę tylko, my na chwilę. Ten, który stoi kopie mnie po zdrętwiałej nodze.
- Ty - mówię - ty.
To narasta we mnie, podchodzi już po krtań. Nie czuję nic. Wciekłość jest we mnie, tony wściekłości, miliony ton.
- Ty - wyrzucam z siebie. Słyszę swój krzyk odbity od niskiego sklepienia chodnika - ty chamie.
Pył wyrzucony z ręki unosi się przy jego twarzy. Nie czuję bólu w zdrętwiałej nodze. Zwielokrotnione echo przynosi odgłos mojego wyzwania.
- Ty - powtarza się - ty - czuję rękę trzymającą mnie. W dali umykające światło samotnej lampy.
- Coś narobił - słyszę głos Grześka - coś narobił. Wspomnienie mija.
- Wypisywał mi szychty, a chodziłem pracować do niego na budowę. To mój sztygar. Robiłem mu wystrój mieszkania w godzinach pracy. Piszę, piszę. Przychodzą jeden po drugim. Mówią, zwierzają się, odkrywają swoje tajemnice.
- Stary - mówi mi jeden- to wszystko wszy. Ich trzeba wytępić, wybić jak robactwo. Wiem, że to nieprawda, że to nie jest tak. Znam wielu porządnych ludzi z dozoru.
- Wielu?
- Może nie tak wielu, ale oni są.
To są ci co myślą kategoriami swojego ja. Oni nie zatracili jeszcze człowieczeństwa. Oni są ludźmi. Kiedyś Niemcy byli na Moszczenicy u nas. To była wycieczka. Zwiedzać mieli chodniki, pochodzić mieli. Tak sobie ot dla relaksu. Na dół zjechali. Była ich spora grupa. Prowadził ich ktoś z dyrekcji. Zjechali na Itakę. to było kilka lat temu, chyba za Gierka. Więc zjechali oni na dół. Tam kilku naszych, tam właśnie na tym podszybiu czekało na wyjazd. Robotę wcześniej skończyli czy co? Wyjechać chcieli. Czekali na szolę. Nadsztygar się napatoczył. Wyspał się gdzieś w dziurze i do góry na wyjazd szedł. Chłopów przy szybie zobaczył. Nastraszył. Wiadomo władza. Spisywać chciał. Kurz tylko szedł, nasi uciekali. Niemcy nie wiedzieli co to znaczy. Wysiadali właśnie. Ktoś podobno krzyknął, że pożar. Panika zrobiła się straszna. Więc oni, ci Niemcy, biegli za naszymi chłopami. Na ćmoka szli, aż się kurzyło. Oni ze światłem, panie za paniką. Dzień zeszedł cały zanim wszystkich odnaleźli, kilku podobno nogi połamane mieli, ja tam to dobrze nie wiem. Ale od tej pory spod szybu nie gonią. Zabronione mają. Nie wolno im.


8.

Notuję. Wiem o tym przypadku. Sam mogłem się o tym przekonać. Niejednokrotnie chodziłem wtedy na transport. To była specyficzna robota, ciężka. Chodziło się całą brygadą, w kilku ludzi. Robiło się godzinę, cztery godziny albo dziewięć. Wtedy przybierało się, przybierało się powyżej ośmiu godzin. Wtedy potrzebny był papier ze zgodą sztygara albo kierownika, wtedy kiedy robota przeciągała się. Ale było tak, że kończyło się szybciej. Wtedy szło się pod szyb na wyjazd. Szło się na nielegalny wyjazd, choć robota zrobiona. Czasem było, że wyjeżdżało się tak normalnie, wyjeżdżało się i tyle. Aby do słońca, czy do księżyca, albo nawet do deszczu, ale żeby być już tam , u góry, na powierzchni. Żeby oddychać powietrzem tym naturalnym tym z wiatrem. Tak było czasami. Ale najczęściej układało się inaczej. Było czatowanie za ociosem. Był strach, proszenie było. Na podszybiu nie trzeba lampy. Jasno tam, widno. Oświetlenie stacjonarne. Siedzę na desce, wiatr z wentylacji szarpie połami drelichowej kurtki. Czekam, chłopy z brygady ulotnili się z podszybia. Z daleka widzę zbliżający się biały hełm. Ja nie mam sił już uciekać. Siedzę. Nie mogę dźwignąć dupy. Cztery godziny ostrej harówy. Dla mnie wystarczy.
- Ty co? - pyta mnie biały.
- A co ma być - ripostuję - co?
Nerwowy dziś jestem. Przetarte ramię krwawi, boli. Siedzę.
- Kartkę na wyjazd masz? - on nie popuszcza.
- Mam - kłamię bezczelnie - mam.
Widzę jego rękę pod nosem. Jest młodszy ode mnie i ma złośliwy wyraz twarzy.
Wiesz - mówię do niego - chłopaki szykują się na ciebie. Ty trąba jesteś, ty w czapę dostaniesz.
Jest mi wszystko jedno co ze mną zrobi. Obojętne jest mi to.
- Zjeżdżaj - rzucam w jego stronę.
- Ty uważaj se - mówi on - uważaj se ty.
Odchodzi. Jest szola. Wstaję i wchodzę do przewiewnego koryta. Wiatr hula. Biały nie reaguje. Jedziemy razem jak kumple. Nie chce poznać nawet mojego znaczka.
- Kolegia. To nas zabija - przede mną starszy mężczyzna - wiesz, to trzeba poruszyć, zdemaskować. To jest ich aparat wyzysku. Oni tym niszczą nas, uzależniają. To trzeba zwalczyć, odkryć, obnażyć. Ci czerwoni robią z nas niewolników, tak niewolników do cholery. Przełaziłem przez trawnik, fakt, że chodziłem tam cały czas - mówi - w bloku mieszkam. W Anglii to czekają, aż ludzie wydepczą ścieżki dopiero zakładają trawniki, A u nas - macha ręką - gliniarz widział, pokłóciłem się. Były różnice zdań. Wiesz, ile te cholery mi na kolegium dali. 60 tysięcy - mówi potrząsając żylastą, spracowaną ręką - prawie cała wypłata. Nie pytali o dzieci, z czego żyć będę. 60 tysięcy albo pierdel. A ja wojnę pamiętam, całą pamiętam biedę - ma łzy w oczach.
Nie pytam go o nic. Siedzę i ściskam jego czarną, żylastą dłoń. Ja też mam łzy w oczach. Rozumiemy się bez słów, bez gatki. Wiem, że to jest ich metoda. Zażądali szczególnych uprawnień do Sejmu. Dla wzmożenia represji, dla terroru, dla zastraszenia. Oni mają wszystko my nic, oni mają sądy, kolegia, terrorystów z MO, ZOMO, ROMO, sokistów, UB-owców, tajniaków, służby specjalne, ORMO. Oni mają kary, mandaty, uprawnienia. A my? Co mamy my? Co ma ten pojedynczy człowiek, zagubiony, zastraszony? My silni jesteśmy jednością, my w Solidarności zrzeszeni - przypominają mi się słowa Mariana - Bóg jest z nami przyjaciele. On zwycięży. Widzę teraz z nieoczekiwaną jasnością odkrywczość tych słów. Solidarność to nasza siła, nadzieja. Potęga w jedności robotniczej. Jest to gwiazda jaśniejąca na szarym firmamencie polskiego ludocięmięstwa. Ich potęga, tych którzy gnębią nas swoją siłą jest słabością tylko. Oni są przesiąknięci strachem utraty swoich pozycji. Oni bledną widząc naszą jedność. Oni boją się. Strach paraliżuje ich działanie. Oni są przegrani. Ich już pokonaliśmy. Gdzieś w głębi duszy budzi się krzyk. Wrzask radości co targa. Patrzę na otaczające mnie twarze. Oni to też rozumieją. Pochylam się nad stołem i ściskam spracowaną dłoń, którą trzymam w swoim ręku. Natłok maleje. Mam sporo notatek opisanych na gorąco. Muszę to opracować. Ująć w jakieś ramy chronologicznego porządku. Odchodzę na bok. Siadam na drewnianym podium i piszę Orędzie do uczestników Konferencji Praw Człowieka. To temat rzeka, niewyczerpany temat tabu. Studenci skupiają się wokół siebie strajkujących. Opowiadają żywo gestykulując.
Prawa człowieka zaklęte w obłędnym kole socjalistycznej praworządności. To nie pojedyncze przypadki bezprawia, ale cały system skierowany przeciw społeczeństwu. Wszystko, wszystko. Sądy podległe czerwonemu reżimowi i podporządkowanie jego interesom, niezawisłe tylko z nazwy. Bandyci z MO i UB. Ileż morderstw mają na swoim sumieniu? Sam wiem o kilku przypadkach pobicia na śmierć przez milicyjnych oprawców, ale to były sprawy regionalne. Ich nie podawała prasa, radio, TV. Oni mają długie ręce, potrafią wyciszyć. Sprawa księdza Popiełuszki nie była odosobniona. Była tylko znana, bo nie można było już jej zagmatwać. Trzej muszkieterowie spartolili ją, nie zabili dokładnie, bez śladu. Ponieśli za to karę.
Podchodzą WiP-owcy. Umawiam się z nimi na jutro. Przyjdą po gotowy tekst orędzia. Moje myśli nadal błądzą pośród absurdu prawa istniejącego w tym kraju. Kolegia orzekające stanowią najbardziej wyrafinowaną formę wyzysku finansowego. Średnie wyroki ferowane za najlżejsze przewinienia, a nie podlegające gestii sądu ze względu na zbyt małe zło społeczne, przekraczają z reguły kilkakrotnie miesięczny zarobek obwinionego. Kolegiami karze się i straszy ludzi dosłownie aa wszystko. Za peta rzuconego na chodnik, za nieprawidłowe przejście przez ulicę, za nie podjęcie pracy, za nie zameldowanie, za poglądy, za fizjonomię, za, za, za! Wtrąca się siłą do więzień. Wszak za nie uiszczenie kary pieniężnej obwiniony zostaje wtrącony do Zakładu Karnego, gdzie wraz z pospolitymi przestępcami odpracowuje rabat swojej ojczyźnie. Oderwany od dzieci, żony na miesiąc, dwa, trzy. To jest szkoła życia w polskiej pierestrojce, reforma socjalistycznej przemiany.
Myśli gdzieś ulatują. Siedzę, patrzę przed siebie bezmyślnie. Czterech naszych chłopaków zawiozło dzisiaj pieniądze na "Morcinka". Wśród nich był Maj. Nazywam go różańczykiem, on organizuje codzienne modlitwy. Przeprowadza Jasnogórskie apele i pisze wiersze. Długie, ładne, rymowane wiersze o nas, o proteście naszej słusznej sprawy. Wszystkie stara się przeplatać wiarą i łączyć z Bogiem, z Jego miłością. To go inspiruje, wzmacnia. Wiersze czyta i dedykuje nam w nagrodę za modlitwę odmawianą przed cechownianym krzyżem. On jest naprawdę wyjątkowym człowiekiem. Czasami, kiedy przyglądam się jego poczynaniom wydaje mi się, że tak postępują ludzie szczególni. On jest taki. Widzę go jak staje na podwyższeniu, drobny, nieśmiały. I jak odżywa, wzrasta wraz z potokiem słów, dominuje. Mówi:

Spójrz Barbaro na nas z góry
Wokół Ciebie z dymem chmury
Na podsadce dymią pety
W sercach radość jest niestety.

Na podsadce zimnej łóżka
nie potrzebna nam poduszka
Trochę trzeba też cierpienia
nim się powie do widzenia.

Dzielne nasze są chłopaki
nic nie zrobią im ataki.
Dobrze pełnią wartę w koło
chociaż w nocy, lecz wesoło.

Krzyż Jezusa jest na ścianie
słyszy nasze też chrapanie
I miłością nas rozgrzewa
cisza nocna do snu śpiewa.

Chłopcy grali na gitarze
Posiadali przed ołtarzem
I śpiewali pieśni mile
kto zapomni taką chwilę?

Grupka mała, wielkie męstwo
serca czuły to zwycięstwo.
Delegacji kilka było
chociaż głodno, ale miło.

Dużo ludzi uciekało
bo się cienia swego bało
Taki plecy swoje kryje
nie wie po co nawet żyje.

To już piąty dzień strajku. Piąty dzień niesamowitej nerwówki, próby charakteru każdego z nas i konsekwencja. To jest trudna decyzja. Większość ludzi pamięta rok 81-wszy. Terror, bicie, aresztowania, obozy odosobnienia, które rządowa propaganda nazwała internowaniem. Marian często wspomina Bożka. On przewodniczył wtedy Moszczenickiej "Solidarności". Obecnie leży w szpitalu, leczy rany odnawiające się po torturach jakie przeszedł w 81-wszym po komisariatach i więzieniach PRL Wytrzymał, przetrwał. Ludzie mówią o nim wiele. Jawi mi się obraz energicznego, pełnego inwencji człowieka. Gdyby on był, marzy mi się, gdyby był. Brakuje nam takiego kogoś. Kogoś doświadczonego, który potrafi porwać, unieść za sobą siłą swojego charakteru, entuzjazmu, wiary, autorytetu.
Niektórzy z .nas nie wytrzymują tego obciążenia, zmywają się jak złodzieje przez płoty, kiedy ciemność ukrywa ich ucieczkę. Wybierają wygodę, ciepłe łóżko, rodzinny nastrój albo okazyjny urlop, w którym mogą się wyspać, posprzątać mieszkanie, czy ewentualnie zaorać pole. Miejscowi Ślązacy to przeważnie chłopo-górnicy.
Wczoraj przyprowadzili jednego z płotu. Był wystraszony. Nerwowo kręcił w ręku zgasłego peta. Był z nami dwa dni, później znikł.
- Nie chciałem im podpaść - mówi, często przerywa, jąka się ze wzruszenia - Sztajgier kazał przyjść. No to zjechałem na dół. Przełaziłem przez płot żebyśta nie widzieli. Wstyd było. Ma łzy w oczach. Wokół twarde, zacięte twarze.
- Świnia - słyszę - łamistrajk, wkopać do życi, pierdel pieruński. On jest już całkowicie załamany, trzęsie się.
- Wstyd kolego, wstyd - mówią.
- Będziesz zjeżdżał - pytam - czy zostajesz? Podnosi głowę i rozgląda się nieśmiało.
- Zostanę, jak przyjmieta mnie, zostanę.
- No jak chłopy, damy mu szansę?- spoglądam po twarzach. Odrywam wzrok od zapisków. Przy stole pingpongowym zacięty mecz o mistrzostwo .
Już nas obsmarowali w czerwonej "Trybunie Robotniczej". To regionalna codzienna szmira. Wiele czytałem prasy we wszystkich zakątkach kraju, ale to czym pasą tutaj ludzi to anachronizm , tylko w bardziej umordowionej formie. Ci z "Trybuny Robotniczej" zdają się robić konkurencję tym z "Trybuny Ludu". Patrzę na rozrzucone szpalty gazety. Tam na "Moszczenicy" dobrze się bawią, opalają się, grają w ping-ponga. Nie martwią się spadkiem wydobycia węgla ani milionowymi stratami. My wszyscy poniesiemy konsekwencje głupoty i uporu garstki zaślepionych małolatów - dowiaduję się z gazety.


9.

Słyszę warkot, który dudni, narasta. Ludzie wychodzą. Mieliśmy już wizytę helikopterów. Były dwa, latały nisko obserwując kopalnię. Może filmowali, szukali słabego miejsca przez które można byłoby się wedrzeć, wtargnąć? Patrzę w górę. Widać z daleka obły kształt śmigłowca, poszedł w prawo. Ten nie był przeznaczony dla nas. Powracam do pisania, chciałbym wszystko przekazać, wszystko co złe w tym kraju, co jest obłudne, co uwłaczające. Nie muszę szukać daleko, ani zbyt długo. To było pięć dni temu. To tak jakby to było wczoraj. Wpatrywałem się w telegram przyniesiony ze szpitala. Jan nie żyje. Mieszkałem u niego razem z Kaką. Był chory, a my nie zameldowani. Najgorsze były noce. Wtedy gdy kaszlał, dusił się w chronicznym ataku alergii. To były długie noce. Kiedy poczuł się zupełnie kiepsko odwiozłem go do szpitala. Był niedaleko, na tej samej ulicy. Chodziliśmy do niego codziennie. Wydawało się, że jest lepiej. I nagle ten telegram. Niedługo potem przyszli oni, ci z MO. Wyprowadzili w padający mokry puch do stojącej obok suki. Śnieg wirował dookoła białymi, lepkimi płatkami. Godziny przesłuchań, pisania, wyjaśnienia. Na nic nie zdały się protesty. Powieźli nas pobielonymi ulicami w śnieżną zamieć do przeznaczenia, którym było więzienie. Ściekałem w ręku pomięty telegram, a w sercu ból co targał, co płakał, wył we ranie. Za co? Za co? Za co?
W radio nic nowego. Robią na nas nagonkę. Strajk rozszerzy się. Stoją już wszystkie kopalnie w Jastrzębiu. Uważają, że jest to strajk niepoważny, zorganizowany chyba tylko dla rozrywki. Ano niech mówią, znam tą gadkę, przekręcaną w zależności od sytuacji. Zna ją każdy. Jest obłudna i śmiesznie głupia. Może doprowadzić do szaleńczego śmiechu nawet kilkuletnie dziecko. Oni rozumieją, ci z PZPR-u, oni wiedzą, że naszym działaniem jest przeciwstawianie się bezsensownym spekulacjom gospodarczym, rabunkowej eksploatacji i politycznym dążeniom komunistycznej władzy. Oni wiedzą to wszystko. Radio piszczy. Ktoś szuka Wolnej Europy. Słuchamy codziennie głosu z Zachodu, jest wiarygodny. Na dworze szaro. Niskie chmury zdają się zawadzać o wysoki moszczenicki komin.

