Relacje


powrót »

Wywiad z Bogdanem Chorążyczewskim, 25 czerwiec 87 rok

Ojciec słuchał radia Wolna Europa i od dziecka we mnie tkwiła niewiara w oficjalnie podawane wiadomości. Po przyjeździe na Śląsk, w 1968 roku miałem 18 lat. Wtedy już zaczęło się coś dziać na uczelniach w większych miastach i dość często kontrolowała nas milicja, z powodu ucieczek studentów. Jeszcze natomiast nie miałem pojęcia, co się dzieje. Zacząłem pracę, jako robotnik. Byłem członkiem klasy robotniczej, ale nie czułem się członkiem klasy rządzącej i już wtedy pojąłem, że to tylko hasła propagandowe. Doszukiwałem się swoich możliwości wpływu na rzeczywistość. Zacząłem słuchać rozgłośni zachodnich i konfrontowałem podawane wiadomości ze stanem rzeczywistym, weryfikowałem je. Zauważyłem, że rzeczywistość odbiega od idei, każdy, kto tylko miał świadomość widział te propagandę. Trzeba było mieć dużo samozaparcia, żeby tego nie widzieć.

Szybko poszedłem do wojska. Służba wojskowa przypadła mi w okresie pierwszego zrywu na Pomorzu, w 1970 roku. Spałem z bronią przy nodze, czekałem na wyjazd do Gdańska, by spacyfikować niemieckich agresorów, którzy się tam rzekomo pojawili. Niedługo potem dowiedziałem się od wujka, co ja miałbym za zadanie wykonać i jakie były rzeczywiste przyczyny tych wydarzeń. To była kolejna konfrontacja, obnażająca ówczesną rzeczywistość.

Potem nastąpiła stabilizacja gierkowska i informacje z zewnątrz były coraz bardziej nasilone. W niezależnych, tajnych stacjach, głośniej mówiło się o niepowodzeniach i „wpadkach” rządu. W tym czasie wybrano też papieża Polaka. Ludzie spotkali się z nim w Częstochowie. Wzrastała świadomość, ze wszystko jest wielką mistyfikacją i zaczęto spotykać się z akceptacją tych wątpliwości nie tylko przez innych ludzi, ale też przez autorytety. Większość z nas nie utożsamiała się z tym systemem. Wystarczyła tylko iskra, żeby to wszystko podpalić. Taka jest moja subiektywna ocena po wielu latach.

Górnicy niechętnie występowali przeciwko władzy, nawet byli jej ulegli. Na Śląsku liczyła się ciężka praca i ona była najważniejsza i zaspokajała większość potrzeb. Mimo oporów machina strajkowa ruszyła także i tutaj.

W 1980 roku pracowałem na KWK „Moszczenica” w Zakładzie Odmetanowywania Kopalń. Uważaliśmy swój oddział za jeden z bardziej normalnych, który nie brał udziału w wyścigach o władzę. Należeli do niego ludzie, którzy potrafili mieć jakieś refleksje i byli solidarni. Wzajemnie się wspieraliśmy i kryliśmy. W tym roku podawane były już oficjalne komunikaty, że na Pomorzu są przestoje pracy. Ale my wiedzieliśmy, że to są strajki. W końcu jednego razu, po wyjeździe z pierwszej zmiany dowiedziałem się na przystanku autobusowym, że stanęła praca na KWK „Manifest Lipcowy”. Odetchnąłem z ulgą, że nie będziemy już najgorzej postrzeganą grupą zawodową w Polsce. Najtrudniej nas było ruszyć z posad. Jak się okazało, jak już ruszyliśmy to ciężko nas było zatrzymać. Po „Manifeście Lipcowym” stawały już wszystkie kopalnie, to była reakcja łańcuchowa. Wydawało się, że w przeciągu kilku dni, a nawet godzin strajkowały już wszystkie kopalnie i przyłączały się inne, śląskie zakłady pracy.

W okresie strajków pracowałem jeszcze na KWK „Jastrzębie”, gdzie często o sprawy ideologiczne kłóciłem się z oddziałowym. Z tego względu przeniosłem się na inny oddział i nie mogłem brać czynnego udziału w strajku, ponieważ nikt mnie tam jeszcze nie znał. Z racji tego byłem biernym uczestnikiem. Pamiętam swój głód wiadomości: stałem w wielkich kolejkach do kiosku, żeby nabyć prasę. Wtedy trwał festiwal „Solidarności”, nie było jeszcze większych podziałów politycznych tego związku. Wtedy nawet mówiono, że nie jest to ruch polityczny. Ale ten festiwal skończył się boleśnie: część kolegów została internowana, uwięziona, część musiała opuścić kraj.