W drzwiach cechowni spora grupa. To wrócili nasi z "Morcinka". Widzę kilka nowych twarzy. Podchodzą. Dziękują nam za paczki i pieniądze. To sami młodzi chłopcy. Mają gitarę. Prowadzę ich na podium. Mówią o sobie, o atmosferze na "Morcinku". Ludzie skupiają się, słuchają zachłannie, chciwie chwytają każde słowo, śpiewamy "My robotnicy ziemi tej". Jest dobra, luźna atmosfera. Siadamy wokół nich na postękujących deskach. Struny gitary brzmią trącane palcami. Śpiewamy. Jest wesoło, mimo że na dworze szaro, smutno, beznadziejnie. Śpiewamy. Repertuar jest świetny, młodzieżowy, przemawia do nas prostotą solidarnościowej idei. Odsuwam się nieco od rozśpiewanego tłumu. Mam jeszcze pracę. Pochylony kończę postulaty Praw Człowieka. Wcielanie siłą do służby wojskowej poborowych, którzy mają odroczenia. To również umieszczam między postulatami. Biorą ich za uczestnictwo w strajku. To jedna z metod tych od rządzenia, śpiew brzmi obok, nie przeszkadza mi. Piszę. Podrywa mnie hymn. Wokół stoją wszyscy. Głowy zwrócone ku drzwiom. Rozlega się "Jeszcze Polska nie zginęła". Staram się dotrzeć co spowodowało ten podniosły nastrój. Rozglądam się. Pytam stojącego obok.
- Wszedł jakiś facet - mówi mi - ten grubas. Pokazuje na "Menadżera". Zaczął, no to my za nim. Może to ktoś z regionu. Śpiew zamiera. Przepycham się.
- Co jest? - pytam. Menadżer śmieje się.
- A co - mówi - dobrze wyszło. Co?
- Jasne, że dobrze, ale dla kogo to- dociekam. Stanął w drzwiach. Menadżer jest dumny z siebie. Szycha jakaś - myślę - podobny do Wałęsy, mówi całkiem jak on. No to na co czekać miałem. No to hymn. A gdzie on, rozgląda się dookoła.
- Baranie - mówi Heniek - ty baranie. To nadsztygar z wydobywczego. On nawet wąsów nie ma.
Patrzę na zdziwioną twarz Menadżera. Ogarnia mnie pusty śmiech. Zanoszę się chichotem.
- Wałęsa przyjechał nas odwiedzić - wyrzucam z siebie - Lechu jest z nami. Moje rżenie ginie w ogólnym tumulcie wesołości. Chłopaki z "Morcinka" są z nami do wieczora. Są porządnie zmęczeni. Zachrypli. Myślę, że za bardzo chcieli się nam odwdzięczyć. Przeholowali chyba. Odprowadzamy ich po kolacji, zapraszamy na częściej. Daję im sporo gazet i kolportażu. Niech mają, zasłużyli. Idę umyć zakurzoną twarz. Maj organizuje wieczorną modlitwę. Skupiamy się pod czarną figurą, Ojcze nasz, któryś jest w niebie... słowa płyną w ciszy nocnego majestatu. Siedzę pod oszklona ścianą cechowni. Za plecami ciemna bezksiężycowa noc. Piszę postulaty do Dyrekcji KWK. Orędzie Praw Człowieka mam już dopracowane. Obok grupa chłopaków . Uzgadniamy najważniejsze dla nas sprawy. Mam już ich kilkanaście, zapisane w punktach. Ruch przy stole do ping-ponga zamarł. Jest cicho, większość strajkujących śpi. Rozłożeni po krzesłach i cieplejszych kątach przenieśli się do innego wymiaru. Patrzę na zegarek, jest 2°°. Siedzę jeszcze chwilę, przeglądam nasze postulaty. Oczy bolą', czuję piach pod powiekami. Opieram się o drewnianą poręcz. Opadam w dół, w czarną dziurę nieświadomości.
Budzę się zcierpnięty. Zimno. Czuję dreszcze w umęczonym ciele. Na cechowni ruch. Przecieram oczy. Dzień 22.08. godz. 6.30.
Już tak późno. Nie wierzę, a jednak. Otrząsam z siebie resztki snu. Przed chwilą przybył delegat z Zarządu Regionu. Ma kolportaż. Wokół niego ruch, wypytują ciekawi wiadomości z zewnątrz. Teraz mamy wiarę, że nie jesteśmy sami, że ktoś łączy w całość nasz protest. Nadaje temu szerszy rozdźwięk, wiąże pojedyncze ogniwa. Skupiamy się wokół. Słuchamy. Mówi dużo, ciekawie. Koledzy w całym kraju sympatyzują się z naszym strajkiem. Zewsząd przyjeżdżają do Zarządu. Są przedstawiciele inteligencji, kultury i sztuki, ludzie indywidualni i organizacje, studenci i robotnicy, młodzież szkół i emeryci, lekarze i ludzie rożnych zawodów. Wszyscy. Wszyscy są z nami. Mówi o starej kobiecie, emerytce rolnej jak wyciągnęła z zawieszonego na szyi węzełka tysiąc złotych. Masz synku dla nich, kup im chleba. Oni nie powinni być głodni. Weź, mi nie trzeba grosza, nie trzeba oszczędności. Weź. Przeglądam przywieziony kolportaż. Jest duży wybór: "Miesięcznik Małopolski", "Jesteśmy", "Powstanie Warszawskie", "Biały Orzeł" . Odkładam po jednym egzemplarzu, to do archiwum. Resztę rozdaję między wyciągnięte ręce. Jest gwar, robi się jakoś weselej i radośniej, jakoś lżej na duszy. To cieszy, że ludzie są z nami, że wiedzą, pomagają, a więc i wiara jest, że ten strajk był potrzebny, że tak trzeba było. Grupa rolników z białostockiego zebrała fundusz na kilka wieprzów. Już je przerabiają, przyjadą gotowe wędliny, mówi na odchodnym. Nie zatrzymujemy go. Kusi iść dalej na inne kopalnie powiedzieć to co nam, podnieść na duchu. Pomóc moralnie. Wzmocnić. Proszę, żeby zaglądał częściej. On albo ktoś inny z Zarządu. Potrzebujemy tego. Kiwa głową ze zrozumieniem. - To da się zrobić - mówi.
Jest 7.00. Jak ten czas leci, teraz kiedy jest coś ciekawego. Pamiętam nieraz wleczące się minuty, długie i rozciągliwe jak godziny. Pod bramą tłok. Stoją ci, którzy zjeżdżają na dół. Oni zabezpieczają kopalnię i urządzenia wydobywcze w czasie postoju. Szefem od organizowania tego jest Marek Kwiatkowski. Stoi teraz z listą i wyczytuje nazwiska. Wpuszcza tylko tych, którzy są na niej. Ilość uzgodniona z nadsztygarem. Jest obowiązkowy i konsekwentny, ogranicza ilość zjeżdżających do minimum. Każda taka grupa liczy po kilka osób. Słyszałem jak wykłócał się o to.
- Sztygara liczę jako robotnika - perswadował- Miech zasuwa. Dosyć się napanoszyli. Robota ich uszlachetni.
Pomaga mu w tym Rysiek. Obaj mają to opanowane. Jest to nerwowa i odpowiedzialna robota. Poza tym zajmuje się rozstawianiem wart, zwalczaniem sabotażu i porządkiem w ogóle. Idziemy na dół do pomieszczenia. Jest cały Zarząd. Mówią o danych, jakie ogłasza codziennie dyrekcyjny radiowęzeł. Na cechowni, gdzie przebywamy są czynne biura nadsztygarów i tych z dyrekcji. Oni zdają „Łysemu” relację. Jesteśmy na tarczy. Uzgadniamy o konieczności usunięcia ich z cechowni. Mogliśmy to już zrobić dawno. Cóż lepiej późno niż wcale. Marek z Ryśkiem idą powiadomić biurowych o naszej decyzji. Dają im godzinę na wyniesienie się. W pomieszczeniu na dole jest zimno, nieprzyjemnie, a ja jestem chyba przeziębiony. Boli mnie gardło. Idę na cechownię. Siadam przy szerokim, mszalnym stole. Koryguję postulaty górników skierowane do dyrekcji. Przepisuję na oddzielnym arkuszu. To będzie wisiało na tablicy ogłoszeń. Ludzie mają zapoznać się z tym, zaznajomić. Obowiązki wyznaczają całodzienny rytm. Każdy ma jakiś wycinek pracy, na którym działa. Jest nas mniej, ubyło sporo poborowych. Ludzie nie wytrzymują presji, boją się. To przez radiowęzeł. Andrzej powiedział, że zrobi z tym porządek. Teraz poszedł sprawdzić połączenia. Patrzę w przepisane postulaty. Zastanawiam się, gdzie należałoby je umieścić. W drzwiach otwartego pomieszczenia biurowego Marek rozmawia z dyrekcyjnym biuralistą żywo gestykulując.
- Miał pan godzinę - słyszę - To dużo czasu na usunięcie wszystkich szpargałów.
- Panie - protestuje -mól - ja nie mogę tak na łapu capu. Jutro może. Marek odwraca się, idzie szybkim krokiem. Wychodzi z cechowni. Słyszę jakieś trzaski i skrzypienie. Ten ma pomysły. Pcha przed sobą taczkę. Obok kilku naszych. Zatrzymuje się przed biurem,
- Ładować go - mówi do stojących.
Podchodzę do nich. Mól jest najwyraźniej wystraszony.
- Panowie, co jest? Co? - Są już obok niego. Wyciągnięte ręce są wymowne.
- Ależ panowie ja żartowałem.
Zwijam papiery i już mnie nie ma. Po co to? Bierze pod pachę kilka tekturowych teczek.
- A zaplombuj pan drzwi - dorzuca Marek - Żeby na nas nie było. Mól odchodzi, nie ogląda się.
- No co - śmieje się Marek - dobrze zrobiłem.
Przytakuję z uznaniem. Taczka to niby takie nic taki prymitywny przyrząd, ale jakże przemawia do wyobraźni. Przyznaję mu rację. Podchodzę do skrzynek z wodą. Wszystkie puste, nie ma czym przepić. Woda z kranu cuchnie paskudnie. Nie można tego przełknąć. Menadżer obiecał wymianę. Przyglądam mu się bacznie. On mnie niepokoi. To zaczęło się wczoraj ni z tego, ni z owego. Siedzieliśmy, była mowa trawa tak dla rozrywki. I wtedy zaczął.
- Wiecie - mówi - najlepiej wiać na południe. Jak nas zaatakują to na południe i dalej przez płot i w lasy. Powtarzał to kilka razy.
- Menadżer -mówię - to nie jest śmieszne, zmień płytę. Zacietrzewił się
- Ja poważnie przecież. Wiem, że nas rozbiją. Rozniosą na pałach. Mówię wam najlepiej na południe, trzeba tylko uważać na rowy, jest tam rozkopane. On zaczyna mnie denerwować.
- Ty - mówi Janusz Ostrowski - zamknij się, wyłącz się. Ty psubracie. Janusz to spokojny chłopak, ale widać go ruszyło. - I nie mów o tym więcej, bo dostaniesz ode mnie po pysku. Osobiście. Zapamiętaj to. Menadżer odchodzi.
- Janusz ma rację - mówię - Nastrój psujesz chłopie. Niepotrzebnie. Zajmij się lepiej wodą.
- Wiecie, on to już wczoraj pieprzył - mówi Bogdan Krauze. Łaził i nawracał. Taki palant może rozgonić nam ludzi. Trzeba go poobserwować - wtrącam. Menadżer siedzi na krześle. To potężny chłop. Siadam obok.
- Ciężko - mówię - co? Tyle czasu. Chciałoby się do domu, do żony. Jasne - wzdycha.
- Obiecałeś wczoraj wodę, w skrzyniach wszystko puste. Rusz dupę Menadżer - mówię - Załatw to. Masz przecież wtyki w magazynie.
- Nie ma sprawy, mówiłem to załatwię. Obiecali za godzinę.


10.

Wyciągam zeszyt z notatkami. Przeglądam. Natrafiam na prawie nieczytelne bazgroły. Próbuję to odczytać. Pisałem to w nocy, kiedy stałem na warcie przy bramie ZRG. Wzięło mnie wtedy na amen. Czytam.

Gwiazdy nie bledną nad ranem
Dojrzewają w ciszy spadających meteorów
Lśnią jak moje serce budzące cię o brzasku
One żyją, wplecione w niewidzialną barierę grawitacji
Ewolucją rozsiane w sieci istnienia
Gwiazdy o poranku nie gasną
One błyszczą jak perły rzucone w nieskończoność.

Menadżer jest zachwycony.
- Ładne to jest - chwali - ładne. Wiesz, ja też potrafię pisać wiersze. Pisz. Daję mu kartkę i długopis.
-No pisz - zachęcam - Pisz.
Przeglądam zeszyt. Cały zmięty, poplamiony, brudny, ale to nieważne. Ważna jest treść, to co jest w nim. Mam sporo braków, muszę to uzupełnić. Wątpię, czy wyjdę na bieżąco. Czasami odczuwam już wstręt do pisania. Czuję przesyt. Komunikaty, orędzia, postulaty, Kronika. Kręćka można dostać, zbzikować można, zwariować można by też. Wszystko można. - Ty, Antek - Menadżer trąca mnie - Mam.
- A! Wiersz - przypominam sobie - No to czytaj. On wstydzi się. Wal bracie. To nie ma wstydu. Jedź z tym koksem.
- Tytuł "Sztajgier" - mówi. Ma ochrypły głos. Przypuszczam, że jest przeziębiony. Czyta:
Chodzi sztajgier po ociosie, palcem smarki dłubie w nosie.
Wciąż o domu swoim marzy, czy mu Mańka jaja waży.
Nic go węgiel nie obchodzi, bo go żonka za nos wodzi.
Choćby ktoś z brygady zginął, byle szybko dzień mu minął.

Świetne to - chwalę Menadżera - Tu jest głębia i krytyka. Ty pisać powinieneś. Pisać Menadżer. Widzę, że cieszy go to.
- To - mówi - pierwsza zwrotka dopiero. Poczekaj aż skończę. Ten wiersz to zatańczyć można - kontynuuje.
- Potrafisz - pytam.
- Jasne. Patrz.
Wstaje i skacze śmiesznie. Kołysze się, przechyla, obraca w koło. Wszystko to robi w rytm wymawianych słów swojego wiersza. Podchodzą ludzie. - Co jest - pyta ktoś.
- Menadżer wiersz tańczy — mówię.
Wokół śmiech. Jest mi smutno, myślę o nim. Udaje, gra, czy rzeczywiście ma coś z psychiką. Nie wiem. Na razie. Menadżer kończy. Siada spocony, zmęczony, szczęśliwy. Biorę prasę.
Konferencja Stowarzyszenia Znawców Prawa Międzynarodowego - czytam. Patronat objął Wojciech Jaruzelski. Co za ironia losu myślę. Co za absurd. A może to dobrze. Może dzięki temu nie odważą się nas ruszyć, nie zaatakują. Pod koniec tygodnia zaczyna się w Krakowie Kongres Praw Człowieka. To również będzie z korzyścią dla nas, to jakby gwarancja. Chciałbym uzupełnić kronikę strajku. Otwieram zeszyt i patrzę bezmyślnie w zakurzone szyby cechowni. Widzę przed oczyma twarz Kaki. Jesteśmy razem od roku. Tak mało wiem o jej życiu. Życie. Jej życie. Zawsze kiedy powracała do przeżytych lat, kiedy mówiła o nich wyczuwałem w jej głosie strach. Urodziła się w 1943r. w Gdyni pod bombami alianckich samolotów. Leżała obok martwej kobiety, która była jej matką. Tak ją znaleźli, ktoś przeciął pępowinę. Pamięta sierociniec, drewniany, ukryty wśród drzew. Takich jak ona było wielu. Matka nazywała się Doüter, ojciec gdzieś w Wermachcie wcielał idee Hitlera. Była Niemką. Jeszcze dziś widzi kobietę idącą w jej kierunku, już po wojnie. Kobieta zatrzymuje się. Patrzy. Podchodzi. Gładzi ciemne, poskręcane włosy. Małe serce oszalało, bije niesamowitym rytmem. To ona.
- Mamusiu - przejmujący krzyk - Mamusiu moja kochana. Mamusiu, dlaczego nie przychodziłaś po mnie.
Wychowywała się w atmosferze miłości. Oni nie mogli mieć dzieci. Była jedynaczką. Kiedyś spostrzegłem blizny na jej ciele. Długie, ciągnące się wąskim, nierównym ściegiem. Nie patrz - prosiła - To nieważne. Uśmiechała się przez łzy. To papieros tylko. Nikły, jarzący się w mroku, jak błędny ognik.
- On wynajdował różne sposoby. Urozmaicał sobie sex. Gwoździe pod prześcieradłem, pasy do krępowania rąk, przypalanie. Miał wiele sposobów. Mój mąż był wymagającym mężczyzną.
Chciałbym żeby przyszła dzisiaj, żeby była. Jest woda. Menadżer to obrotny chłop. Znoszą już pełne skrzynie z akumulatorowego wózka. Jest tego sporo, będzie czym przepłukać rozognione gardła. Po cechowni kręci się pijany facet. To od nas, był w domu. Tłumaczy się Markowi.
- Wypiłem niedużo, zaszkodziło mi chyba. Wlezę w kąt i wytrzeźwieję.
- Wiesz - mówi Marek – wiesz, dobrze że kurwy ze sobą nie przyprowadziłeś. Wyprowadzają go za bramę. Tu na Śląsku pije się dużo, przeważnie zaraz po pracy. Kiedyś uciekł mi autobus. Siedziałem w poczekalni przed kopalnią. Światło jarzeniówek rzuca jasny blask na zaśmieconą lastrykową posadzkę. Puste flaszki po wódce walają się pod ławkami. Przy wysokim stoliku stoi grupka. Grają w pokera. Rzucają szeleszczące banknoty, przebijają. Rośnie góra papierosów. Naprzeciw na ławce libacja. Piją z gwinta. Zwykła czysta ostro wchodzi do głowy, atakuje zachłannie szare komórki. Ten młody nawet się nie krzywi, nie parska przy przełykaniu. Nie czuje już nic, on jest spity. Mruczy coś niewyraźnie, nagle śpiewa głośno, dobitnie. Odpowiada echo. Wszystkie rybki mają pipki... Po chwili zwisa bezwładnie. Jest nieprzytomny. Tutaj dużo się pije, bardzo dużo. Kiedyś pytałem chłopaków z wólca dlaczego tak jest? Dlaczego zapijają się codziennie.
- Stary, a co nam pozostało. Jakie tu rozrywki masz. Przychodzisz z kopalni na hotel i co masz robić. Czy można w koło słuchać radia, czy patrzeć w ten cholerny telewizor. Przy kartach wiadomo, gorzoła. To się wypije, a jak nie, idzie sie na miasto zaliczyć piwo. Połazisz i co? z powrotem na wólec. Można wyć z tęsknoty. Rozrywki nie ma. Nie ma nic na tym cholernym Śląsku, nic oprócz zatrutego powietrza i gorzoły. Ani w Jastrzębiu, ani w Wodzisławiu nie ma w ogóle zabaw ani dancingów. To gdzie, ja się pytam, można poderwać dziewczynę? No gdzie? Na ulicy, w kopalni. To sypialnia jest. Duża, betonowa, cholerna sypialnia. Na wólec nie możesz nikogo przyprowadzić, choćby to była twoja rodzona żona. Nikogo. To co? No to pije się. Tu na hotelu są całe bimbrownie. Przeważnie na pojedynkach. Zbyt jest. Na miejscu wszystko. Kiedyś pić się chciało chłopakom z pokoju, a to przed wypłatą, w kieszeni pustka. No to zebraliśmy się, naradzili. Ciemne okulary, długie płaszcze. Poszli we dwóch piętro wyżej, niby tajniacy. Meliniarz był na drugim piętrze. Jeden błysnął mu przed nosem czerwoną legitymacją.
- Jesteśmy funkcjonariuszami milicji - przedstawili się. Spisali faceta. Meliniarz był pokorny, miał pełne gacie. Bał się. Zarekwirowali wszystko z alkoholu. Było tego ze dwadzieścia litrów. Zabrali do analizy. Niezłe było. Dwa dni my analizę robili. Byłem spity jak byk. Oni też. Pomysł był mój, ryzyko nikłe. Człowieku, na tym hotelu mieszka kilkaset chłopa. Kto by tam znał wszystkich. To była libacja. Ma rozmarzone oczy. To był fajerwerk, słów szkoda. Leżałem na wyrze, balon na stoliku. Rurka kołysała mi się koło nosa, nie potrzebowałem nawet podnosić głowy. Wystarczyło pociągnąć. Wtedy to było życie człowieku.
Na cechowni zwykły ruch, krzątanina. Jest z nami dziewczyna. Jest od samego początku. Młoda, ładna. Elżbieta Świadek, mężatka. Pracuje na "Moszczenicy" od roku. Jestem pełen podziwu. Spokojna, zrównoważona, prowadzi nam stołówkę. Segreguje prowiant, przygotowuje kanapki, sprząta. Jest wspaniała. Jakże wiele mogliby nauczyć się od niej ci spod bramy. Ci leżący teraz z wypiętymi pępkami na miękkich tapczanach, ci którzy wymądrzają się przed swoimi dziećmi, żonami. To im zawsze najwięcej rozchodziło się o wypłaty, oni podnosili szum. Za mało, za mało. Gdzie teraz są. Rano jeden z naszych porwał listę deklarantów. To ci, którzy chcą pracować, kiedy my strajkujemy. To są ci co boją się stracić dniówki, chcą zgarnąć judaszowe srebrniki. Podpisują listę. Czekają po godzinie w kolejce, żeby wpisać swoje nazwisko, chociaż wiedzą, że nie będą pracować. Ale oni nie chcą stracić, oni nie, a to, że zatracają swoją godność, swój honor, upadlają swoją ludzką egzystencję, swoje ja to nic. To się nie liczy, to jest nieważne. Cóż, kiedy plujesz w oczy świni ona mówi, że deszcz pada. Coś w tym jest. Patrzę na przyniesioną listę. Jest na niej kilkadziesiąt nazwisk. Niektóre prawie nieczytelne. Oglądali ją już wszyscy. Niech wiedzą, niech poznają bohaterów kopalni "Moszczenica". Przyszła kobieta z magazynu. Proponuje załatwienie płótna. Tak przecież nie można - mówi - noce są zimne. Przeziębicie się. Przynosimy ciężkie wały. Rozwijamy na marmurowych płytach posadzki. To jest świetny pomysł, będzie ciepło. Łącznik z bramy chce kogoś z Zarządu. Idę. To dziennikarz z "Trybuny Ludu", chce rozmawiać. - Idź pan do dyrektora - mówię - Pańska gazeta jest odbiciem nastrojów towarzyszy z PZPR. Tutaj takich nie ma. Jasne - powtarza wartownik. Oni pociskają zwykły koper. Zjeżdżaj towarzyszu. Przed bramą wjazdową od strony kopalni dźwig. Wjazd jest zatarasowany. To daje nam odrobinę pewności. Stoi od samego początku strajku. Jest solą w oku tych od propagandy. Nie mogąc czepić się niczego, obsmarowują ten samochód, że blokuje drogę p/pożarową. A on cichy taki, skromny. Stoi sobie i tyle. Zajęli się nim szpece, ci od "Trybuny Robotniczej". Ale on jest obojętny, nie przejmuje się. Stoi. Na cechowni porządek, składamy porozstawiane krzesła, układamy posłania na noc. Elka rządzi przy stole z prowiantem. Znosimy butelki po wodzie sodowej. Jest nieźle. Zabezpieczamy wejście na kopalnię. Przestawiamy ciężkie, betonowe płyty, budujemy barykadę w przejściu obok portierni. To tak na wszelki wypadek. Któryś z naszych przyniósł radio z kolumnami. Ustawiają to teraz na podium. Podłączają. Są trudności. Kolumny od .Jonasza, radio od Kajfasza. Nie pasują wejścia. Kombinują na różne sposoby. Wreszcie jest efekt. Głos dudni, odbija Się od ścian cechowni. Można słuchać nie podchodząc bliżej. Jest Kaka . Jak to dobrze, że jest, że przyszła. Milicjanci patrzą znudzonym wzrokiem. Jeden ziewa szeroko, sennie. Oni też mają dość.
- Skarżą się - mówi Gienek.-Ma tu znajomego gliniarza na bramie. Oni po cichu sprzyjają nam. Przecież też widzą, myślą, rozumieją. Chodź Kaka, chodź przysiądziemy gdzieś na uboczu. Przytulam się do ciepłego, ufnego ciała. Obok nas mężczyzna i kobieta. Stoją zapatrzeni w siebie, splecieni ramionami. Milczący, nieobecni. Milczymy też. Jest dobrze, nie trzeba mówić. Rozumiemy się.


11.

Mamy odwiedziny. To z "Maja". Jest z nimi student z Wrocławia. Cieszą się, że ten dzień jest taki bogaty. Dobrze że są.
- Co z wami było? -pytam - Późno zaczęliście!
Fakt - przyznają - ale u nas ciężko było. Próbowaliśmy już dwa razy. Nic nie wyszło, ludzie się bali. Straszyli, że odizolują, że zwolnią prowodyrów. Starych u nas dużo, trudno było.
- Ważne że jesteście - mówię - To jest ważne.
Prosimy, żeby opowiedzieli o sobie, o sytuacji. Mówią, dzielą się wrażeniami. Słuchamy skupieni wokół. Takie spotkanie zaciska więź, dodaje sił, otuchy. Wzmacnia naszą robotniczą jedność, a w niej, w jedności nasza siła. Potęga. Ci od koryta tego boją się najwięcej. Tyle lat próbowali skłócić nasze środowisko. Zatruć, opanować. Nie dali rady. Fałsz zawsze wyjdzie, jak igła z worka, wypływa jak oliwa albo pogrąży się jak przerdzewiały, bezużyteczny wrak. Zatonie. Ciemność kładzie swoją dłoń na wysokim kominie. Wypełnia jaśniejące punkty czarnym woalem niewiedzy. Kładzie sen na umęczonym, rozpalonym ciele.
Budzę się rano .Jest 5°°. Szaro, na dworze widnieje. ludzie jeszcze śpią zmęczeni wrażeniami poprzedniego dnia. Kąpię się. Z gardłem już lepiej. Woda spływa przyjemną strugą, usuwa sen. Oczy szczypią z niewyspania. Mam wątpliwości w wielu sprawach. To szósty dzień. Grają na zwłokę, ci z rządu. Na wyniszczenie czekają, na śmierć naturalną. Jak dobrze byłoby już pracować . Podobno w "Andaluzji" pożar. Pali się ściana. Mówili w porannych wiadomościach. Dlaczego .nie ma nikogo na rozmowy z nami. Chcą nas zbagatelizować, nie wiedzieć, nie słyszeć. My się nie liczymy, nie istniejemy. Przed oczyma widzę hasło potężne, stalowe. Jest umocowane nad łaźnią przy Głównych Szybach. "Praca. Oszczędność. Dobrobyt." Pierwsze dwa wyrazy to dla nas. To jest dla robotników. Trzeci, tzn. dobrobyt, to dla nich, dla ideologicznych przywódców, dla tych od rządzenia, dla szpeców od komunizmu. Haja to jest, Jakby powiedział stary August. Szajs to jest!
Piję ciepłą, lurowatą kawę. Przełknąłem kilka prochów. Kaka dała mi je wczoraj. Czuję gorzki smak. Może pomogą. Oby. Nie ma co palić. Przy bramie jest Marek. Tłumaczy coś zawzięcie stojącym tam chłopakom.
- Nie wychodź - mówi - Przyjechały posiłki. Patrz.
Odchodzę na bok. Przed portiernią równy szereg w mundurach. Robi mi się niebiesko w oczach. Fioletowo mi się robi, wstrętnie, niedobrze, źle.
- Nie wychodź - powtarza- Mogą cię zwinąć.
Daję pieniądze wychodzącej kobiecie. Jest ze służby zdrowia. Wraca po chwili obładowana papierosami. Biorę to wraz z prasą.
- Do widzenia chłopcy, trzymajcie się - mówi.
Wracam na cechownię. Pisać muszę, pisać. To moja odskocznia. Radio dudni. Wiadomości. Wojewoda zarządził dla Jastrzębia godzinę milicyjną od 23°°- 5°°. Jakie to jest głupie, myślę. Po co im to. Jedynie żeby wywołać wrażenie, popłoch w narodzie. Siadam do pisania. Pozostał mi tylko jeden wkład, a i ten szwankuje. Przerywa złośliwie i nieoczekiwanie. Niektóre rzeczy są złośliwe jak ludzie. Jak ten wkład. Menadżer spieszy z pomocą. Załatwię ci to. Nie ma sprawy. Patrzę za nim, widzę przez zaciemnione szyby cechowni jak oddala się w strome bramy. Znika. Menadżer to cholernie ciekawy typ. Jaki on jest? Nie wiem. Jeszcze nie wiem. Marian Nowak bryluje. Rozmawia. Tłumaczy, gestykuluje. Przyjaciele, zwycięstwo jest z nami, zwyciężymy - słyszę poprzez walący werbel, który płynie z kolumn. Na pierwszej stronie "Trybuny Robotniczej" duży, czerwony nagłówek "Nie pozwólmy, aby Polska stała się krajem bezprawia i anarchii". To przemyślenia i wypociny generała broni towarzysza Czesława Kiszczaka. Treść wiadoma. Z początku lukru odrobina, stwierdzenie braków i niedociągnięć w życiu codziennym. Kilka krokodylich łez. No i wtedy konkret. Ci od anarchii, czyli my, ci od strajkowania mogą przygotować już swoje pośladki. Bo komunizm sprawiedliwy. Niczego nie zapomni. Poniesiecie karę słuszną i sprawiedliwą. Zrobili go przywódcą Komitetu Rady Ministrów d/s przestrzegania Prawa, Porządku Publicznego i Dyscypliny Społecznej. Tak to odpowiedni człowiek. Co do tego nie mam wątpliwości najmniejszych. Ale mam niedosyt z powodu, moim zdaniem, zawężonej ilości funkcji tegoż towarzysza. Bardzo musi się nudzić. Chyba że ma zainteresowania, uboczne powiedzmy. Dojeżdżam do: że trwający już od szeregu dni stan rzeczy godzi dotkliwie w nadrzędne dobro narodu. Czytam raz jeszcze, nie wierzę własnym oczom. Ten facet jest naprawdę odważny. Tylko w dwóch zdaniach znalazłem wyraz partia i KC. Może on jest z nami myślę. Może przejrzał. W radio Banaszak śpiewa. To mnie wzrusza. Kofta. Szkoda go. Właśnie, jak on zmarł ? Nie wiem. To jego słowa: "Nie. Ty nie możesz teraz odejść. Jestem rozpalonym lodem" dociera do świadomości. Mógł popełnić samobójstwo. Poeci mają nadwrażliwość życia.  Ilu odeszło ich w ten sposób? On był z Kujaw, z Łazieńca. Ziomas. Mieszkał tam kiedyś w chałupie pod strzechą, nad Trzeciakiem. Trzeciak to staw, w którym skrzeczą żaby i skrzypi trzcina przy nasypie, którym jeżdżą pociągi do Ciechocinka. Zamyślam się nad tajemnicą życia. Marność nad marnościami. Marność. Ot finał cały. Podchodzi Marian.
- Tworzysz przyjacielu - mówi. Siada obok, Z radia idą przeboje Czerwonych Gitar. Przypominają moją młodość. Wyrywam się z zadumy.
- Niech Bóg cię natchnie - słyszę głos Mariana - Pisz przyjacielu. Wiesz Marian to trwa za długo, to bigos się robi.
- Doczekamy się przyjacielu. Doczekamy się Tosiek, że będziemy mogli iść z podniesioną głową. Wchodzi Andrzej Półgrosiewicz. Ma wypchaną torbę. Daje mi kilka piłeczek pingpongowych.
- Byłem w domu - mówi - Byli u mnie, gliny. Matka załamana- płacze. Mówi, że mnie aresztują.
- Już się zaczyna - mówię. Podaję mu "Trybunę Robotniczą". Nic nie trzeba. Nie trzeba mówić nic. To niepotrzebne. Gram seta z młodym chłopakiem. Piłka ani paletka nie chce mnie słuchać. Przegrywam dwoma punktami. Zły jestem. Już tak długo nie grałem. Może kilkanaście lat. Siadam, nie zdążyłem nawet się rozgrzać. Wyciągam zeszyt. Trzymam go pod bluzą. Tak jest najlepiej. Leży na sercu, czyli jest pod ręką. Jak oddać ten autentyzm. Myśli rozpraszają się. Odchodzę. Te dni, tu na "Moszczenicy" są dla mnie dziwne, nerwowe, wyczekujące. Oczekujące na coś. Na coś niespełnionego. Niewiadomego. Widzę jak Maj rozgląda się. Obiega wzrokiem salę. Idzie w moją stronę, podchodzi. - Mam dwa- mówi.
- Wiersze? - pytam. Kiwa głową.
- Dwa mam - powtarza - napisałem je. Ale coś za coś. Modlitwa najpierw, dziesiątka różańca. A w nagrodę wiersz.
- Dobra. Tak zrobimy Józiu, zrobimy tak.
Każdy modli się indywidualnie, wewnątrz, w sobie, zamyka się jak w sanktuarium, w pustelni. Sam na sam. Solo z tą wieczną tęsknotą ludzi. Z tajemnicą nie odkrytą do końca. Sądzę, że między nami są ateiści. Trzeba szanować przekonania. Oni również w coś wierzą, choćby w swoją niewiarę - jak powiedział kiedyś poeta-trubadur.
- Zbiorowa modlitwa to jest siła. Bóg ją słyszy i da nam zwycięstwo- przekonuje Maj. Przeglądam wiersze, które mi wręczył. Cenzura odrzuciłaby ci pół tekstu, nie boisz się pisać tak ostro? Patrzy na mnie łagodnymi, nieśmiałymi oczyma.
- Czego? Poprzednio też pisałem, w 81-rwszym. Wezwali mnie. Pytają - Wasze to? Widzę że moje, a czyje być mają.
- Moje mówię.
- Dlaczego pisaliście? Kto kazał?
- Natchnienie i tyle. Nikt nie kazał - odpowiadam.
- Toście poeta - zaczyna wrabiać przesłuchujący - A to że złe to jest, że błędne, to co, to nic dla was.
- Wykształcenia nie mam - mówię - to i z ortografią tak jakoś idę. Ale ja się tam panie nie wstydzę tego co napisałem, niech to i z błędami. Postraszyli, nawymyślali. Puścili.
- Szczęście masz, że cię nie złoili - mówię.
- Ja się tam swojego pisania nie wstydzę - powtarza - Bóg ze mną. On mnie prowadzi.
- Niech ci tam i Bóg, niech cię tam prowadzi pod gwiazdą szczęśliwą, poeto ty niezłomny, piewco moszczenicki - myślę - Niech jest z tobą. Pamiętam nagonkę na księdza Popiełuszkę. Same wysokie tony. Preludium propagandy. Ekstaza. Święte oburzenie komunistycznej jedności. A miłość gdzie?, a gdzie wzglądem państwa obowiązek? Wydobyto go zamęczonego, pobitego, uduszonego, utopionego, wyjęto księdza Jerzego jak protest, dźwignięto jak krzyk rozpaczy w ciszy zmartwychwstałego ciała. Krzyżowa droga spełniła się, dojrzała i umarła znacząc krzyk boleści na monolicie komunistycznego ideału. Trzech sprawiedliwych! Zeszło z wyżyn, by się spełniło. Sędziów trzech sprawiedliwych i miłosiernych, wyznawców umiłowanego. Nieśli ze sobą w spokoju pistolety i kajdany, pały dzierżyli w dłoni w wielkim zadowoleniu i miłości. Kamienie mieli, wór płócienny i knebel. By się spełniło. I nic i tylko pustka. I śmiech co zamiera. Śmiej się.
Dzień bez uśmiechu przecież jest stracony. Rad bądź że żyjesz. Że Hadesu wrota widzisz przed Tobą szczelnie zapuszczone. Spójrz!
Ponad głową masz błękitne niebo
Nie patrz pod nogi Tam przecież są trupy.
Wypłyń gdzieś łodzią na lazur jeziora. Tam nie zobaczysz rozdeptanej jaźni
Odbij szeroką dłonią gwintowany
kapsel I łyknij, wypij śmiało.
To da zapomnienie! Nie śmiejesz się?
Dziwne Może to sumienie?
Wygnaj je, odpędź to tylko uczucie. Patrz jak fala drobnym rytmem goni
Fala za falą dąży po błękicie. Mówisz - że słońca nie ma ponad Twoją głową
Że sępy? Kruki?
Nie, to urojenie. Nie patrz ku górze. Śmiej się, śmiej wesoło.
I wypij do dna, Ugasisz pragnienie To radość życia. Niech więc śmiech szeroki
wstrząśnie Twym ciałem, niech krew szybciej płynie
Lecz nie, cóż widzę. Miast śmiać się, Ty płaczesz? Śmiej się. Dzień bez uśmiechu przecież jest stracony.
To na przestrogę i na pamięć wieczną. Na zrozumienie i próżność. Na butę i fałsz codzienny, mordercom naszym - dedykuję. Oby darzyło ci się Ojcze Jerzy na tej polanie niebiańskiej.
Chodź Józiu zwołamy ludzi. Zrobimy tę dziesiątkę różańca. Chodź Józiu pomodlimy się wspólnie. To jest potęga.
Przychodzi łącznik, są z nim chłopaki z "Boryni". Przynoszą wiadomość o "Lubinie", że stoi. Mimo wszystko nie cieszy mnie to. Dlaczego milczą ci z rządu? To tylko ich nieudolność. Nie chcą rozmawiać, mimo, że strajk się rozszerza. Rząd wyżywi się z powodzeniem - przypominają mi się słowa geniusza prasowego rządu. Tak oni łatwo nie oddadzą swojego koryta. Raczej we własnej krwi nas utopią, porozstrzelają, wytłuką, zamkną, zmasakrują raczej. Oni. Komuniści. 


12.

Siadam do przepisywania postulatów do dyrekcji. To dla "Łysego", trzeba mu to wręczyć. Pisanie nie idzie. Przed oczyma koła, czarne spirale, esy-floresy. Normalnie, zwykła migrena. Namawiam do pisania. Szukam z ładnym charakterem, ze wsi może być. Nikt się nie kwapi. Wreszcie jest. Dobrze że z długopisem. Mój wczorajszy pisarz zmył się. Śpi może. Tłumaczę mu co i jak. Zawadzam Mariana.
- Ty, ludzi przygotuj sobie na rozmowy z "Łysym" - mówię. Ma wątpliwości.
- Powinniśmy mu je przedstawić. Dać mu te postulaty. To są nasze zakładowe bolączki - przekonuję. - Niech ma zajętą głowę i mało czasu na głupoty.
- Jeśli tak uważasz.
- Uważam tak, uważam. Ludzie chcą tego również.
Zastanawiam się co będzie z tych rozmów, co wyniknie. Czy to ma sens? Lecz w tym co robimy jest przecież cel. Sens naszego przyszłego życia. Egzystencji naszych dzieci. Za dużo kombinują. Mam chyba dzisiaj kryzysowy dzień. Głowa mnie boli, pęka w szwach. Łykam następną porcję prochów. Siadam z tyłu, poza gwarem. Ściskam tętniące skronie w spoconych dłoniach. Łącznik wyczytuje nazwiska. Odwiedziny. Kaka miała być. Mówiła wczoraj. Łącznik podchodzi.
- Jest pańska żona - uśmiecha się porozumiewawczo. Idę. Jestem przygnębiony jednak nadal. Tak, dziś mam na pewno zły dzień. Przechodzę obok barykady. Stoi tam nasz człowiek. Żąda przepustkę. Wiem, że należałoby dać. Została jednak w torbie.
- Stary - mówię do niego - Stary nie czepiaj się.
Widzę ją. Ma ciepły, zielony sweter. Na dworze zimno. Siąpi deszcz i osiada cienką mżawką. Wnika w głąb ubrania. W ciało. Obok Kaki Teresa Kaliciak. Ona ma tu zięcia. To Jurek Trębicki. Pracuje na "Moszczenicy" już kilka lat.
- Kaka - mówię. Przenika mnie dreszcz. Czuję ciepło emanujące z niej. Całuję ją długo, gorąco. Przyjemnie jest. Szkoda że pada dzisiaj.
- Patrz, jakie świetne krzaki.
- Za stromo - przekomarza się.
Siadamy na szorstkich, wilgotnych deskach. Teresa nerwowo rozgląda się za Jurkiem.
- Nie ma go, nie ma - powtarza.
- Rano był, widziałem go. Może jest na warcie - tłumaczę. Kaka wygląda mi licho.
- Jak ty schudłaś. Śliczne moje.
- To są nerwy - szepcze - Przeżywam to za mocno. Ja nie mogę inaczej. Nerwy. Nie mogę jeść, spać nie mogę, śmiać się też nie potrafię. Ja już nic nie mogę. Ten pokój pusty, ponury, bez ciebie. Boję się, że nie zniosę tego. Często spoglądam na tabletki. Za często. Całuję jej drgające wargi.
- Kikuś - mówię - musisz. Ty musisz mieć teraz dużo siły. Przejdziemy przez to, przetrzymamy. I zapomnimy.
- Wiem - przerywa- ale tak ciężko. To mnie dobija, niszczy. Gładzę jej włosy wtulone w owal twarzy. Czuję wilgotne pasemka pod palcami.
- Kocham cię - szepcę jej - Kocham.
Patrzę jak oddala się, wspina po wysokich drewnianych schodach. Przechodzę pod zawieszonym kołkiem zagradzającym przejście. Widzę jak stoi na górze. Ręka podniesiona. Wydaje mi się, że ma zapłakane oczy. Rozpakowuję przyniesiony prowiant. Właściwie głodu nie czuję. Przełykam jednak kanapkę, jem bez apetytu. Mamy odwiedziny. To są chłopaki z „XXX-lecia PRL” Jest ich dwóch. Z nimi nasz łącznik. Milicja nie dopuszcza rodzin do bramy. Są odcięci od prowiantu. W nocy mieli manifestację siły. Zastraszenia. Zjechała kolumna milicyjnych samochodów, krążyli. Opowiadają podnieceni. Znamy to, mieliśmy to już. Wiemy jak jest. Znowu powracają do tematu wyżywienia.
- Ogłoście strajk głodowy - doradzam - Przecież musicie się przeciwstawić. Obnażyć ich działanie. Trzeba o tym mówić, wołać głośno, donośnie. Pisać o tym. Rozpropagować: "Ze względu na nie dopuszczenie przez służby porządkowe MO rodzin przynoszących żywność dla strajkujących górników z dniem 24 sierpnia ogłaszamy na KWK „XXX-lecia PRL” strajk głodowy". Kiwają głowami. Powinno pomóc.
- Jest nas na kopalni dwa tysiące - mówią. - To jest siła. W przeważającej części pewni, gotowi na wszystko. Materiału wybuchowego nie brakuje.
- Tak, ale to jest ryzykowne. Po co zaraz wszystko wysadzać. Wychodzą na podium. Gromadzimy się wokół. Nasi słuchają. Dobrze, że są ciekawi.
- Zwyciężymy - słyszę - Racja jest po naszej stronie. Ostatnie słowa giną pośród wrzawy. Siadam pod ścianą. Piszę. Nie przeszkadza mi hałas grających w ping-ponga, ani szum rozmów. Piszę. Podchodzi Jurek Markowski.
- Patrz, to jest strajkowa broda. Gęsty, ciemny zarost pokrywa twarz. Wiesz - ciągnie dalej - Te cholerne gnojki, te łamistrajki po tym całym cholernym bałaganie będą całowali ją. O tu - dotyka palcem zarostu na brodzie.
- Zbyt duża tolerancja kolego. Oni powinni całować cię po dupie - ripostuję. Sam nie wiem skąd bierze się we mnie tyle złośliwości.
- Ciekawe, czy oni będą mieli zapłacone, przecież leżą po chałupach z wypiętymi kołdunami, jak wieprze. Jurek wyraźnie jest rozdrażniony. Wszyscy, z którymi rozmawiałem mieli żal - pamiętam to doskonale. Na Zachodnich i tutaj, na Głównych też. Narzekali na złe traktowanie, na płace, na ciężką robotę, na nierealny ustrój, w którym tkwimy. Dlaczego nie są z nami, czemu nie chcą zrealizować swoich marzeń? Nie próbują stworzyć sobie sami życia do jakiego chcieli się dostać? Czemu? Andrzej Półgrosiewicz ciągnie mnie.
- Musimy wyeksponować jeden punkt - wyjaśnia.
Schodzimy w dół schodami. To postulat dotyczący rozłąki w naszych żądaniach.
- Tak to jest zagmatwane, zmienimy to. Kombinuję pochylony nad stołem. Słyszę szum, pokój napełnia się. To łącznicy. Są zmoknięci. Obserwuję twarze. Dobrze chyba - myślę. Robi się gwar.
- Chłopcy, wszystko staje. Tych palantów od rządzenia ruszyło nawet. Są już rozmowy na temat rozmów. Dobrze jest. Wymieniają po kolei dołączające się miasta, strajkujące zakłady. Fajnie jest. Na cechowni krzyk. Oni również już wiedzą. Maj ściska mi dłoń. Jest dobrze. Na czarnej tablicy nazwy strajkujących kopalń. Nie mieszczą się już na czarnym tle. Pisze Andrzej. Obok nazwy kopalni liczba strajkujących. Jest hałas. Po chwili radości odczuwam zmęczenie. To długo już trwa.
- Marian - mówię - jak wygramy dasz mi tydzień urlopu. Ten wypoczynek, jaki sobie tu zafundowałem wybitnie mi nie odpowiada. Jest mi znów wesoło. Dobrze mi jest. Zamyślam się, sam nie wiem o czym. Słyszę głosy rozmów. Czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy z K-Su nie dowierzają mi. Może się mylę. Ta zmiana nastroju, istna huśtawka. Przed oczyma zielone pola, niezmierzony horyzont. Dal niebosiężna i wolność, swoboda, ruch. Widzę twarze swoich chłopców. Jestem cholernie zmęczony. Dzisiaj miała być dograna sprawa postulatów. "Łysy" powinien je mieć już u siebie na biurku. U nas jednak wybitny brak organizacji. Nie dostałem listu z domu. Tęsknię do swoich chłopców, są tacy młodzi. Chciałbym żeby byli przy mnie. To już noc. Grubo po północy. Minął kolejny dzień. Idę opłukać wodą rozpaloną twarz. W klozecie syf. Zapchane wszystko. Woda stoi na posadzce, przelewa się. Smród. Przyszedł hydraulik ze sprężyną. Nie naprawił, ale nic, trzeba to zablokować. Obok pojedyncza damska toaleta. Czy wystarczy? Na dworze dżdżysto. Mokry pył osiada na ubraniu. Ciemno. Nisko snujące się chmury zakrywają horyzont. Idę na obchód warty. Ciągnie mnie ze sobą Jurek Kryś. To jeden z tych, którzy zawieźli forsę na "Morcinka". On trzymał kasę. Idziemy, lgnę w lepkim błocie. W klapkach jestem tylko. Tu mogą wejść wszędzie. Dziury w parkanie, zbyt mała obsada wart na wschodnich rubieżach - wylicza Kryś. Pokazuje duży wyłom w płocie.
- Patrz - wskazuje - tu nie tylko człowiek, ale i czołg przejedzie. Warty za rzadko rozstawione. Widzę w perspektywie kilka postaci, zbliżamy się. Nie reagują. Są obojętni. W ciemności na pewno nie wiedzą kim jesteśmy. Stoicie tu na warcie - pytam głośno.
- Tak, trzymamy - to, słyszę w odpowiedzi. Podchodzą, rozmawiamy chwilę. Jurek prowadzi dalej. Lgnę w błocie. Jestem przemoczony. Mogłem wciągnąć buty - myślę. Kryś powtarza w koło.
- Będą pchali się tutaj.
- Chłopie - tłumaczę - Oni przez bramę się wewalą, tutaj nie będą się pchali. Tu nie.
Jest trzecia nad ranem. Piorę utytłane skarpety, myję klapki. Na podium żarliwa dyskusja. Stoi kilku. Łącznik przyniósł wiadomość, że dziś będą rozbijać kopalnie. Władza chce zakończyć strajk siłą. Udowodnić chcą kto tu rządzi. Ano zobaczymy. Siadam obok i słucham. Chcą się zbroić. Zastawić bramy. Andrzej mówi o śrubach, trzeba to zgromadzić przed główną bramą. Do obrony. Śruby przeciw petardom, gazom , karabinom, czołgom.
- Chcecie walczyć - pytam serio.
Patrzą na mnie, przytakują. Jeżeli tak to musimy rozwalić komorę, dostać się do materiałów wybuchowych - mówię. Rozwalimy, To trwa pół godziny - podchwytuje Heniek. On jest strzałowym. Będziemy mieć ten cholerny dynamit. Mówi no i jak trzeba zrobić, świetnie, mamy to rozwiązane. Kwestia budynku. To musi być rudera, która wytrzyma oblężenie. Solidna, blisko szybu. Nadaje się markownia. Tam można się zablokować. Heniek patrzy na mnie uważnie.
- Pozostał jeszcze trzeci problem, mianowicie żarcie.
- Nie ma problemu. W chłodni mamy zapasy. Starczy. No i dobrze.
- No i mamy sprawę rozwiązaną, teoretycznie.
Możemy wysadzić ZOMO-wców. Siedzieć choćby do zimy. Ale trzeba pamiętać, że to się kiedyś skończy do cholery, że trzeba będzie rozliczyć się z tego pieprzonego burdelu. Co więc robić? Siedzieć i czekać na zbawienie - rzuca Andrzej. Jestem zmęczony. Dochodzi 4°° nad ranem. Radzę położyć się. Sen przyniesie rozwiązanie. Wszyscy dookoła już śpią, prócz wart i nas. Śmiać mi się chce ze wszystkiego. Palę następnego papierosa. Może to jest dwudziesty, a może sześćdziesiąty. Język szczypie od nadmiaru nikotyny. Myśli odchodzą, ociężały jestem. Wchodzę na podium i kładę się obok Mariana. On śpi już od kilku godzin. Wtulam się w szpary między deskami. Z zeszytu wypada kartka -to wiersz Maja.
Strajki - Jastrzębie Wiary...

Więc Jastrzębie miasto małe
szerzy Polsce w świecie chwałę
jest to miasto silnej wiary
i docenia Boże dary.

Ten piętnasty sierpień ważna data
brat do strajku woła brata
I Manifest pierwszy staje
znak wolności światu daje.

Drugi staje znów "Morcinek"
będzie z rządem pojedynek
Trzecia staje "Moszczenica"
świat się Polską już zachwyca

Coraz więcej staje wkoło
będzie w rządzie znów wesoło
Stają huty, port, koleje
rząd niedługo już zemdleje

Będzie wielka wnet odnowa
za firany rząd się schowa
Bo nie ładnie spojrzeć w oczy
gdy zwycięży lud roboczy

Solidarność was przygarnie
nie pozwoli zginąć wam też marnie
Bo szanuje godność prawa
kochać wszystkich Boża sprawa.

Na nas czołgi, pały, siła
by złość nowe groby ryła
Zmieńcie serca w miłość ducha
cały naród was usłucha.


13.

Wiara i miłość to jest to co dominować powinno. Mottem naszym być i światłem w mroku. Zasypiam ściskając w dłoni poplamioną kartkę. Czuję poprzez sen ścierpnięte ciało i zimno, które wnika w głąb. Naciągam grubą, puchową pierzynę, ale ta ucieka mi, odjeżdża zaprzężona w parę białych koni. Ktoś strzela długą, szczękliwą serię. Atakują -myśli przebiegają jak huragan. To już jawa. Szczęki tłuką jak oszalałe. Zimno. Och, jak bardzo zimno. Obudziło mnie moje własne szczękolenie. Już nie ma strzelania. Jest cicho. Godzina 6.30. Ludzie śpią jeszcze, zagrzebani w płóciennych, szpargałach. Ogrzewam się podskakując rytmicznie. Czuję krew w żyłach. Wczorajsza dyskusja przedłużyła się, a ja zapomniałem w ferworze słów o dzisiejszym komunikacie. Muszę to zrobić, już, od ręki. Schodzę do pomieszczenia Komitetu. Grzebię pośród nagromadzonego materiału. Przeglądam. Patrzę na list jaki leży.

Zabrze dn. 19. VIII.88r.

Do Górników
KWK "Moszczenica" ,w Jastrzębiu Zdroju

Drodzy Górnicy - Przyjaciele!!!

Listem tym wyrażam swoje poparcie dla Waszych żądań, a szczególnie żądania powtórnej legalizacji NSZZ "Solidarność". Siedem minionych lat dobitnie wykazało, że brak autentycznej reprezentacji ludzi pracy w życiu społecznym pogłębił szybko postępujący kryzys gospodarczy, a kraj nasz znalazł się daleko poza tzw. "Trzecim światem". Rządzący muszą zdać sobie sprawę, że autentyczne reformy mogą być dokonane tylko wtedy, kiedy uzna się podmiotowość człowieka pracy i przestanie się nim rozporządzać jak swoją własnością. Dla nas gwarancją powodzenia reformy gospodarczej będzie stworzenie warunków dla rozwoju i swobodnego działania WSZZ "Solidarność", podjęcie rozmów przez rząd z autentycznymi przedstawicielami społeczeństwa oraz wprowadzenie szeroko rozumianego pluralizmu społeczno-politycznego. Dziś, gdy z każdym dniem obniża się poziom życia społeczeństwa macie prawo do uzasadnionego protestu, macie prawo do strajku. Natomiast moja nieobecność wśród was spowodowana jest pobytem w szpitalu.

Górnicy!
Żądajmy zmian, a nie deklaracji.
Solidaryzuję sie z Wami hasłem: „Nie ma wolności bez Solidarności”
I myślę, że tak jedną jak i drugą musimy sami wywalczyć. Nikt za nas tego nie zrobi

"Szczęść Boże" Romuald Bożko
Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „SOLIDARNOŚĆ”.

Pamiętam ten list, został odczytany na cechowni. Przyniósł go bodajże Marian Nowak. On ma kontakt z Bożko. Wszyscy chcieliby, żeby on był. To wyczuwa się w rozmowach. To człowiek, który ma tu niebywały autorytet. Był również drugi list, też ze szpitala. Wypowiadał się w nim bardziej radykalnie. Występował wręcz przeciw panującemu nastrojowi i otwartej walce z czerwonym reżimem. On jest zaangażowany niesamowicie. Cóż, taki powinien być człowiek walczący o swoje ideały. Póki co zabieram się do pisania, ale powieki: mam jakieś ciężkie, jakby nasiąknięte ołowiem. Chwila, moment jeszcze. Siedzę z zamkniętymi oczami. Myślę o starej , siwej kobiecinie umierającej daleko, na „Kujawach białych", pośród kwiatów różnobarwnych, na które patrzy może teraz. Patrzy i myśli o swoim chłopcu, który hen gdzieś na Śląsku zadymionym. Ona umiera - to moja Matka - jakże ona kochała kwiaty! Miłością nieogarniętą, jedyną, kwiecistą, różaną.

"KWIATY"
Dzisiaj rozkwitły czerwone kwiaty
w ogródku mojej matki.
Czerwone i gorące, jak pocałunki
składane na ustach dziewczyny.

Dotykałem je swoimi wargami
czułem ich delikatny zapach
Rozsiany między falującymi
piersiami przedwiośnia.

Słaniały się - rozchylały swoje
czerwone płatki - uwodziły.

Wiatr szumiący w koronach starej gruszy
zwoływał skrzydlatych oblubieńców
I rzucał im w twarz
słodki zapach miłosnego uniesienia.

Dzisiaj widziałem Twoje usta Mamo
te - które pamiętam.
Czerwone i gorące, jak kwiaty
w Twoim kolorowym ogrodzie.

Nie opanowuję wzruszenia. To jest we mnie. Ten żal, niech jest. Na cechowni ruch. Wychodzę na górę. Marian pyta o komunikat. Będzie -mówię - Będzie na czas. Odpędzam natrętne myśli co powracają jak nocna zmora, jak złudzenie szczęśliwej chwili. Piszę.

Koledzy!
Odnieśliśmy zwycięstwo! Mimo zarzutów, jakie wystosował dyrektor i inni chowający się pod płaszczykiem skostniałych struktur i przegranych ideałów. Wygraliśmy my. W naszym proteście nie podjęliśmy rozmów z dyrekcją. Nie domagaliśmy się podwyżki, ani polepszenia warunków socjalnych. Kierował nami cel nadrzędny. Jesteśmy sumieniem narodu. Jego głosem, który poruszy skostniałe struktury, zdemaskuje regres w jakim tkwi nasz rząd i państwo. To właśnie my zmusiliśmy jajogłowych kacyków odpowiedzialnych za rozwój gospodarczy państwa, za postęp tzw. reformy do wyjaśnienia, do wyjawienia prawdy. Teraz wiemy, że reforma to kolejny chwyt propagandowy, że ma na celu obniżenie poziomu życia. Wiemy, że nic nie robiło się w wyprowadzeniu kraju z gospodarczego bagna. Była tylko propaganda, ogłupiająca i wszechobecna, odradzająca się ciągle jak niezniszczalna Hydra. Dzisiaj ludzie odpowiedzialni za, nasze państwo umywają ręce, odpędzają się od odpowiedzialności. Zwalają winę na innych. Jutro zapomną o swoich ideałach i wyruszą na "zgniły Zachód", aby trwonić zielone wypracowane naszą krwawicą. Takich ideologów w przeszłości było wielu. Nie dajcie się ogłupić. Otwórzcie szerzej oczy. Tylko my stworzymy godną rzeczywistość tego kraju.


Oddycham z ulgą. Wywaliłem to z siebie jednym tchem. Wciskam Marianowi napisany tekst. Niech się odczepi. Podchodzi Zygmunt Rojecki. Siada obok. Opowiada o swoim chłopcu, ma trzy lata.
- Rozrabia niemożliwie. Rozkręca mi wszystko co daje się rozebrać -łącznie z telewizorem.
- Będziesz miał mechanika chłopie. Ciesz się.



14.

Dziwne, teraz wszyscy mówią o domu, o żonach, o swoich dzieciach. To obok naszego strajku temat numer jeden. Tęsknota robi swoje. Jak dobrze byłoby już być w domu. Jak dobrze byłoby być z chłopcami. Tęskno, ale nic, przetrzyma się, nie takie wytrzymywało się rozterki. Nie takie pragnienia. Wytrzyma się, nawet na klęczkach, chociażby było ciężko . Może dziś już zaczną się rozmowy. Zaczynają szum o jakimś okrągłym stole. Ale to nic pewnego. To jest ich zagrywa na zwłokę, na odciągnięcie. Normalne, podstępne działanie nieodrodnych uczniów wielkiego "Mordercy" ze Wschodu. Oni, uczniowie, bronią swoich ideałów, otaczają czerwoną mafię szczelnym kordonem niebieskich goryli. Pewni są jeszcze. Zarozumiali. Zapomnieli już? Zapomnieli lekcji historii. Nie chcą widzieć milionów pomordowanych przez komunistyczną sprawiedliwość. Więc przypominam wam, tym którzy nie chcą widzieć. Krzyczę tym, którzy nie chcą usłyszeć. To są cytaty z prasy radzieckiej: "Ludzi zabijano całymi grupami. Stawiano ich w rząd, kneblowano każdemu usta czopem i zawiązywano szmatą, by nie wypluł knebla. Zabójcy byli w mundurach NKWD. Strzelali z karabinu w bok, w głowę pierwszego w szeregu, by jednym pociskiem porazić jednocześnie dwie osoby. Po rozstrzelaniu grupy przysypywano ją warstwą ziemi, poprawiano trupy by było równo i podprowadzano następną grupę. Po napełnieniu dołu do samego wierzchu zasypywano piachem i wyrównywano.

Rozstrzelania rozpoczęły się w 1937r. Najpierw przeprowadzano je trzy razy dziennie, rano, o godzinie 14°° i wieczorem już po zmroku. Do lasu przywożono ludzi kilkoma samochodami na raz i rozstrzeliwano. W połowie 1937r. miejsce to ogrodzono, skazańców do rozstrzelania zaczęto przywozić według innego rozkładu: po południu, pod wieczór i przez całą noc. Wożono ich nieustannie każdego dnia. Gdy zaczęli strzelać słychać było jęki, płacz, przeklinania. To miejsce nazywało się Kuropaty. Rozstrzelania trwały aż do wybuchu wojny. Kuropaty, ponieważ wiosna rosły tam masowo białe kwiaty - kuropaty /zawilce/. Następny cytat: "Tylko na Białorusi w latach trzydziestych były poddawane represjom setki tysięcy osób. Znaczną ich część wysyłano na wschód i północ kraju, a pozostałych likwidowano do razu, niedaleko od miejsca zamieszkania. Było to znacznie tańsze i nie przeciążało i tak już przepełnionego transportu kolejowego. Gdzie jednak konkretnie likwidowano te setki tysięcy, w jakiej ziemi spoczęły ich kości?" Mało? Nie przemawia do wyobraźni? To teraz coś z konkretu. Cytuję! "Oto pędzą ludzi od miejsca do miejsca, w 20-stopniowy mróz przewożą w pociągu. Zatrzymują się na stacji.
- Wszyscy rozebrać się - komenderują konwojenci - Idziemy do łaźni. Gołych ludzi na trzaskającym mrozie oblewają wodą ze szlauchów.
- Przyjemnych -.wrażeń - kpią konwojenci - a teraz spać - i zamykają drzwi. Nazajutrz z całego pociągu przy życiu pozostają nieliczni. Zlodowaciałe trupy ładowano na furmanki, tak by zwisały głowy, a jeden z katów rozbijał je siekierą. Widocznie taki był rozkaz, dla pewności. Mijają lata, a z pamięci nie znika zabójca trupów,"

Kolejny cytat: "Wepchnęli mnie do pomieszczenia, w którym stała szczelnie przytulona do siebie cała masa ludzi, nawet nie było możliwości poruszyć się. Ludzie dusili się z braku powietrza, wariowali, umierali stojąc, a trupy stały wespół z żywymi i gdy nie było możliwości wciśnięcia nawet pół człowieka, nowych więźniów strażnicy rzucali na górę, na głowy żywych ludzi."

Kolejny cytat: "By wymusić zeznania więźniów zamykano w specjalnej komórce - ciemnej, niskiej, na półtora metra napełnionej lodowatą wodą. W jednym suchym miejscu stała czarna trumna i tylko w niej mógł znaleźć człowiek ratunek przeć wodą. Wiele osób wariowało w tej trumnie." Zanim nastąpi kolejny cytat cisza, sekunda ciszy, godzina ciszy. Niech nikt nie zagłusza zegara wieczności. Nikt, nigdy więcej. To jest apel zamrożonych, zmaltretowanych, bitych, głodzonych, rozstrzelanych. To jest apel milionów. To los jaki brat zgotował bratu. To jest głos narodu umęczonego. Wzywam Was zamordowani z Kuropaty. Wzywam was pomordowani w imię komunizmu ze wszystkich republik. Wzywam was bezimienni, szarzy, wdeptani w błoto. To jest apel pomordowanych. I nic więcej. I nic mniej. Głowę chylę przed tobą umęczony rosyjski narodzie. Klękam na kolana przed prochami twoimi. Wybacz mordercom swoim, ale wydrzyj broń z jego dłoni, aby już nigdy więcej. Ten ostatni cytat to dla hien jest przeznaczony. Dla wampirów ludobójstwa współczesnego. Ku przestrodze.

Cytuję: "W latach trzydziestych Mołotow powiadomił Stalina, że brakuje więzień. - A najważniejsze - skarży się Mołotow /w odróżnieniu od Stalina Mołotowowi nikt nie zarzuca choroby psychicznej/- aresztowanych trzeba karmić, a w kraju panował głód. Wtedy właśnie na szeroką skalą rozbudowano system obozów, zaczęto stosować zabójstwa ludzi w drodze na zesłanie, zabijanie chłodem i morzenie głodem itp. Zastosowano przy tym planową "postępową" metodę. Każde miasto, każdy rejon itd. otrzymywało swoisty rozdzielnik. Represje przeprowadzano zgodnie z harmonogramem. Wytworzyło się swoiste współzawodnictwo o wykonanie i przekroczenie planu represji /wykrywanie wrogów ludu/. Liczbę indywidualnie ujawnionych wrogów podawano w sprawozdaniach, wystąpieniach i w prasie. Gdy jednak rozdzielnika nie zrealizowano, a kończył się okres planowy - chwytano byle kogo. Wtedy właśnie krążyły "czarne kruki" po wsiach".

Już więcej nic. Refleksji chwila musi być. Chwila zastanowienia i zadumy. I cisza? Nie! Nie cisza! Głos wielki. Niech dzwonią po Kościołach, Synagogach. Niech biją dzwony prawosławne, katolickie, protestanckie. Niechaj huczą. Dźwięk prawdy niechaj znają wszyscy. Niech wiedzą. Biorę "Trybunę Robotniczą". 23 sierpnia 1988r. Wtorek. 6 stron. Cena 15zł. Czytać, zająć się czymś, aby odrzucić ten koszmar. Ten, co zalazł mi jak drzazga, co rozbija rytm myśli, co zabija. Wprowadzenie godziny milicyjnej w Jastrzębiu Zdroju. Czytam artykuły, paragrafy. Strachy na Lachy - towarzyszu wojewodo. Następny artykuł. Wszczęcie śledztwa o nielegalne kierowanie strajkami. Od 16 sierpnia br. prokuratorzy rejonowi ostrzegli kierujących w kopalniach strajkami, że są one nielegalne. Wzywali strajkujących do zaniechania niezgodnego z prawem postępowania. Ostrzeżenia te i wezwania nie odniosły pożądanego skutku. W związku z tym wczoraj prokurator rejonowy w Jastrzębiu Zdroju wszczął śledztwo o nielegalne kierowanie strajkami, to jest o przestępstwo z art. 54 ustawy z dnia 18 X 1982r. o związkach zawodowych.

Niech zdechnę. To wszystko jest na nas. Pokazują knut upleciony na nas, na robotników.
- Mordy na kłódkę - wołają do nas paragrafami - Wasze brudne, spękane pracą łapy nadają się tylko do parszywej roboty, do łopaty. Wy chamskie syny do tyrania. Od myślenia jesteśmy my, a wam wara. Wam stęchłe, zatrute powietrze, wam siedmiodniowy tydzień, harówy. Dla was obelgi, bat i paragrafy. Na odwrocie pełen wykaz strajkujących kopalń: "Andaluzja", "Manifest Lipcowy", "Jastrzębie", "ZHP", "Krupiński", "Borynia", "Morcinek", "XXX-lecia PRL", "1 Maja", "Moszczenica". Cały wykaz. Przy każdej kopalni odpowiednia charakteryzacja. "Pełna blokada zakładu", "Jaka będzie cena", "Radykalizacja żądań". Zatrzymuję się przy "Jednostronnym kontakcie". To o nas. Czytam to raz jeszcze. W kopalni "Moszczenica" trwa nielegalny, okupacyjny strajk. Dźwig nadal blokuje główną bramę, przez którą przechodzi główna droga pożarowa. Na bramach pikiety młodych ludzi. Od środy wieczora kopalnia nie pracuje - czytam. Piszą o tych, którzy podpisują się na listach, oni chcą pracować. To najohydniejszy odruch ludzkiego charakteru - myślę zagłębiając się w tekście. Jakie to obrzydliwe, Jak człowiek może podeptać tak własną godność i to nie za srebrnika, ale za zdewaluowanego złotego. Ano może, jak widać. Może. Po nocnym wypoczynku nowy entuzjazm. Nowak krąży pośród ludzi rozpromieniony, rozmowny.

- Przyjacielu - szepcze mi - przyjacielu. Dziś Bożko Roman będzie z nami, obiecał mi to. Tylko na razie - kładzie znacząco palec na ustach. W radio obrona idealnego komunizmu. Ten sam niesumienny bełkot od lat. Pełen frazesów, obłudny jak fatamorgana. Tamto co było kiedyś jest nieważne, nieistotne. Teraz buduje się komunizm, wspaniały, sprawiedliwy, świetlisty. Tamten sprzed lat, za Stalina, Chruszczowa, Breżniewa był zły, wypaczony.
Boże, jaka to dziecinada. Jakie to podłe i niesmaczne. I tak, aż do następnej zmiany. Umarł król, niech żyje król. Teraz będzie socjalizm, komunizm i diabli wiedzą co jeszcze. Ale kto, jaka instytucja zapewni, że za kilka lat następny wariat nie ujmie steru władzy i w imię nowych, komunistycznych racji nie wymorduje połowy ludności dla ustrojowej mrzonki. W kraju, gdzie nie może być opozycji wszystko jest możliwe. I cóż, że ogłoszono to oficjalnie. Przecież tak było zawsze, po każdej zmianie warty. Polska nie jest wyjątkiem w socjalistycznej biedocie. Nasza kultura jest jednak oparta na humanitaryzmie i głębokich zasadach wolnościowych. Jesteśmy integralną częścią kultury Zachodu, kultury, którą tworzyliśmy poprzez wieki. I dlatego nie potrafił w przeszłości, ani obecnie, żaden reżim zgnębić naszego narodu. Nie stłamsił świętych cech zakodowanych w osobowości słowiańskiej. Nie był zdolny do tego faszyzm, nie jest władczy komunizm, bo idee te są obce naszej kulturze jako niesprawiedliwe, złe i fałszywe. Lata sprawiedliwości socjalistycznej były dla nas i są okresem terroru i ucisku, kołtuństwa i zwyrodniałych zbrodni prymitywnych debili. Nagonki na wrogów ludu, imperialistycznych kapitalistów, kułaków. Ile cierpień , krzywdy, zabójstw, krwi rozlało się po naszej ziemi. Ale oni tego nie mówią, ci od komunizmu, bo co było, i co jest to kropla w morzu w porównaniu z milionami istnień, które unicestwiała systematycznie banda czerwonych sukinsynów ze Wschodu. Co? Może socjalizm wam się nie podoba? Wątpliwości macie?

Źródła biedy i niepowodzenia leżą u podstaw błędnych założeń gospodarczych i politycznych. W ich strukturze, przepisach, które mają na celu tylko i wyłącznie utrzymywanie ich funkcjonalności, a które już w samych swoich założeniach są błędne, stwardniałe, konstrukcyjne i konserwatywne. Brak elastyczności przy wprowadzaniu nowum w naszym przemyśle przyczyniło się i jest głównym powodem regresu i upadku naszej gospodarki. Obecny system nie jest w stanie utrzymać postępu technicznego, ani żadnego innego. RWPG to ciągły niedosyt, brak, niedostatek. To rządy knuta i kryzysu. RWPG rynek socjalistycznej wspólnoty, bufor Wspólnego Ryku był i jest bezsilnym molochem dławiącym się własnym ideologicznym zakłamaniem. Obecnie jest nieprzydatnym w ogóle tworem nie zdającym egzaminu w żadnym socjalistycznym państwie. To właśnie istniejący ustrój podzielił nasz kraj, wzbudził uprzedzenia, nienawiść. To komunizm pozbawił Ojczyznę tysięcy, jeśli nie milionów ludzi. Wyjście z kryzysu to pozbawienie władzy komunistów. Innego wyjścia nie ma. Niestety. Tylko wywieranie nieustannego nacisku i presji społecznej, postępująca dążność do stopniowego przejmowania inicjatyw wytrąca z rąk komunistów atuty jego egzystencji. Działalność partii faszystowskiej jest zabroniona prawem. Czyż nie czas już, aby komunizm jako ustrój jeszcze bardziej brutalny i krwawy wymazać z europejskiej i światowej rzeczywistości. Zabronić prawem. Odwoływać się do Lenina to tyle co odwoływać się do człowieka żyjącego w czasach manufaktur. A to co twierdził wcale nie musi być dziś słuszne, dlatego, że komunizm współczesny stworzył takie warunki, w jakich żył robotnik w XIX wieku -w kapitalistycznej nędzy ustroju. Kapitalizm obecny zrealizował żądania jakich pragnął Lenin. Role odwróciły się. I dlatego komunizm jest tylko płytką ironią, jest wypaczonym obrazem krzywego zwierciadła. Prawda niech prawdą zostanie. Niech będzie. Nie bój się, nie lękaj się prawdy. Trzeba wyrzucić ją w twarz, wykrzyczeć. Powiedzieć tym. Mieć odwagę w imię prawdy oskarżyć. Morderca zawsze pozostanie mordercą, Mowić tym, którym za mord zapłacono, że są mordercami. Złodziejowi powiedzieć kim jest, a więc złodziejem. I położyć prawdę. Rzucić ją jako coś prawdziwego, dobro najwyższe, motto życia. Nie bójmy się prawdy - bo prawda kłamstwem nie jest. Starczy, starczy. Całą siłą woli powstrzymuję się od dalszego oskarżania, bo obłęd wyjdzie, paranoja. Ale to nie jest oskarżenie. To jest naga prawda, obnażona, bez upiększeń. Ileż to zrobiono w Polsce powojennej, ileż zbudowano w socjalizmie domów, nowych osiedli, fabryk, szkół. Zlikwidowano bezrobocie, zapewniono bezpłatne leczenie. Palców nie starcza. To jest taka zabawa propagandy, wyliczanką zwana. Ale tak tłumaczyć może ktoś umysłowo upośledzony, bez wyobraźni. Czyli bez komuny nie byłoby życia, co? Gruzy zalegałyby do dziś? Nie budowano by? Nie tworzono nowych dóbr, nowych wartości, gdyby powiedzmy istniał w Polsce kapitalizm? Pod rozwagę zostawiam to chełpliwym decydentom. Pod rozwagę pozostawiam stan naszego przemysłu, anarchię finansową, chaos gospodarczy po prawie półwiecznym panowaniu ustroju sprawiedliwości dziejowej z nadrzędną rolą PZPR - partią robotników i chłopów, przewodnią siłą naszego narodu. Na cechowni podniecenie. Odrywam wzrok od zapisków. Dyskutują zawzięcie. Rozchodzi się wiadomość o Bożku. Wiedzą już. Niemniej panuje atmosfera nerwowa. Przebąkuje się o zakończeniu strajku siłą. Radiowęzeł znowu odżył. Na dwa dni wyciszyli go nasi chłopcy. Ale nic, niech mówią. Przemawiał do nas Kluczniok, wzywał do zakończenia strajku. W podtekście odczytałem przestrogę, raczej tak intuicyjnie, zmysłowo. Ale nie mówiłem o tym. Po co zwiększać napięcie. Schodzę do komitetu, porządkuję archiwum. Układam porozrzucany bezładnie materiał, segreguję żeby porządek był, żeby było pod ręką. To tak na wszelki wypadek. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, jak powiada stare przysłowie. No więc dobrze. Odpocząłem trochę od pisania. Pochodzić muszę. Nałykać się świeżego od kilku dni powietrza. Ci od ochrony przyrody i środowiska naturalnego powinni wystawić nam pomnik. Uwiecznić to dla przyszłych pokoleń, ze złoconym napisem u dołu: "W dowód wdzięczności dla strajkujących górników w dniach od 15.08. 1988r. do ... za czyste powietrze, którym mogły oddychać w Jastrzębskim Okręgu Węglowym nasze dzieci. W hołdzie - ludność Jastrzębia? Chodzę więc, pogadałem z chłopakami na bramie, nałykałem się wywalczonego świeżego powietrza. Zrobiło się jakoś wesoło, słonecznie j. Ale zmęczenie jest, usadowiło się na oczach i drwi z mojego dobrego humoru. Nie popuszcza. Dam ci się, myślę sobie, albo raczę; nie dam ci się. Tylko na chwilę usiądę, na małą minutę tylko i koniec.


15.

Stoję w ławce przed nauczycielką. Lekcja języka polskiego. Temat "Pan Tadeusz".

Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił.
Słyszę się, jak deklamuję. Chciałbym załapać się na jakiś dobry stopień.
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz bramie!

Ktoś ciągnie mnie, tarmosi, nie pozwala dokończyć. Co jest? Co to jest? Sen umyka. To Andrzej Półgrosiewicz nie pozwala zasnąć.
- Andrzej - seplenię mu - spałem tylko trzy godziny, spokoju daj chłopie.
Ale on nie przestaje.
- Bożko jest- dociera - Przed chwilą przyszedł.
- Dobra - kiwam już rozbudzony - Dobrze.
Idę. Widzę go na schodach otoczonego naszymi chłopakami. Twarz okala broda, w tle błyszczą okulary. Wita się, ściska wyciągnięte dłonie. Jest "Sto lat". Jest śpiew i radość. Podchodzę ze ściśniętym sercem.
- Nareszcie - mówię - nareszcie bracie z nami. Potrzeba nam ciebie. Marian ciągnie go na podium.
- Chodź przyjacielu przemów, Powiedz do ludzi przyjacielu - mów. Ci starzy, którzy pracowali tu przed 80-siątym znają go. Zdobył ich zaufanie. Był ich autentycznym obrońcą.. Mówi bez zawiłości o swojej sytuacji.
- Nie mogłem być prędzej. Sił nie było. Leżałem w zabrzańskim szpitalu. Wypisałem się na własną odpowiedzialność. Ale byłem z wami przez cały czas, utrzymywałem łączność. Teraz, jeżeli chcecie włączę się aktywnie, będę wam pomagał ze wszystkich moich sił. Bo tylko my sami możemy wywalczyć sprawiedliwość w tym zniewolonym kraju. Tylko my Dołożymy kres represjom i komunistycznemu rozpasaniu. Przesłałem list na KWK "Moszczenica", w którym jasno postawiłem sprawę żądań i słusznych protestów strajkujących. Powiedziałem tam, iż w przypadku nie zrealizowania naszych postulatów wypowiadam otwartą walkę rządowi PRL i ustrojowi komunistycznemu. Jeszcze Polska nie zginęła. Wokół aplauz. On jest twardy. Dobrze, że jest z nami. Schodzimy do pomieszczenia K.S-go. Marian przedstawia cały Zarząd. Oni znają się jeszcze sprzed zawieruchy. Spora grupa solidarnościowców działała konspiracyjnie na "Moszczenicy" już po zawieszeniu Solidarności. Widziałem kilkakrotnie bibułę na dole. Leżała rozłożona, wetknięta pod ociosem albo we wnęce. Różnie. Czytałem to z chłopakami, ale byli wystraszeni, bojaźliwi byli.
- Będziesz mi potrzebny - mówi Bożko - od teraz, od zaraz. Trzeba założyć stałą informację. Ludzie muszą wiedzieć co jest grane, i to nie tylko miejscowi. Zrobimy gazetę.
Siada, rysuje już oprawę plastyczną. To będzie MIS - Moszczenicki Informator Solidarnościowy. Boże, myślę, ten facet to tajfun.
- A ty - zwraca się do mnie - pisz, redaguj to. Trzeba opracować materiały. Tego musi być dużo. Doradza co i jak trzeba pisać, poprawia, w/1^Fka błędy.
- Człowieku, to musi być informacja. To musi być bez pudła. Pisz, pamiętaj w trzeciej osobie - upomina na koniec - Materiał chcę mieć najpóźniej pod wieczór. MIS musi wyjść jutro.
Ten facet mnie coraz więcej zastanawia. Ten ma ciąg. Wybieram ciekawsze tematy. Niech ten pierwszy będzie bez pudła. Niech jest dobry. Siadam tymczasem w tylnym rzędzie ławek. Bożko wzywa łączników, wyznaczy zadania, informuje, ostrzega. Jest ruch, atmosfera się robi. On sam rozgorączkowany, pełen energii i zapału. Ja zabawiam się w redaktora. Chcę, aby artykuły te były pełne ognia, żeby sedno obnażały sprawy. Zagłębiam się w tym coraz bardziej, dobitniej, całkowicie. Bożko pisze zawzięcie, patrzy gdzieś w sufit pochłonięty swoją pracą. Zadowolony jestem. Dwa artykuły mam z głowy. Uważam, że są dobre.
- Zerknij na to Romek - mówię do Bożka. Czyta szybkim, rozgorączkowanym spojrzeniem.
- To jest dobre - mruczy - może być. Prosi o wodę. Wiesz - tłumaczy-wyszedłem ze szpitala z gorączką. Na dobrą sprawę powinienem leżeć, ale jak tu leżeć, jak można chorować w takim okresie. Uciekłem im. Prochy muszę brać, zmieniać opatrunki. To są rany. Odnawiają się od lat. Od czasu przesłuchań, bicia i katowania.
Patrzę na drobną, wymizerowaną twarz i te oczy, które palą się mocnym, niesamowitym blaskiem. Można zdusić człowieka, stłamsić, ale nie można wyrwać jego JA-myślę.
- Przyniosę ci wody Romek, przyniosę sódowy. Jest świeża. Na wniosek Mariana uaktualniamy skład K.S-go. Bożko jednogłośnie zostaje przewodniczącym, Nowak zastępcą, Andrzej Półgrosiewicz sekretarzem, ja człowiekiem od propagandy i redaktorem MIS-u. Roman zarzuca nam brak rozmachu, ślamazarność. Ma dużo racji. Ma całkowitą rację. Jeżeli jestem już przewodniczącym te niech to ma ręce i nogi. Odchodzę do swojego zajęcia. Dużo materiału przychodzi z opóźnieniem, utyka gdzieś po drodze. Mam pismo, którego jeszcze nie czytałem.


Ks. Henryk Jankowski                                                                                 Gdańsk 20.08.88
Proboszcz Parafii św. Brygidy
80-856 Gdańsk

Szczęść Boże Polskim Górnikom

Cała Polska patrzy dzisiaj na "Waszą" dzielną walkę. Strajk przez Was proklamowany stał się sygnałem dla ludzi pracy w całej Polsce, że walka o "Solidarność" wkroczyła w nową decydującą fazę. Nie Ma Wolności Bez "Solidarności"!!! Nie Ma Polski Bez "Solidarności"!!! Wasz strajk jest świadectwem patriotycznej i chrześcijańskiej troski o przyszłość naszej Ojczyzny i jest także protestem przeciw ciasnej i egoistycznej polityce ostatnich 7-dmiu lat, która zrujnowała Polskę - pogrążyła nas w nędzy, zabiła w ludziach nadzieję. Wy tę nadzieję odbudujecie, ażeby Polacy nie musieli szukać chleba pod obcym niebem, żeby nasz kraj pozostał wierny swym narodowym, wolnościowym i chrześcijańskim korzeniom, i żeby Polska Była Polską. Z miejsca narodzin Solidarności przesyłam Warn słowa otuchy i pamięci modlitewnej. Wraz ze słowami Ojca Świętego Jana Pawła II "Bądźcie Silni Wiarą, Nadzieją, i Miłością, A Zwycięstwo Należy Do Was, O Ile Zachowacie Mądrość, Męstwo i Rozwagę". Jestem z Wami w Chrystusie przez Maryję.

Ks. Henryk Jankowski

W pomieszczeniu szum. To łącznicy, Bogdan Krauze, Andrzej Hałabnia i Andrzej Kuczyński. Oni krążą po całym Jastrzębiu, byli chyba na wszystkich kopalniach. Znają wszystkie przejścia, dziury, którymi mogą się prześliznąć niewidoczni dla milicyjnej obstawy. To wspaniali chłopcy. Oni dostarczają mi kolportaż, przenoszą wiadomości, prasę. Robią tu ogromną robotę. Na "Manifeście" jest dwóch naszych delegatów. Są tam od początku Henryk Kryza i Bolesław Nowak. Reprezentują nas tam. Na "Manifeście" jest cały sztab. Należy im się. To oni pierwsi wzniecili iskrę. Dali sygnał. Są działacze, przedstawiciele Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Danka Skorczenko tłukąca się już od lat o powrót do pracy w charakterze praczki przedszkolnej. Z wykształcenia psycholog. Henryk Sienkiewicz, Bogdan Lis, Jedynak. Jest wielu. To ludzie oddani sprawie. To nasi ludzie. Mamy poparcie ze wszystkich zakątków kraju. Łódź, Poznań, Warszawa, Stalowa Wola, Szczecin, Gdańsk. Jest cała Polska. Cała..Bo to jest protest o przetrwanie. To jest "Solidarność", siła narodu. Nasza "Niezależna". Mam zbyt mało czasu na to, na wszystko to co jest wokoło, na to co mnie otacza. Wydaje mi się niekiedy, że to jest sen, coś nierealnego, coś co mnie przewyższa, może ogranicza albo robi coś, co mnie przeraża, wybija z rytmu codziennej rzeczywistości. Ale to tylko złudzenie, miraż zawrotnego reżimu życiowej paranoi. Alchemia pierwiastków tłukących atomy zmysłów na przed progu istnienia albo śmierci, całkowitej zagłady. Kresu obojętności. Jaka jest ciężka filozofia życia, jeżeli chce się ją zgłębić, zrozumieć, posiąść. Wychodzę przed cechownię. Wyczuwa się narastającą nerwowość. Dzisiaj rozbijać będą strajkujące kopalnie, to pewna wiadomość - słyszę przechodząc obok rozgorączkowanej grupy.
- Dlaczego właśnie dziś - pytam.
- Człowieku - wykrzykuje ten od pewnej wiadomości - Mają tyle zomowców, że mogą nas zjeść. Roznieść mogą.
- Pójdziesz ze mną - mówię i ciągnę go za sobą. Po drodze zabieram jeszcze jednego. On również wykrzykiwał o planowanej na dzisiaj interwencji MO. Schodzimy do K.S-go.
- Powtórzcie to - proszę ich. Mówią jeden przez drugiego.
- Szwagra mam w glinie. Przy "Boryni" stoi, to wie chyba. Rozmawiałem z nim, mówił mi.
- Prawda - potwierdza drugi - Mam sąsiada w glinie. Mówił to samo. legitymujemy ich. Są od nas. Trzeba przedsięwziąć jakieś środki. Sprawdzić wiarygodność tych pogłosek. Decydujemy wysłać łączników. Nie mamy możliwości korzystania z telefonu. Wszystkie strajkujące kopalnie odcięte są od łączności. Idą Krauze, Hałabura i Kuczyński. To nasze pewne punkty. Oni są niezawodni. Tymczasem rozładowujemy napiętą atmosferę wśród ludzi. Przemawia Bożko. Uspokaja, tonuje wezbrane emocje. To już późne popołudnie. Końcówka sierpnia, wspaniałe, słoneczne lato. Cóż ja miałem? Tak mało radości. Czasu jeszcze mniej. Tracę codziennie dziesięć godzin, długich, ciągnących się w nieskończoność. Słońce gorące, przyjazne. Tak rzadko cieszyłem się jego widokiem. Zjeżdżałem w ciemną, przewiewną dziurę, pełną wyziewów, pyłu i beznadziejnej nostalgii czarnego złota. Złota, z którego ktoś inny czerpał zyski. Nie ja.
Jest godzina 17°°. Łącznik prowadzi z bramy przedstawiciela MKS wraz z trzema kobietami. Lokujemy ich na cechowni. Nawiązuję rozmowę. Jedna z kobiet to przedstawicielka KPN-Białystok. Grupa Skonfederowana Podlesie pani Stanisława Kowalewicz. Druga to Krystyna Malinowska działająca w Niezależnym Ruchu Ludowym "Solidarność", region Białystok. Obie są miłe i sympatyczne. Jest z nimi młodziutka dziewczyna. To studentka Uniwersytetu Warszawskiego. Po oficjalnym przedstawieniu się porywam je na dyskusję. Interesują mnie ich odczucia, punkt widzenia ludzi patrzących na nasze działanie z perspektywy i ocena naszego postępowania. Rozmowy krążą wokół górniczego strajku. Są zdumione naszą organizacją, odwagą determinacją.
- Popieramy was w całej rozciągłości. To co robicie oceni historia. To wspaniały zryw górniczego śląska. To wielka sprawa. Może na miarę swoistego śląskiego powstania.
Dziewczyny są pełne chęci działania, przepełnione gotowością działania.
- Zorganizujemy wam koce. Przecież wy się rozchorujecie. Spać na betonie jest nieprawdopodobieństwem. Załatwimy swojskie wędliny. Pomożemy, żeby nic wam nie brakowało.
Cieszy to, kiedy ludzie rozumieją nas, służą mądrą radą i pomocą. To raduje. Siedzimy w dużej grupie.
- Śląsk staje się miejscem niebezpiecznym dla jego mieszkańców - podejmuje pani Kowalewicz - Szczególnie dla dzieci. Młodzież odczuwa to najbardziej. Choroby, zwiększona umieralność to skutki całkowitej degradacji śląskiego środowiska. Ochrona środowiska to najbardziej palący problem, szczególnie tu. Południowe wiatry zasilają nas dodatkowo od Pepików. Mają usytuowaną w pobliżu granicy elektrownię.
- Trują nas w imię braterstwa socjalizmu - wtrąca Mirek Ciastowicz -Buduje się kosztem milionów wyciągi w Wiśle, zamiast zagospodarować zalegające hałdy. Zalesić i odgrodzić pasem zieleni od miejskich aglomeracji. Ale widać jest to zbyt trudne, nieosiągalne w socjalistycznym państwie, bo proste i skuteczne. 


16.

Z dyskusji wyrywa mnie Marian Nowak.
- Przyjacielu chodź. Pójdź Tosiek. Jest dziennikarz z Reutera – mówi -Zrobisz mu wywiad.
- Dlaczego ja? - protestuję - Możesz to równie dobrze zrobić ty.
- Idź Tosiek, siedzisz w tym. Wiem, że sobie poradzisz, ty zrobisz to najlepiej.
- Znalazł sobie kozła ofiarnego - mruczę idąc w kierunku bramy. Przy schodach stoją milicjanci i wojsko. Widzę młodego blondyna z notesem w ręku, obok niego stoi dziewczyna. Podchodzę, ściskam wyciągnięte dłonie. Dziewczyna coś tłumaczy. Rojter to agencja angielska - myślę. A ten facet nie wygląda na flegmatyka. Ano cóż wszędzie są wyjątki. On jest tylko obserwatorem, człowiekiem z boku, działającym bez przekonania, emocji, żadnego zaangażowania. To bezwzględny wymóg zawodowy. Chłodna ocena. Jak przekonać tego chłopaka, jak wytłumaczyć, rozpalić jego wyobraźnię, przenieść myślowo i emocjonalnie na płaszczyznę słowiańskiej mentalności.
- Po co ten strajk? Co chcecie uzyskać? - tłumaczy dziewczyna - Czy zarabiacie zbyt mało?
- Strajk nasz jest protestem przeciw istniejącemu porządkowi rzeczy. Nie wysunęliśmy żądań płacowych. Jest głosem narodu, który żąda normalnego, ustabilizowanego życia. Pragnieniem jest czyste powietrze i jasne niebo nad głową. Spokojny sen, bez zmory dnia jutrzejszego. Normalne życie, szacunek, godziwe płace i zapełnione półki w sklepach bez kilometrowych kolejek. Czy to dużo? Czy mało? Pyta o zaopatrzenie w podstawowe artykuły.
- Nie trudno to ocenić. Wystarczy pochodzić po handlu- mówię. Opowiadam o śmierdzącej wołowinie, która cuchnęła na 200 metrów od sklepu, do którego ją dostawili. To było w Wodzisławiu, podaję datę. Dziewczyna tłumaczy. Anglik krzywi się z niesmakiem. Dobrze, że ma wyobraźnię. Kręci z niezadowoleniem głową. Przechodzi do spraw politycznych.
- Trudno będzie ci to zrozumieć. żyjemy na przeciwstawnych biegunach. Ustrój komunistów to paranoja idei bez pokrycia. Hasła, slogany, wyzucie z ludzkiej osobowości, postępująca inflacja, reforma podwyżek, zastój i ogólny zamęt. To wszystko stoi na głowie. Rozumiesz.
- Yes, yes - kiwa ze zrozumieniem głową.
Co ty rozumiesz chłopie - myślę-. Wypieszczony jesteś, wypielęgnowany.
Żyłeś po szkłem. On notuje.
- Komunizm jest obcy naszej naturze i dlatego nigdy nie przyjmie się w polskiej rzeczywistości, tym bardziej, że prowadzi do zagłady kulturowej, gospodarczej, intelektualnej we wszystkich krajach, gdzie próbowano go zaszczepić. Mówię o idei Solidarności, o obowiązku przeciwstawiania się komunistycznemu terrorowi. Tłumaczę, mówię, opowiadam. Ciekawski milicjant podchodzi bliżej. Niech słucha. Nie mam nic do ukrycia.
- Żeby to zrozumieć trzeba tu żyć, trwać w tym zwariowanym kraju. Znosić upokorzenia. Patrzeć na deptanie ludzkiej godności, na lekceważenie praw człowieka. To wszystko składa się na naszą polską rzeczywistość.
Rozpędziłem się iście ekspresowo. Dziewczyna tłumaczy. Temu od Reutera cierpnie ręka, ale jest wytrwały. Nie odpuszcza. Zachodzące słońce odbija się w pożółkłych liściach, razi w oczy. Ciepły wiatr łagodzi rozpalone czoło. Wdycham rozgrzane powietrze. Czy on cokolwiek z tego zrozumiał? Czy pojął?
- Komunizm przyszedł do nas ze Wschodu, z państwa, gdzie idea rewolucji wytępiła całą inteligencję - kontynuuję - pozbawiono się najświetlejszych umysłów, wyrwano korzenie przeszłości, podcięto gałąź intelektualną państwa, pozbawiono tradycji. Chciano stworzyć społeczeństwo idealistyczne, bez obciążeń. Wyszedł zdegenerowany moloch, bez uczucia, pozbawiony miłości i wszelkiej normalności codziennego życia. Dziennikarz od Rojtera zamyśla się. Wiatr łagodnie przerzuca jego długie, jasne włosy. Jestem na cechowni. Dziewczyny z białostockiej delegacji żegnają się.
- Trzymajcie się chłopcy - mówią ciepło na pożegnanie. Odchodzą. Odprowadzamy je. Przechodzą przez bramę. Szkoda. Dały nam namiastkę ciepła rodzinnego domu. Wiarę w przetrwanie, zdopingowały. Zapada zmierzch. Niebo ciemnieje. Czuję na ciele podmuch. Łącznicy nie wracają. Dlaczego? Czyż jest aż tak źle? Wzrasta nerwowość. Chciałbym gdzieś iść, gdzieś daleko. Uciec stąd. Błądzić po górzystych wertepach. Zagłębić w leśny ostęp. Być sam na sam z tajemnicą istnienia. Wyalienować z codzienności. Na cechowni chaos, zamęt, krzyk. Ludzie biegają obok siebie, przepychają. Jest harmider. Zrobiło się piekło. Biegną do szatni przebrać się i wiać, uciekać byle dalej, byle bezpieczniej. Menadżer bryluje.
- Uciekać chłopy, pozabijają nas. Zabiją. Jadą teraz do nas. Rozgromili "Manifest" i "Borynię". Teraz my.
Robi się popłoch. Jest niedobrze. Jest całkiem wrednie. To panika. Widzę chłopaków z zarządu K.S-go. Powinni uspokoić, zaradzić. Biegnę do szatni, tam poszło wielu. Nie można tego tak bezmyślnie rozpuścić, stracić tego bezcennego sukcesu. Trzeba za wszelką cenę utrzymać jedność. Wpadam do szatni. Skrzypią opuszczane łańcuchy. Chłopcy krzyczę
- To jest prowokacja. To tylko pic.
- Pieprzysz - słyszę - Jadą do nas.
- A gówno - wołam - Tacy wy. Wystarczy jeden debil ZOMO krzyknie, milicja, a wy pełne gacie już spieprzacie. Ty nóg nie połam - krzyczę do przebiegającego obok.
- Te bohater dupy nie zawracaj - rzuca w odpowiedzi.
- Ludzie, to zagrywa tylko - wrzeszczę - To heca. Odbity głos powraca, heca, heca, heca dudni w uszach. Nasz człowiek jest na kominie, to 120 metrów. On zobaczy pierwszy. Da znać. Na ucieczkę zawsze starczy czasu. Stoję bezradny w zastraszonym tłumie. Nie myślę co będzie. Lepiej nie. Wyobraźnia narzuca nieoczekiwane scenariusze. Budzi strach. Ja mam go również. Jest we mnie. Schodzę na dół wraz z kilkoma, którzy zrozumieli, a może tylko mniej się boją. Cóż mogłem więcej zrobić. Na cechowni wrze.
- Słup - słyszę - Zwalił się słup wysokiego napięcia. Iskry szły aż pod niebo. Wychodzę przed cechownię. Leży zwalony, wyrwany z betonowej nawierzchni, wywrócony. To tylko oświetlenie - oddycham z ulgą. Podchodzę do rozgorączkowanej grupy.
- On by nas rozwalił - mówi Stasiu Hałat - przygniótłby. Słup leciał prosto na mnie. Obok portierni rozbite szkło. Odwalony róg dachu. Sterczą tylko kikuty stalowych drutów. Widzę małe grupki umykających w stronę płotu. Spoglądam na wysoki kopalniany komin. Na tle nieba miniaturowa figurka Jarka Wacka przyklejona do wyniosłej okrągłości. Nikłe pasemko biało-czerwonej flagi faluje leniwie. Zwołują na cechownię. Andrzej Półgrosiewicz krąży, zgarnia do środka. Ludzi coraz mniej. Nerwowe spojrzenia w stronę drzwi. Łapię zrozpaczone spojrzenie Bożka.
- Opamiętajcie się - słyszę jego głos - Zdecydujemy wspólnie. Trzeba nam spokoju.
Pojedyncze postacie podbiegają do drzwi i giną w ciemnościach sierpniowej nocy. Nie reagują. Podchodzę do stołu, wciskam paletkę stojącemu obok.
- Zagramy - mówię - Może tym rozładuję sytuację - myślę. Trochę normalności, spokoju. Gramy, Odbita piłka skacze nad zieloną powierzchnią stołu. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Niedobrze jest. To nie ma sensu. Podchodzę do Romana. Otacza go spora grupa. Czuję, że za chwilę rozpłynie się to wszystko w anarchii, rozpadnie się atrybut naszej jedności. Bożko wychodzi na schody podium. Jego głos brzmi donośnie.
- Ja nie prosiłem się być z wami. Nalegaliście. Teraz zostanę sam. Jesteście gromadą rozwydrzonych anarchistów, tchórzy dbających tylko o własne dupy. O wygodę i bezpieczeństwo. Znam smak bicia i krwi, która zalewa twarz. Idźcie stąd wszyscy. Zostawcie mnie. Uciekajcie. Nie dorośliście i nic nie rozumiecie. Nic. Wstydzę się, że mogłem przebywać tu razem z wami. Tłum zafalował, przycichł. To był celny strzał. Trafił w dziesiątkę.
- Będziemy głosować - ciągnie dalej - Jeżeli chcecie pójdziemy do domu. Ale tylko tak. Uciekać nie!
Na cechowni jest nas szczupła grupa. Wzniesione ręce mówią same za siebie. Zostaniemy. Patrzę na modlącego się Maja. Klęczy przed drewnianym krzyżem w kącie cechowni, cichy z nisko schyloną głową, pokorny, pogodzony. Łącznicy nie wrócili. Jest 21°°. Przy głosowaniu podjęliśmy decyzję o zejściu na dół, na poziom + - 0000. Liczyliśmy się z możliwością ataku ze strony ZOMO. Więc ewakuacja. Trwa przygotowanie. Ładujemy do wora całą dokumentację strajku. To ważne. Działamy nielegalnie, o czym przekonywały nas środki przekazu. Więc konspiracja. Prowiant w zalegające reklamówki. Dzielimy się obowiązkami. Gorączkowy ruch. Niemniej wszystko przebiega sprawnie. Przychodzi grupa odpowiedzialna za bezpieczeństwo ewakuacji. Włazy awaryjne zaspawane. Użyli łomów. Zjazd szolami wykluczony. Dyrekcja dba o bezpieczeństwo górników. Odcięła nawet wyjścia bezpieczeństwa. Jesteśmy gotowi. Na dworze ciemno. Lśnią tylko pulsujące w mroku żarówki oślepiających rtęciówek. Cała grupa kieruje się do włazu. Schodzę z Andrzejem do pomieszczenia Komitetu Strajkowego. Sprawdzamy raz jeszcze. Nie zostało nic. Ela świadek jest z nami do końca. Na zjazd nie wyraziliśmy jednak zgody. To byłoby dla niej zbyt ryzykowne. Ona jest dla nas symbolem na miarę Joanny D'Arc. To wspaniała dziewczyna. Mogą być z niej dumni jej najbliżsi. Ona ma prawo chodzić z podniesioną głową. Ciemność i cisza zaległa na "Moszczenicy". Pusto. Zabieramy spod krzyży sztandar z napisem "Solidarność" i obraz Matki Bożej Częstochowskiej. "Nie rzucim ziemi skąd nasz ród" - brzmi w nocnej ciszy. Śpiewamy na schodach do cechowni. Śpiew wnika w sierpniową czeluść i ginie gdzieś ponad dachem biurowca. Na cechowni nikogo. Tylko Maj tkwi niezmiennie naprzeciw krzyża, mały, nieobecny w swej łączności z Najwyższym. Podchodzę.
- Józiu - mówię - Czas już. Patrzy niewidzącymi oczyma.
- Ja zostaję - mówi - Przetrwam do końca przed Bogiem. Moje miejsce jest przy Nim!
Odchodzimy. W drzwiach obracam się. Skulona postać pod krzyżem trwa nieporuszona. Idę za Półgrosiewiczem, w ciemności potykam się o wystające żelastwo. Przy włazie awaryjnym kilka osób. Reszta jest już na drabinach. Przekładam obciążające toboły i wciskam się w wąską dziurę włazu. Wydaje mi się, że w oddali słyszę zawodzący głos pulsujących syren. Patrzę na wyskakujące cyfry sekundnika. Jest 21.40. Wnikam w ponurą ciemność podziemia. Schodzimy w ciszy. Spychać tylko przypadkowe odgłosy uderzeń o żelazne drabiny. Drży światło kilku górniczych lamp, które wzięliśmy ze sobą. Drabiny usytuowane są pionowo. Jest niewygodnie. Mam wolną tylko jedną rękę. To istny cyrk. Mięśnie napięte do ostateczności. Liczę mijane przęsła.
- Ostrożnie, ostrożnie - dobiega mnie czyjś głos. Pode mną hałas rozbitej butelki.
- Uważaj do cholery - krzyczy ktoś - Uważaj.
Odpoczywam chwilę na podeście. Znowu dwie drabiny i znowu. Pot płynie po plecach. Czuję go na twarzy. Jestem mokry. Mijamy poziom +- 70m. I dalej, coraz niżej. Każdy krok w dół przybliża do celu, każdy szczebel. Czuję ból w napiętych mięśniach. A jednak dotrwamy. Nieważne ilu nas jest. Ważniejsze, że jesteśmy. Ręka, słyszę krzyk. Czuję ją pod swoim butem, nadepnąłem cholera. Odruchowo podnoszę nogę. Tracę oparcie. Tobół z żarciem ciągnie do tyłu. Chwytam po omacku metalowy szczebel. Oddycham z ulgą. Jest, trafiłem. Zaciskam kurczowo palce. Nie myślę co by było. Minuty ciągną się w nieskończoność, odmierzają mijane drabiny. Wyciskają na ciele kropelki potu. Dziura ciągnie od dołu kopalnianym wydechem. Dochodzimy!
- Jak ręka - pytam.
- W porządku - słyszę w odpowiedzi - Mam ją.
Pod nami światła. To już tam. Dwie drabiny tylko. Stoję dysząc ciężko w przewiewnym podszybiu. Gromadzimy się przy budce sygnalisty. Składamy przyniesioną żywność i wodę. Trzeba się zabezpieczyć. Zablokować dojścia. Ha odpoczynek nie ma czasu, workami z kamiennym pyłem zastawiamy żelazne wrota powietrznej zapory. Bryluje Heniu Pelc. On najlepiej zna ten poziom. Fedruje tu. Siadamy umęczeni pod ociosem. Nie dobiorą się do nas. W każdym razie niełatwo im będzie. Łykam kilka haustów wody z przyniesionej za pazuchą butelki. Rozglądam się po zmęczonych, umorusanych twarzach. Nie widzę w nich pokory. To sami twardziele. Dobrze, że są tacy. 


17.

Przechodzimy do sztolni. Tam jest względnie cicho, nie wieje tak. Cholera, mam zapałki i papierosy. Zszedłem z nimi na dół. Muszę to zniszczyć.
- Chłopaki - mówię - kto ma fajki i zapałki oddawać.
Takich jest wielu. Wrzucamy wszystko do wiader z wodą. Stasiu Hałat miesza zaciekle kawałkiem deski, aż zostaje tylko brunatna, żółta ciecz. Wylewa całą zawartość do ścieku.
- Byłoby - mówi zacierając ręce - z głowy.
Zgromadzone deski używamy do spania na podłodze. Klecimy z tego prowizoryczne leżaki. Rozgrzane ciało stygnie. Robi się zimno, nieprzyjemnie.
- Dobrze byłoby mieć płótno - mówi ktoś - do przykrycia.
- Jasne. Nie wiadomo ile przyjdzie nam tu siedzieć. Czuję dreszcz przebiegający ciało.
- Można to załatwić. Wiem gdzie jest tego masa. Przy okazji zbadamy teren. Zrobimy zwiad na powierzchni.
- To niezłe byłoby. Niech idą. Bądźcie ostrożni - mówię. Wchodzą na pionową stromiznę drabin, znikają w gęstym mroku pionowego tunelu. Zapisuję ich nazwiska. To Antoni Rozkosz z G-20 i Józef Jurasz z tego samego oddziału. Chłopaki kładą się na deskach, wtulają w szczeliny ociosu. Szukam Romana Bożka. Odnajduję go w budce sygnalisty.
- Dobrze że jesteś - mówi - Wybierzemy nowy zarząd. Jesteśmy niekompletni. Zrobisz listę wszystkich chłopaków, którzy tu są. Nazwisko, numer znaczka, oddział i wiek. To na razie tyle, na początek. Wyciągam pomięty, przepocony zeszyt.
Na dole KWK "Moszczenica" strajkują:

1. Zbigniew Mędrowski                   
2. Jan Kliś                                         
3. Czesław Janikowski
4. Marek Grabek
5. Wiesław Żytyński
6. Henryk Pelc
7. Andrzej Nowik
8. Ryszard Krępuszewski
9. Zbigniew Bulik
10. Kazimierz Sienkiel
11. Henryk Dalemula
12. Jan Michalak
13. Piotr Kasperek
14. Eugeniusz Kapuściński
15. Marek Kwiatkowski
16. Andrzej Sokół
17. Krzysztof Białas
18. Dariusz Pietrzak
19. Jarosław Węzka
20. Mariusz Klimczak
21. Jacek Próba
22. Dariusz Bełz
23. Krzysztof Franek
24. Mariusz Nowak
25. Marek Iciński
26. Piotr Muras
27. Grzegorz Kolasa
28. Zdzisław Pająk
29. Mirosław Hasior
30. Andrzej Serwiu
32. Wojciech Kartkowicz
33. Ryszard Malik
34. Dariusz Nowak
34. Ryszard Hara
35. Stanisław Hałat
36. Edward Marcinkiewicz
37. Czesław Pelc
38. Andrzej Włodarczyk
39. Bogdan Murawski
40. Tadeusz Skoczyński
41. Zygmunt Hruby
42. Marian Chrobry
43. Andrzej Głuszek
44. Andrzej Półgrosiewicz
45. Marian Nowak
46. Janusz Ostrowski
47. Ireneusz Szklarski
48. Grzegorz Młyńczyk
49. Stanisław Szczepanik
50. Zdzisław Kuza
51. Wiesław Księżopolski
52. Antoni Kaszak
53. Antoni Rozkosz
54. Józef Jurasz
55. Romuald Bożko

Mam wszystkich wreszcie. Robimy kopię. Trzeba dostarczyć ją do góry, do MKS-u. Brzęczy telefon zawieszony na podszybiu, długo, natarczywie. Podnoszę ciężką, metalową słuchawkę. Cisza.
- Poziom zero - mówię.
Po drugiej stronie ciężki rytmiczny oddech.
- Tu Kluczniok - przedstawia się dyrektor kopalni - Chciałbym dogadać się z wami, porozumieć".
- Nasze bezpieczeństwo - mówię - zostało naruszone. Milicja rozbija strajk siłą. Dlatego zdecydowaliśmy się na okupację dołu.
- Nie przedstawialiście przecież żadnych postulatów - ripostuje Łysy.
- Właśnie - przerywam mu - Dlatego, że legalizacja "Solidarności" nie leży w pańskiej kompetencji. Dlatego. Obok stoi Bożko.
- Dyrektor – mówię- podając słuchawkę.
- Panie dyrektorze tu przewodniczący strajku NSZZ "Solidarność" Romuald Bożko. Jutro zostaną panu przedstawione nasze żądania. Zawiesza słuchawkę na wygiętym uchwycie. W pomieszczeniu sygnalisty tłok. Dyskusja toczy się wokół naszej obecnej sytuacji. Ludzie rozgrzani są jeszcze akcją zejścia na dół. Zdenerwowani.
- Nie dostaną się do nas - twierdzi Heniek Pelc - Wszystko jest jak należy. Nie rozwalą tego. Póki co wystawimy warty na podszybiu.
- Nie zdecydują się przecież na petardy czy strzelaninę - wtrąca Murawski - Kopalnia jest gazowa. Byłby niezły fajerwerk. Ostry, dudniący gwizd telefonu. Nie odbieramy. Niech dzwoni. Stoję nad otwartym zeszytem z notatkami. Uzupełniam. Wiatr przeciągu .gwiżdże w nieszczelnościach zapory. Zawodzi. Gęsto usytuowane lampy rzucają jasny blask na szare podłoże. Oni są w kropce. Ci z dyrekcji. Widzę, że materiały wybuchowe są w zasięgu ręki. Boją się. Wiedzą o naszej determinacji. Nie będą mieli dzisiaj spokojnego snu. Niech pogłówkują. Rozkosz i Jurasz nie wracają. Co mogło się im przytrafić? Może wpadli w łapy wesołych chłopców z ZOMO. Myśli napływają falami. Chyba już nic więcej. Nie, nic więcej nie osiągnęlibyśmy. Na górze groził całkowity rozpad. Byłby upadek naszego protestu. To on, Bożko utrzymał to. Zorganizował. Spowodował, że jesteśmy tu, że trwamy. Jak długo można tu przebywać, w tej podziemnej, przewiewnej norze? Jak długo można narażać na stresy odosobnienia, ryzyka, samotności? Nie wiem. W oddali zza krat szybu przybliżające się migotliwe światło górniczych lamp. Idą do nas. Jest ich kilkunastu. Podchodzą. Szarpią zablokowanymi żelaznymi wrotami okratowanego przejścia.
- Ej wy tam wyłaźcie. Nie macie szans - krzyczy ochrypły głos - No wychodzić póki nie weźmiemy was siłą. No. Wkłada rękę na zablokowane łańcuchami wrota.
- Weź łapę cholero - mówi wartownik - bier pieronie, bo trzasnę. Podnosi do góry żelazny łom. Groźba skutkuje. Od strony zapory są też. Okrążyli nas. Próbują swojej szansy. Podczepili BKS i ciągną. To jednak solidne wrota. Hałas nasila się. Wyzwiska fruwają w powietrzu jak ciężkie, nabrzmiałe deszczem jesienne chmury. Nie reagujemy. Tłuką łomami w żelazne okratowania szybu. Wyładowują swoją niemoc.
- Ochłodzić by ich warto — szepcze Janusz Ostrowski.
Podkręca gumowy wąż do wiszącego obok rurociągu. Teraz. Woda wali szeroką, rzęsistą strugą. Rozpryskuje się na umykających białych postaciach. Stoją już z dala od szybu.
- Powinno im przejść - mówi Kolasa - Na przyszłość grzeczniejsi będą. Wraca dobry nastrój. Wzmacniamy warty i lokujemy się do snu. Jest późno. Biali odchodzą jak zmokłe, rozwścieczone kury. Zostawiają do pilnowania kilku ratowników.
- Ciekawe, czy dadzą nam spokój - zagaduje ktoś. - Nie wrócą. Nie mają szans - odpowiada sobie. W pomieszczeniu transformatorów są dwa telefony - mówię do Romana
- Wyłącz je. Mogą mieć wtyczkę wśród nas. One są niepotrzebne. Ci dwaj wysłani po płótno nie wracają. Może po prostu uciekli - myślę. Zalega ciemność, nagła oślepiająca szczelną zasłoną mroku. Wyłączyli oświetlenie. Za dużo komfortu dla takich jak my. Wszarze. Opracowane artykuły do MIS-a i wykaz nazwisk przygotowane. Któryś z naszych zna ratownika po drugiej stronie szybu. To pewny chłopak - mówi - Można mu zawierzyć. On to dostarczy. Idziemy. Roman tłumaczy mu co i jak komu przekazać.
- Będzie dobrze - szepcze ratownik. Wciska twarz między kraty. - Oni się was boją - szepcie w ciemność - Nie przewidzieli, że zejdziecie na dół. Tam u góry jest szum jak cholera. Łysy obiecał nagrodę za sprowadzenie was do góry. Musicie tu być. Wytrwać, to najważniejsze. Wiatr hula między żelaznymi sztabami. Szarpie połą roboczego drelichu. Jest grubo po północy, chociaż nie czuje się tego bezpośrednio. Ciemność jest wszędzie. Kładę obolałe ciało pod ociosem. Tu jest spokojnie. Nie wieje. Zanurzam się w nicość beztrwania. Przed oczyma zieleń rozległa pól, zapach kwiatów ciągnący od łąk kwiecistych. Zasypiam. Budzi mnie przeciągły gwizd telefonu. Ciemno. Podnoszę ścierpnięte ciało. Mięśnie nóg sztywne, obolałe, drętwe jak protezy. W głębi blask górniczej lampy. Zbliża się , podchodzi do telefonu. To Stasiek Hałat. Wstaję trzymając się chropowatej ściany ociosu.
- Dzisiaj będą dostarczone postulaty - słyszę - nic więcej nie mogę panu powiedzieć.
- To Kluczniok - mówi - Chciał zakończenia strajku.
Robi się ruch. Nadstawiam ręce pod zaworem p/poż. Woda kapie kroplami. Napełnia brudne, umorusane dłonie. Przemywam oczy, twarz. Sięgam ręką głęboko na piersi. To orzeźwia. Szkoda, że nie można jej pić. Gardło boli. Zbieramy się w pomieszczeniu sygnalisty. Jest 25.08.1988r. 6.40 . Rozkładam się w rogu ciasnej kapciory. Pochyleni z Bożkiem nad
-umorusanymi kartkami zeszytu omawiamy tekst. Światło lampy oświetla pokratkowane kartki. Odsłania pisane wyrazy.

Jastrzębie 25.08.

Do Wszystkich Rządów Państw przestrzegających prawa człowieka, Międzynarodowych Central Związkowych Międzynarodowej Organizacji Pracy, do Światowej Organizacji Czerwonego Krzyża, do Mieszkańców świata
Wykorzystaliśmy już wszystkie dostępne nam środki protestu robotniczego. Przez okres siedmiu dni trwaliśmy w swoim słusznym postanowieniu. Presja psychiczna zwiększała się z każdą minutą. Dochodziły wiadomości o brutalnym rozbijaniu kopalnianych strajków przez siły ZOMO. 24, 08. o godz. 22°° zeszliśmy drabinami w dół na poziom +- 0,00. Jesteśmy gotowi walczyć o swoje prawa, aż do zwycięstwa. Naszymi postulatami są:
- Legalizacja NSZZ "Solidarność" na terenie całego kraju.
- Zapewnienie niekaralności i bezpieczeństwa biorących udział w proteście
O spełnieniu naszych żądań prosimy poinformować nas za osobistym pośrednictwem księdza Prałata Bernarda Czerneckiego, jako najwyższego i najbardziej wiarygodnego autorytetu moralnego.
Dokucza nam głód, zimno i brak opieki lekarskiej. Nie mamy żadnych napojów.
Apelujemy do Was o wywarcie presji na Rząd PRL w celu spełnienia naszych żądań. Liczymy na Wasze poparcie.

Szczęść Boże Komitet Strajkowy KWK "Moszczenica"

Bożko zmienia opatrunki. To ropa cieknąca z jego ran. Pamiątka z grudnia 1981r. Pamiętam głos cieknący z radia. Ogłaszam stan wojenny. I nic nie znaczące słowa, socjalizm, za którym stoją jak za żelazną tarczą. I represje, internowania, gwałty w imię ustroju. I ból, płacz i rozpacz milionów. Dobro socjalistycznej Polski jest nadrzędną wartością. I dlatego z całą surowością tępić będziemy zło i anarchię. 13 grudnia 1981r. Ta data będzie hańbą obecnego reżimu. Jest początkiem jego upadku. Chłopaki wołają na śniadanie. Przynoszą w końcu nie mogąc się nas doczekać. Obżeramy się. Dla każdego kromka chleba pociągnięta masłem i 50-siąt gram wody.
- Ostrożnie - śmieje się Andrzej - To musi starczyć do obiadu. Czuję, że z każdą przebytą na dole godziną robię się bardziej tępy, osowiały, nijaki. To brak tlenu i ta ciemność wszechobecna i przygniatająca. W sztolni, gdzie jest umiejscowiona sypialnia ruch. Przewodzi Andrzej Sokół. Wokół niego zawsze jest wesoło, coś się dzieje. To świetny facet. Jest chyba najstarszy z nas. Ma 47 lat, ale nigdy nie widziałem zwątpienia na jego twarzy. Ma gruby, rubaszny głos.
- Komuniści uczą się na błędach - mówi - My musimy na dobrych przykładach. Siadam obok. Kilka zapalonych lamp oświetla szare ściany ociosu. Deski poukładane z boku tworzą rzędy drewnianych pryczy. Sięgam po długopis.

Ciemność
Siedzę. Patrzę na ich twarze. Na twarze ludzi, którzy byli tam
w gęstej ciemności w nieprzeniknionym mroku
poziomu zero.
Czuję bicie ich serc
w umierającej ciszy tąpnięć W nie kończącym się trwaniu
gasnących świateł kopalnianych
lamp.
W beznadziejnym beztrwaniu ślepca
Widzę Was, wy ludzie ciemności
Zrośnięci w czarną bryłę węgla
Widzę Was.

Przy szybie delegacja białych, to ci z dozoru. Próbują dobrać się do nas. Tym razem perswazją. Są grzeczni, dyplomatyczni. Obiecują góry złota. Nie reagujemy. Odchodzą w końcu znużeni własną niemocą. Jest cynk od ratowników, że nasze materiały zostały dostarczone na "Górkę". To dobrze. Znaczy, że wiedzą o nas, że istniejemy, że trwamy. Światło lamp jest coraz słabsze, jarzy się żółtą plamą w ciemnej poświacie kopalnianego mroku. Prowiantu jest mało. Trzeba dozować coraz mniejsze porcje. Obiad minął nijako. Wpatrywałem się w cienką jak bibuła sznytkę. Ale jest dodatek. Kucharze znaleźli pomidor. Podzielili go na 53 porcje. Jest więc witamina. Więc jest dobrze. Godziny ciągną się jak guma. Odnoszę wrażenie jakby czas stanął w miejscu. Nie istniał jakby. Ale radę się da, wytrzyma się. Jak przywyknie to i wisieć piknie. Jest dużo rozmów, dyskusji, sporów. Jest dużo czasu na refleksję, na myślenie. Co wyniknie, jaka będzie konsekwencja, jakie represje. Zwolnią nas zapewne, może wytoczą sprawy karne. Ale czego się bać, czego? Przecież nie można było trafić już gorzej. Takiego syfu jak w kopalni nie ma w żadnym innym miejscu pod słońcem. Czego się bać, że stracisz niewolnicze kajdany, te grosze rzucone jak ochłap jałmużny? Już gorzej trafić nie można. Gorzej już nie. Niech boją się ci co zarabiają miliony miesięcznie. Niech oni boją się utracić ciepłych, miękkich 'foteli. Niektórzy jednak boją się zwolnienia, szczególnie ci z dużym stażem. Mi osobiście tyle zależy na kopalni co kulawemu psu na protezie. Ciągnie mnie do palenia. Organizm domaga się nikotyny. Jak dobrze byłoby rzucić ten nałóg. Wyzbyć się. Przysiadam się obok Hałata.
- Stasiu - zagaduję - jak było z tym rozwalonym słupem?
- Wiesz -mówi - wiesz to był obłęd. Menadżer zwariował. Dopadł dźwigu przy bramie. Uruchomił silnik, odjechać chciał. Podkładaliśmy mu kamienie pod koła. Prykały do tyłu, jak wyrzucone z procy. Nie było rady. Dzięki Bogu że nikogo nie zabił. To cud chyba. Przy wykręcaniu uderzył w portiernię, rozwalił cały rant i zaraz potem w słup. Beton prysł jak zapałka. Zwalił się. Runął może metr od grupy, w której stałem. Ruszył przez plac nie patrząc na ludzi. Uciekali przed nim, jak spłoszone kuropatwy. To idiota. On musi mieć coś z głową.
- Tak, on był niezrównoważony - myślę.
Widzę go jak tańczy wyrzucając do przodu nogi w rytm mówionego wiersza. Menadżer to dziwny facet. Nieopanowany. 


18.

Robi się późno. Układam się między rozłożonymi ciałami w budce sygnalisty. Tu jest cieplej. Za szybą migotliwe światło wartownika odbija się i niknie po ociosie odsłaniając szare strupy otynkowanego przekopu. Nie mogę zasnąć. Wiatr zawodzi żałośnie.
- Święta Miłości Kochanej Ojczyzny. Czują Cię tylko umysły poczciwe -szepczę w myślach - Dla Ciebie zjadłe smakują trucizny. Wyraz Ojczyzna, cóż znaczy teraz? Nic. Został zdefraudowany, zdeptany, zgwałcony, rozbity. Świadomość Ojczyzny nie istnieje. Rządy komunistycznej awangardy zniszczyły pojęcie Ojczyzny, zżarły, jak robaki spróchniałe drzewo. Ojczyzna teraz nie znaczy nic. Kompletnie. Wyzuci zostaliśmy z patriotyzmu względem Ojczyzny, ze znaczenia tego określenia. Dla Ciebie więzy pęta niezelżywe - powtarzam dalej - Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny. Gnieździsz w umyśle rozkosze prawdziwe. Byle Cię tylko wspomóc, byle wspierać. Nie żal żyć w nędzy. Nie żal i umierać.
To jest już następny dzień. Tam na górze pewnie słońce igra promieniami pośród liści. Dźwigam się, wstaję. Gardło boli, dokucza. Nie mam już żadnych tabletek. Wczoraj rozdałem resztę. Inni też nie czują się lepiej. Jeżeli tak dalej pójdzie rozchorujemy się na amen. Chłopaki wystrugali krzyż z deski. Przymocowali do niego obraz Matki Boskiej. Modlimy się przed nim, trochę śpiewamy. To nas jednoczy. Daje wiarę w przetrwanie. Mam dreszcze, zimno. Dużo chodzę, to rozgrzewa. Patrzę na twarz Bożki. Wymizerowana, okolona brodą. Zauważyłem, że krzywi się z bólu przy chodzeniu. Ale nie mówi nic. Nie skarży się. Skończyły się już opatrunki.
- To nic-mówił- Nic to i kładzie papier na ropiejące rany. Śniadanie. Dzisiaj bez witaminy. Chleb krajany coraz cieniej. Racjonalnie, żeby starczyło. Bóg jeden wie, jak długo przyjdzie nam tu siedzieć -w tej cholernej norze. Zauważyłem, że robię się nerwowy. Coś gniecie mnie od środka, rozsadza. Bożko zwołuje zebranie K.S-go. Omawia sytuację. Ocenia ją jako niezłą.
- Musimy - mówi - coś robić, być czynni. Bezczynność zabija, niszczy. Ma oczywiście rację. Na dole pisze mi się gorzej. Nie potrafię skoncentrować się, sprężyć. Umysł jest ciężki, wypalony jakiś. Jałowy. Uzupełniam notatki. To nie może pójść w zapomnienie. Musi przetrwać, aby dać przykład, zrozumienie naszego protestu. Być symbolem naszych dążeń, pragnień, marzeń. Marzenie, cóż to jest takiego? Czy to tylko tęsknota człowieka za imaginacją, za mirażem, którego nie ma? Więc utopia? Nie, my przecież nie marzymy o podróżach wśród gwiazd. Nasze marzenie to stabilne, spokojne życie. Postępujący rozwój naszych wsi i miast, przyszłość naszych dzieci, przyszłych pokoleń. Nie, to utopią nie jest. To nie mrzonki, ani jałowe marzenie. To jest realność. To konieczność, którą musimy zrealizować, choćby przyszło zapłacić cenę najwyższą.
Telefon brzęczy przeciągłą nutą sygnału. To Kluczniok. Przekazał nasz memoriał księdzu prałatowi Czerneckiemu. Chce wiedzieć co planujemy. Pyta o datę zakończenia naszego strajku. Przekonuje. Tak, jemu powinno zależeć na tej posadzie. Nie wiem, czy moja roczna pensja równa się jego miesięcznej. Mam wątpliwości. Myślę, że uzasadnione. Jemu zależy na tej pracy. Ma z niej zysk. On jest socjalistycznym kapitalistą. Zbiera krociowe zyski nie inwestując nic. I władza i chamstwo brutalne nieokiełzanego kacyka. Oni przeważnie są tacy utuczeni na komunistycznej propagandzie. Na bezwzględności haseł. Bezkształtna noc uciska, kładzie ciężar swojej osobowości. Kamienne niebo drażni nieprzebytym mrokiem bezkresu, nieskończoną otchłanią nicości bez początku, bez kolca. Cisza dudni w uszach miliardami głuchoniemych decybeli, przenika bezkresną czeluść i ginie gdzieś na granicy poznania.
Kiedy rozbijali nas w 81-rwszym to było przeżycie. - przywołuję w pamięci głos Filipa. Była ich masa. ZOMO-wcy z tarczami, z pałami, w plastykowych maskach na twarzach. Bożko nakazał ludziom spokój. Byliśmy stłoczeni na cechowni. To był tłum. Teraz to jest nas garść, wtedy, w 81r. było nas dwa tysiące. Weszli na plac. Obstawili wejścia. Wrzeszczeli, żeby powiększyć chaos i grozę. Toporami rozbijali szyby. Cofaliśmy się stłoczeni. Zmieszani wtargnęli na cechownię. Pękały krzesła, łamały się pod naporem ludzkich ciał. Wypędzili nas na zewnątrz, gnali między zomowskim szpalerem. Nie szczędzili pał. To były młode synki. Niewyżyci. Lazłem ciasnym przejściem zniewolony, bity, upokorzony. Gomulaża wyciągnęli z szeregu. Może nie podobała im się jego fizjonomia. Dobrali kilku jeszcze. Zrobili im osobne, osobiste pałowanie. Pamiętają to do dziś. Filip zamyśla się. To okropne było. Nie dziw się, że ludzie pamiętają, że boją się. Czas nie odmierzany dobowym cyklem ciągnie się w nieskończoność. Dławi ciemnością wśród wirującego poświstu przeciągu, gubi poczucie rzeczywistości.
Serce łomoce, jak bieg rozklekotanego parowozu dudniącego na rozjazdach. Coś niedobrego dzieje się z moimi nerwami. Ten kołowrót stresów, jak psychiczna huśtawka kołysze nimi. I ta ciemność. Gęsta, nieomal materialna. To nie jest pustka. Odczuwam ją jak coś namacalnego. Coś co potrafi wyrządzić krzywdę mi i im. Jacy oni są. Każdy jest tym kim jest. Pojęcia gmatwają mi się. A ja jaki jestem? Ja w tym zaklętym kole trwania. Jaką spełniłem rolę w tym beztrwaniu, teraz, w tej chwili, w sekundzie upływającej ciemności?
Jest wiadomość, że ks. Czernecki uzyskał zezwolenie na zjazd do kopalni. Do nas. Czuję serce pod gardłem. Boże mój, może skończy się to już? Może?
W wątłym świetle wyładowanych latarek lśnią wyłupiaste oczy Stasia Szczepanika. Stoi nieruchomo wpatrzony w punkt, w coś czego nie ma, w coś co jest tylko mirażem zmysłów, grą wyobraźni. Niczym więcej. On ma już dość. Brudna maska twarzy ściągnięta grymasem rysów. Jest nieobecny. Jest gdzieś daleko. Może wśród bliskich mu ludzi. Siedzi przy suto zastawionym stole. Tłuszcz kapie po brodzie, wyrywa palcami duże, soczyste kęsy. Albo z dziewczyną jest, albo z żoną. Obnaża ją. Rozpina guziki bluzki. Ma już w dłoniach pełne, jędrne piersi. Ona stoi przed nim pogodzona, gotowa na spełnienie aktu, na pieszczoty. Oczy Stacha płoną w mroku. Patrzy w nieskończoność. Rozglądam się dookoła po leżących bezładnie postaciach. To przygnębiające. Stachu trwa nieporuszony, stoi ze swoimi olbrzymimi, wyłupiastymi oczyma. Stoi. To jest groteskowe, cholernie śmieszne. Nieruchoma mumia. Ogarnia mnie śmiech, orgia wesołości, tajfun, burza. Duszę się w niepohamowanym napadzie. Zatykam usta i prychając wybiegam ze sztolni zachłystując się spazmatycznym śmiechem. Wiatr przeciągu przy szybie orzeźwia. Przytykam twarz do chłodnej, chropowatej ściany ociosu, śmiech uleciał. Chce mi się płakać. Stoję tam długo wtulony w ciemny granit węglowej płyty.
W szoli pojemniki z ciepłą zupą, kawa, kilka bezładnie rzuconych górniczych lamp. To prezent od dyrekcji. Odzew na nasze pismo że głodujemy. Nie można odmówić im dobrej woli. Ale nie ruszamy tego, nie korzystamy. Kto wie, czy nie domieszali nam jakiegoś paskudztwa na sen. Zbyszek Mędrowski jest tego prawie pewien. Nie odczuwamy nawet emocji na widok parującej zupy. Mamy jeszcze swoje żarcie. Wystarczy. Podświadomie odczuwam emocje. To oczekiwanie na ks. Czernieckiego. Nie marnotrawcie swojego życia, które macie jako dar najwyższy dany. Zrobiliście więcej niż można było. Mówię do Was jako kapłan i jako człowiek. Jako przyjaciel. Wyjedźcie razem ze mną dziś, teraz, zaraz. Proszę Was ja ksiądz i proszą biskupi obradujący w Częstochowie. Przynoszę dla Was ich błogosławieństwo i błagam. Milczymy przytłoczeni ogromem argumentów.
- Miejcie poczucie rzeczywistości. Brak pożywienia, witamin, napojów, słońca. Ileż można znieść w tak skrajnych warunkach? Zrobiliście naprawdę wszystko i więcej nawet. Wy nie uciekniecie jak szczury. Wyjedziecie z podniesioną głową i z dumnym, radosnym obliczem. Jak zwycięzcy. Daliście dowód odwagi i męstwa na jakie nie każdy mógłby się zdobyć. Nie jesteście pokonani. Zwyciężyliście Wy. Milczymy. Cisza. Tylko wiatr zawodzi swoją stałą monotonną nutą. Stoję wpatrzony w ciemną bryłę ociosu..Oczy księdza błyszczą, z kącika oczu spływa łza, toczy się po twarzy i spada w marazm kopalnianego pyłu. Protestujemy, próbujemy przeciwstawić swoje argumenty, chociaż wiemy że ma rację. Że wyczerpani jesteśmy fizycznie. Że nerwy, nasza psychika jest na wykończeniu. Że to kres wytrzymałości. Wczoraj wyjechało do góry dwóch. Byli załamani, odurzeni tą ciężką, przygniatającą atmosferą kopalnianej ciszy. Mieli dość. Wiem, że podświadomie każdy z nas marzy o wyjeździe, o słońcu, o dalekim horyzoncie. Kamienne niebo obezwładnia, dławi, zaciska niewidzialnymi dłońmi.
- Proszę księdza chciałbym wyjechać dzisiaj bez względu na to co zostanie postanowione - słyszę głos Stacha Szczepanika. Stoi bezradny, załamany, bez wyrazu. I tylko te oczy rozwarte szeroko, ogromne płoną w ciemności.
- Ja nie zostawię Was tu - głos księdza drży - Jeżeli nie macie litości nad sobą miejcież ją nad swoimi dziećmi. We mnie nie ma pychy i dlatego klęczę przed Wami i proszę.
Głosowanie wypadło za zakończeniem strajku. Wyjazd uzgodniliśmy wspólnie na godz. 11°° 27.08. To przecież już dziś. Jest grubo po północy, śpiewamy. Głos szerokim echem odbija się od ociosu i ginie gdzieś na granicy kopalnianych korytarzy. Nie mogę zasnąć. To nerwy. Myślę o chwili kiedy stanę w ciepłym roziskrzonym słońcem sierpniowym powietrzu. Jest ciepło. Mimo to przeziębiony jestem. Kaszlę ciężko, chronicznie. A więc już wyjazd. Już wyjazd. Czekamy na telefon od dyrektora o spełnieniu naszych żądań tzn. o:
- przekazaniu ks. Czarneckiemu wszystkich protokołów, rozmów i postulatów dyrekcji ze strajkującymi oraz ich odpowiedzi
- zapewnienie bezpiecznego przejścia ludzi oraz nie stosowanie represji względem Komitetu Strajkowego i strajkujących. Stoję wciśnięty w szoli. Wiatr podrywa robocze drelichy, tarmosi, siecze drobnym pyłem zakurzone twarze. Milczymy. Dość było słów. Wyjeżdżamy powoli, z namaszczeniem. Przed powierzchnią zatrzymujemy się kilkakrotnie. To ze względu na wzrok. Na oczy, które muszą przyzwyczaić się światła by nie oślepnąć. Na dworze słońce buszuje milionami promieni. Igra radością sierpniowego dnia. Woda spływa przeźroczystą strugą, łagodzi rozpalone ciało. Cóż za ulga. Stoję długo pod ciepłym bryzgającym prysznicem. Zbieramy się na cechowni. Odmienieni, inni jacyś, radośni. Są wszyscy. Dziennikarz z "Trybuny Ludu" próbuje naciągnąć Bożka na wywiad.
- Pańska gazeta jest pismem PZPR-u - mówi Roman - Byłem kiedyś członkiem tej organizacji. Ale ci z KG zdradzili swoich członków, zaprzedali naród dla prywaty. I dlatego nie będę z panem rozmawiał.
Idziemy rozstawieni w czwórkach w kierunku bramy. Przed nami duży kolorowy tłum. Są znajome twarze, studentki z Warszawy, Wrocławia, Krakowa. I kwiaty czerwone goździki. Orgia czerwieni. Rozdają, wciskają nam w twarde, nabrzmiałe dłonie. I łzy radości że wita ktoś, że pamięta. Że czeka, że jest. "Nie rzucim ziemi skąd nasz ród" brzmi w rozdrganych piersiach.
-Byli z dziennika TV z kamerą - tłumaczy mi znajoma studentka - Chcieli was kręcić. Podpuściłam babki, ruszyliśmy ławę. Stary, spieprzali aż kurz szedł.


19.

Wchodzimy do moszczenickiego kościoła. Idziemy szpalerem do ołtarza. Modlimy się w ciszy, w skupieniu wielkim i nabożnym łącząc z Bogiem swoje nadzieje i troski. Boże, szepczę, daj aby protest nasz nie poszedł na darmo. Spraw Panie, aby kraj ten sprawiedliwością był rządzony, aby miłość, radość i dobrobyt zawitały do domów naszych. O to proszę Cię Stwórco wszechświata, Synu człowieczy.
Udajemy się na plebanię, Gdzie czekają na nas lekarze i ciepły posiłek. Idziemy ulicami Jastrzębia. Ludzie zatrzymują się , patrzą zdziwieni na ten pochód niecodzienny. Ze sztandarem biało-czerwonym i z napisem "Solidarność". I z krzyżem zbitym z kopalnianych desek, z obrazem Panny Jasnogórskiej wydźwigniętym wysoko ponad głowy falującego tłumu. Ogarnia ranie uczucie smutku. Coś uciska, mąci myśli. Nachodzi

Sumienie
Zawitał w powietrzu przeraźliwy świst milicyjnych syren.
Zamarzł
Jak zakrzepłe krople krwi
pamiętnego grudnia
Jak cichnący głos umierającego
protestu
Idę w żałobnym kondukcie
cieni
W milczącym szeregu istnienia
w beznadziejności trwania
Idę
Z wyrwanym strzępem sumienia swojego narodu.

Posilamy się w obszernym pomieszczeniu plebanii. Jest gwarno. Dzielimy się refleksjami. Są wspomnienia, te dalekie i te bliskie, z poprzedniego dnia i odległe, te gdzieś aż z krańca świadomości. Jesteśmy badani przez lekarzy. To wspaniali ludzie. Byli przez cały czas, aby czuwać nad naszym zdrowiem. Dr Janicka z Rybnika, dr Elżbieta Seferowicz. Pełne zrozumienia, ciepła, kobiecości.
Wychodzę przed plebanie w słońce. W ręku ściskam MIS-a. Trzeci numer. A więc narodził się. Jest mimo że byliśmy pod ziemią. Czytam o wizycie ks. Czerneckiego na "Moszczenicy". Na odwrocie list otwarty do górników KWK "Moszczenica" strajkujących pod ziemią.

Drodzy przyjaciele

Uczyniliście dla nas więcej niż mogliście. Wierzymy w Was mocno i pragniemy byście byli z nami jak najszybciej. Natomiast my dołożymy wszelkich starań aby Warn pomóc. Nie wiemy jeszcze dzisiaj jak to zrobić, ale może już jutro będziemy musieli zacząć od nowa. Chyba nic nas przed tym nie powstrzyma. Solidarność zakiełkowała w nas od nowa i nikt już nie zdoła nas poróżnić. Wasza determinacja powstrzymała władzę przed dalszymi krokami, a pozostałym strajkującym załogom dodała otuchy i są Wam bardzo wdzięczni. Spokojnie mogą przejąć cały ciężar walki na siebie. Trzymajcie się! Jesteśmy z Wami Solidarni
Nasz Jest Ten Dzień.

Oby dzień ten nadszedł jak najprędzej, myślę. Na dziedzińcu wszyscy z naszej grupy pomieszani z rodzinami, znajomymi, przyjaciółmi. Jest również ks. Budniok, mówi z uczuciem, oczy ma pełne łez, płacze. Ten sam potężny, zwalisty, którego witałem na moszczenickiej mszy. Mówi o naszej godności, o chwale z jaką opuściliśmy kopalniane ciemności. I o miłości, która powinna łączyć. Żegnamy się. Patrzę po zmęczonych, zamyślonych twarzach. Co nas czeka jeszcze. Na swoim MIS-ie mam autografy wszystkich. To na pamiątkę będzie. Na niezapomnienie. Rozchodzimy się, zostają tylko członkowie Komitetu Strajkowego. Musimy dziś jeszcze dopracować uchwałę i wniosek z pismem do Sądu Wojewódzkiego w Katowicach o zarejestrowanie na terenie KWK "Moszczenica" NSZZ "Solidarność". Kujmy żelazo póki gorące. Więc kujemy w salce parafialnej na Bożka. Kujemy mimo zmęczenia i chęci wyrwania się do domu po dziesięciu dniach osamotnienia. Wykuliśmy. Wychodzimy już w ciemność pokrywającą żółknące liście drzew niewidzialnym woalem zmroku. Jutro spotkamy się znowu, tu na Bożka, w przestronnym piętrowym górniczym kościele na mszy za Ojczyznę. Idę zamyślając się nad wierszem Józia Maja, który mi ofiarował.

Strajk na dole w kopalni "Moszczenica".

Moszczenica jest wybrana
Na świadectwo wszystkim dana
Matka Boża z górnikami na dół schodzi
ta historia dla Was młodsi
Wyjście z dołu zaspawali
bo górników tak kochali
Dozór światło im odcina
bo wybiła ich godzina

Zimno, ciemno im na dole
tak spędzają tam niewolę
z nimi obraz Matki Bożej
głód dokucza coraz gorzej

W smutku były nawet skały
jak górnicy tam cierpiały
Wokół węgla mieli dużo
tam zwycięstwo sobie wróżą

Matka wzywa tam kapłana
by zobaczył jaka rana
Zjeżdża na dół do górników
bo to kapłan robotników

Ołtarz z ludzi ma na dole
poznał krzywdę i niewolę
twarde serca jak te skały
tyle krzywdy ludziom dały

Matka Boża w głównej roli
Chce się przyjrzeć tej niewoli
Ksiądz Czernecki z Matką Bożą
z tej głębiny ich wywożą

Mijane światła reflektorów drażnią wzrok. Czuję się nieswojo jakoś dziwnie, źle. Nie przepadam za rymowanką. Ale ten wiersz zapadł mi głęboko.
Jest słoneczny niedzielny poranek 28.08.1986. Dziś pełna gala. Msza za Ojczyznę. Wychodzę z autobusu. Wmieszany w tłum idę szeroką asfaltową ulicą. Ciepło jest . Słońce wali z góry orgią promieni. Droga prowadzi pod stromą górę, serpentyną. Nieprzerwana wstęga ludzi sunie coraz wyżej jak szeroki kolorowy wąż. Aż niknie gdzieś poza zielonymi konarami drzew. Kościół otoczony okrągłymi basztami daje złudzenie warownego zamku. Z daleka już widzę znajome twarze. Niektórzy w galowych górniczych uniformach. Idziemy do zachrystii. Wszędzie tłok. Czuć potem z rozgrzanych ciał. Jakie to wszystko jest inne ,myślę. Inne twarze tych samych ludzi". Jakie były tam na dole. Widzę je w głębokim mroku, w wątłym świetle gasnących lamp. Tam one były zmęczone, powalane czarnym pyłem kopalnianego przeciągu. Te twarze były znaczone zmęczeniem. Twarze ludzi, którzy przełamali własne słabości. Obudzili swoje sumienia. Wmieszani w tłum są niewidoczni, są tłem tylko. Przepycham się do przodu. My z "Moszczenicy" mamy iść naraz za pocztem sztandarowym. Andrzej Półgrosiewicz ma tekst przemowy. Będzie mówił. Patrzę na białe goździki, które trzymam w ręku. Sam nie wiem kto mi je wcisnął. Dalej za nami ustawiają się delegacje poszczególnych kopalni. Jest ciasno. Wyciągam kartkę z zaciśniętej ręki Andrzeja. Witamy Cię Przewielebny Ojcze Biskupie. Witamy Pasterzu nasz, czytam. Do przodu przeciska się wysoki barczysty mężczyzna. Wychodźta na kościół, mówi. Biskupa nie będzie. Wciskam się między Andrzeja obok Heniek. Pelc z naszymi drewnianymi kopalnianymi krzyżami. Matka Częstochowska patrzy na nas smutnymi od bólu oczyma. Ruszamy powoli. Z tyłu dochodzi do mnie przytłumiony szept. Biskup przyjechał. A więc jednak jest z nami. Wychodzimy. Kościół faluje. Na przodzie czarne górnicze sztandary Wchodzimy na prezbiterium. Stajemy obok ołtarza. Złote blachy tabernakulum migoczą żółtym blaskiem. Spoglądam na Kościół, mrowie głów stłoczone w jedną masę. Stoimy. Reszta delegacji ustawia się przy schodach. Na przeciw ołtarza kwiaty. Wiązanki różnobarwnych kwiatów. Wychodzą księża z szerokich drzwi zachrystii. Biskup. Przy nim ks. prałat Czernecki. To on przekonywał. Wyciągnął z tej cholernej dziury. Przekonywał. Co osiągniecie trwając w ciemnościach i zamknięci, odizolowani. Za wami stoi autorytet kościoła katolickiego, autorytet, któremu jesteście posłuszni. Teraz mówi również. Głos odbija się i znika w zakamarkach świątyni. A Bóg niech prowadzi Was do zbawienia. Wiesz kiedy mamy wyjść? Pytam Andrzeja. Kiwa głową. Patrzę na kwiaty, które trzymam w ręku. Są białe. Jedenaście białych goździków. Czemu właśnie tyle, główkuję. Może to są dni naszego protestu, ale wtedy powinno być ich dziesięć. Nie wiem, doprawdy. Biskup ma narzuconą zieloną szatę ze srebrną nicią winnych gron. Ma silny doniosły głos. Wychodzimy jak skończy-szepcze Andrzej. Ty wręczysz kwiaty.
Docierają do mnie słowa Biskupa: A miłość Pana naszego niech zawsze będzie z nami. Jak ja długo nie byłem w kościele. Tu na Śląsku kilka zaledwie razy. Jest mi żal. Źle mi jest, że straciłem tyle, tak wiele. Nie, nie łączność z Bogiem. Zawsze potrafiłem odnaleźć Go w sobie. Ale pozbawiłem się tej atmosfery przeżywania. Tej ekstazy, pojednania w tłumie. Zaczyna się burza. Kościół napełnia się i śpiewem brzmi, wypełnia wnętrze, Boże coś Polskę, jeszcze potężnieje, wznosi się, wzmaga. Śpiewam, ale czuję że chwyta mnie żal nieokreślony jakiś, dławi krtań. Przerywam, wtulam twarz w białe pąki kwiatów. Boże, szepczę daj mi dość sił, pozwól wytrwać. Modlę się żarliwie, gorąco, długo. Przekażcie sobie znak pokoju. To już prawie koniec mszy. Kiedy to minęło? Ściskam wyciągnięte ręce kolegów. Podchodzi ks. Czernecki. Co z tym przemówieniem? - pytam. Mieliśmy przywitać biskupa. Ksiądz biskup nie chce żadnych oficjalnych przemówień. Wręczycie tylko kwiaty. To wystarczy. Prezbiterium zatłoczone księżmi, ministrantami. Jakiś facet przepycha się do mównicy. Dziękuje księżą, kościołowi za pomoc moralną. Charakteryzuje przebieg strajku na terenie Jastrzębia. Nie zapominajmy o tych, którzy trwają. Pamiętajmy o naszych braciach z "Manifestu". Oni są ostoją i naszą nadzieją - mówi - Strajkują otoczeni milicyjnymi patrolami. Oni jeszcze protestują.

Pętla

Otoczeni niebieską pętlą kordonu trwają
Wznoszą się ponad przeciętność
codziennej nieuchronności
Oni.
Ludzie o gorących sercach
O oczach gniewnych rzucających błyskawice
Oni trwają Liczą mijające sekundy umierającego czasu
Gromadzą grona gniewu
wschodzącej gwiazdy nadzieję życia jutrzenki wolności
Otoczeni niebieską pętlą kordonu, napełnieni godnością wegetacji
Trwają.

Z zamyślenia wyrywa mnie Andrzej. Idziemy. Niosę w wyciągniętej ręce białe kwiaty.
- To symbol - mówię - Ta biel jest intencją naszych zamiarów i naszego górniczego protestu.
- Odmawiajcie różaniec. Módlcie się - szepcze biskup poprzez białe pąki. Patrzy na nasz krzyż. Wciskam mu kartkę z nieczytelnym przemówieniem. Orszak księży wychodzi. Opuszczają prezbiterium wolnym majestatycznym krokiem. W kościele śpiew. Ruch, przepychanie. Silny reflektor razi w oczy.
- To telewizja amerykańska z CNN - wyjaśnia Heniek.
Widzę Bożka jak wskakuje na gzyms schodów. Mówi, wyjaśnia, demontuje wiadomość o opanowaniu przez nas komory materiałów wybuchowych. Prosi o godność, o spokój w imię naszej walki. Aplauz. Faceci z CNN kręcą, uwijają się jak w ukropie. Jest ich dwóch. Młodzi są. To dobrze że oni są, że robią to. Niech pokażą światu nas takimi jakimi jesteśmy. Niech pytają. Ten do Rojtera też był młody, dociekliwy. Tłumaczyłem mu. Czy pojął sens? Nie wiem. Przemawiają kolejni mówcy. Z Nowej Huty i jeszcze ktoś, i jeszcze. Ręce wzniesione ku górze z wyciągniętymi dwoma palcami. To symbol więzi, solidarności. Ktoś intonuje "My Robotnicy Ziemi tej". Robi się szaleństwo. Ile razy śpiewałem to? Wiele, bardzo dużo. I zawsze, za każdym razem ogarniało mnie wzruszenie.
My robotnicy Ziemi tej, my wrzesień pamiętamy.
Przelanej robotniczej krwi zapomnieć Wam nie damy. Wznosi się ponad tłum.
Więc solidarni bądźmy znów, tak nam dopomóż Bóg.


20.

Muszę opanować wzruszenie. Ten z CNN ma mnie na muszce. Niech nie myślą, że jesteśmy męczennikami. Łzy napływają do oczu. Boże, szepczę. Przed oczami okrągły budynek. Kraty. Ciężkie okute drzwi z judaszem po środku. Ogarnia mnie zimno, przenika mróz. Kaka stoi obok. Zaciska dłoń na moim ręku. Dookoła niebieskie mundury. Wpychają za żelazną kratę. Kaka zostaje na zewnątrz. Mocz ciśnie na pęcherz, gniecie. Stoję przed dyżurką. W głębi dwóch strażników.
- A ty skąd skurwysynu - rzuca w moją stronę ten o twarzy debila.
- Czy mógłbym skorzystać z toalety - pytam. Podbiega do mnie, jest blisko. Czuję jego oddech przesiąknięty alkoholem.
- Ty huju - krzyczy mi w twarz - Ty mendo. Wiem, że za chwilę uderzy. Odskakuję do tyłu. Ten z CNN kręci. Przyciska kamerę do ramienia.

Sierpień nam nowym blaskiem był
My chcemy służyć sprawie
By w kraju tam dostatek był
Skończyło się bezprawie.
Więc solidarni bądźmy znów
Tak nam dopomóż Bóg
Tak nam dopomóż Bóg.

Stoję obnażony. Ubranie leży obok na betonowej posadzce.
- No szczyj huju. Odechciało ci się. Lej ty pierdolony wszarzu. No. Nie reaguję. Każe mi się ubierać. Pieniądze jakie mam i przedmioty zabierają do depozytu. Debil dyszy ciężko. Spogląda spod oka, jak rozwścieczony buldog. Idę przed nim. Czekam na jego atak.
- Stój! - rozkazuje. Otwiera drzwi celi. - Tu huju twoje miejsce. Jestem rozbity, załamany nerwowo. Jak można tak traktować człowieka. Jakim prawem. Zabrali mnie razem z Kaką z mieszkania. Wieczorem posłaniec ze szpitala przyniósł telegram. Jan zmarł. Właściciel tej klitki. Mieszkaliśmy u niego prawie dwa miesiące. Kopalnia nie zapewniała mieszkań. W hotelu robotniczym mogłem mieszkać sam. Ja byłem z Kaką. Jana poznałem przypadkowo, był po trzech zawałach. Sam zaproponował mi kwaterę. Kaka zajmowała się kuchnią, zakupami. Ja byłem wykończony po szychcie. Pamiętam bezsenne noce, kiedy kaszel nie dawał mi spać. To on się tak męczył. Miał tylko jeden pokój, obskurny i brudny. Dwa małe tapczany rozwiązały problem. Byłem mu wdzięczny za to. Wdzięczny że przygarnął nas do siebie. Przyjął, Traktowaliśmy go jak ojca. Lubiłem jak opowiadał. Mówił dużo. Słuchałem. Kiedy wysiedlony z rodziną i tysiącami mu podobnych szli gnani przez stalinowskich żandarmów z NKWD na Sybir w 1939 r. Widziałem ich wypuszczonych na łaskę losu, przeznaczonych na śmierć w dzikiej, ośnieżonej tajdze. Widziałem, jak kuli zamarzniętą obcą ziemię, by grzebać swoich bliskich. Łzy nie kapały na ziemię. Zamarzały na twarzach zastygłe Jak różaniec.
Chłopcy z CNN kręcą, przejeżdżają oślepiającym reflektorem po twarzach śpiewających, kręcą. Miedziane oprawy lamp zawieszone pod kopułą kołyszą się poruszane równym oddechem tysięcy płuc. W celi dwóch mężczyzn. Siadam na twardym obrzeżu pryczy.
- To twoja dziewczyna - zagaduje jeden z nich - Widziałem jak was wprowadzali. Oni jej nie przepuszczą stary. Będą się z nią zabawiali przez całą noc.
- Pieprzysz - mówię głusząc niepokój.
- Chłopie, oni tu takie numery odstawiają, że uszy więdną. Wiem coś o tym. Będą mieli dzisiaj bal.
Kościół wrze rozkołysany tłumem. Ręce wzniesione ku górze.
Więc solidarni bądźmy znów
Tak nam dopomóż Bóg.
Leżę na zimnej pryczy. Czuję nerwem każdy dźwięk otwieranych drzwi. Odgłos kroków na korytarzu. Wydawało mi się, że słyszę jej głos. Tak to ona. Trzasnęły drzwi, kroki, hałas jakiś. Judasz rozjaśnia się światłem. Kros patrzy długo, uważnie. Minuty wloką się jak wieczność.
- Za co was przymknęli - blondyn tarmosi mnie za rękę.
- Nie byliśmy zameldowani - odpowiadam.
- Stary, oni teraz zamykają na okrągło. Pierdnąć nawet nie można. Hałas jakiś. Szczęk otwieranych drzwi, podniecone głosy. Zdławiony kobiecy krzyk. Wtulona twarz w szary, zakurzony koc. Nie czuję bólu przegryzionych warg. Nie czuję nic. Tylko serce wali oszalałym rytmem niemocy. Krew spływa między wargami i wtapia się w szarą plamę koca. Patrzę na nieprzebrany tłum. Na ludzi z podniesionymi rękami. Jezus spogląda na mnie z wysokości krzyża śmiertelnym, umęczonym wzrokiem.
Rano wypuścili nas. Kaka stała cicha, załamana, szara. Przytuliła się, czułem drżenie jej ciała i szloch cichy, spazmatyczny. Wieźli nas ośnieżonymi ulicami. Długie godziny przesłuchiwać. Oczekiwanie.
- Muszę iść do pracy - tłumaczę - Jestem górnikiem. Kaka patrzy dziwnym, nieruchomym spojrzeniem. W oczach ma rozpacz. Gładzę rozpalone czoło. Jesteśmy wolni. Wsadzają nas do milicyjnej suki i wywożą. Wysiadamy gdzieś na mieście. Stoję przy ośnieżonej ławce pośród gęstego białego puchu. Kaka łka, zanosi się spazmatycznie.
- To bestia - mówi poprzez łzy - To nie człowiek. Ja nie miałam już siły bronić się. Uciekać. Przychodził przez całą noc. Był coraz bardziej pijany. Gwałcił. Ciągnął po celi za włosy, bił. Kochany, ja nie mogłam już nic. Prosiłam go, błagałam. Śmiał się. Kiedy myślałam że nasycił już swoje zboczenie przychodził znowu. Wpychał rękę w moje ciało. Czuj się jak u ginekologa - mówił. Zatykał usta kneblem, żeby zagłuszyć jęki. Ja bałam się go, bałam, bałam. To bestia. Rzęził. Piana spływała mu między zębami, jak wściekłemu psu. - Idziemy - powiedziałem. Nie możemy tego tak zostawić. Objął ją ramieniem. Pójdziemy do lekarza. A później do prokuratora. Patrzyła przerażona Nie. Ja nie chcę. Boję się. Nie chcę, nie chcę, nie chcę - powtarzała jak w obłędzie. On zabije mnie i ciebie. Mówił to. Proszę. Nie.
- Nie mamy prawa Kaka zostawić tego tak. Oni są po to, żeby bronić nas, ochraniać. A oni w imię prawa i w jego autorytecie depczą naszą godność, gwałcą, zabijają. Patrzyła obłędnym, niesamowitym wzrokiem.
- Nie - szeptała tylko - Nie. Nie. Nie.

Jeszcze nie zamilkł we mnie
krzyk bólu Jeszcze trwa
Jak jęki katowanych ludzi
W aresztach komisariatów
Trwa
Jak spazmy mojej dziewczyny
gwałconej na milicyjnej pryczy
On jest we mnie
Trwa
Bolesną zadrą istnienia
Spływa potem umęczonej codzienności
On. Krzyk bólu Jest we mnie
Trwa.

Ci od CNN kręcą nadal, uwijają się sprawnie między falującym tłumem.

Niech Solidarność będzie nam
Gwiazdą na nowej drodze.
Więc solidarni bądźmy znów
Najeźdźcy ku przestrodze
Więc solidarni bądźmy znów
Tak nam dopomóż Bóg
Tak nam dopomóż Bóg.

Patrzę twardym, zimnym wzrokiem. Nie czuję wzruszenia. Moje serce bije równym, rytmicznym taktem. Bije jak serce człowieka, który poznał prawdę. Jak serce człowieka z kamienia.



 




Antoni Kaszak
powrót »