Wziąłem czynny udział w strajkach po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy pracowałem już na KWK „Moszczenica”. Moja żona pracowała na KWK „Jastrzębie”, gdzie była członkiem Komisji Zakładowej, więc też czynnie uczestniczyła w strajku. Dotarła do mnie informacja, jak się skończyły strajki na „Jastrzębiu”. Byłem przerażony i chciałem się z nią jakoś skontaktować. Po części więc wyrzucenie nas z KWK „Moszczenica” przyjąłem jako możliwość odnalezienia żony i upewnienia się, że nic się jej nie stało. Kiedy pojechałem jej szukać zobaczyłem zdemolowaną cechownię, powybijane szyby i ten cały chaos, który tam panował. Moja żona była roztrzęsiona, została pobita, spałowana podczas pacyfikacji. Poczuwaliśmy się do obowiązku dalszego działania.

Odbyło się pierwsze spotkanie „Na Górce”, żona była przejęta swoją rolą. Mieliśmy małe dzieci, więc ustaliliśmy, że ją zastąpię w Komisji Zakładowej. Wszyscy mnie znali i mieli do mnie zaufanie, więc nie było z tym problemu. Nasze działania sprowadzały się do wymiany informacji, drogą ulotek i przygotowywania mszy za ojczyznę. Prężnie funkcjonowała działalność kurierska. Zaczęła się konspiracja i jednocześnie tajna koordynacja wszelkich działań. Chciałem sformalizować naszą strukturę, do której należało około 40 przedstawicieli z kopalń i okolic. Nie było jednak chętnych by stanąć na czele tej organizacji, wszystkich bowiem przestraszył stan wojenny. W tym czasie powstała grupa „Kos” z Lechem Osiakiem na czele oraz inna grupa Romana Bożko. Także Adam Kowalczyk miał swoja strukturę, a każda z nich na swój sposób chciała działać, niezależnie od siebie, ale nie wchodząc sobie w drogę. Współpracowaliśmy wszyscy z innymi grupami z większych miast. Jednym z punktów naszej działalności była pomoc internowanym: materialna i szukanie oraz finansowanie adwokatów. Nie było to łatwe, a naprawdę ważne. Postacią formalną u nas był Jasiu Szczęśniak, który na początku nie był internowany i wokół niego ta nasza organizacja się skupiała. Z czasem i jego internowano.

Z miesiąca na miesiąc ubywało ludzi, ponieważ zamykano ich w więzieniach lub wyrzucano z kraju. Część wyjechała na własne życzenie, jeśli nie chcieli się dalej zajmować działalnością opozycyjną. Dla władzy było to na rękę, że tylu działaczy wyemigrowało. Ale dla nas to było utrudnieniem, ponieważ nie godziliśmy się z tym systemem, a wyjeżdżali ci najbardziej aktywni, posiadający najszersze kontakty. Czyli dla nas, w Jastrzębiu, każdy wyjazd był ucięciem kawałka struktury.

Centrum opozycji istniało w Jastrzębiu „Na Górce”. Zdobywaliśmy informacje z Europy i staraliśmy się jakoś organizować podziemną walkę o wolność. Byliśmy inwigilowani. Wiem, że władza sporo o nas wiedziała. Nie spotykaliśmy się, jako działacze związków zawodowych, ale utworzyliśmy ruch trzeźwościowy i pod tym sztandarem mogliśmy się swobodnie spotykać. Także dla przykrywki stworzyliśmy PTTK, dzięki czemu jeździliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Organizacja była formalnie zarejestrowana, a dawała nam pewne możliwości: jak chcieliśmy jechać na strajk do Krakowa, czy Warszawy lub tajne spotkanie w góry zawsze byliśmy kryci. Chcieliśmy mieć jakieś podparcie formalne. Nie wiem, czy rzeczywiście dało to efekt.

To, co robiliśmy nie mogło być czynnikiem obalenia władzy i dlatego nie byliśmy do końca usatysfakcjonowani, ale na pewno podtrzymywaliśmy ducha lat 80-tych. Nie zniszczono naszych ideałów, cały czas je pielęgnowaliśmy. Niektóre msze za ojczyznę były robione z pompą, przyjeżdżała na nie delegatura różnych organizacji z całej Polski. Było naprawdę wiele osób, a zgromadzenie nas „Na Górce” dawało nam namiastkę wolności. To miejsce było taką enklawą działaczy. Sami też jeździliśmy na delegacje i „transportowaliśmy” nasze idee dalej, propagując dążenie do wolności.

Po zamordowaniu księdza Popiełuszko byliśmy na jego pogrzebie, jako delegacja górników. To była już jawna manifestacja „Solidarności”, ponieważ od dworca już szliśmy z transparentami. Próbowano nas zepchnąć z ulicy na chodnik, ale to był przełom. Śmierć księdza spowodowała w nas przemianę i zrozumieliśmy, że już tak być dłużej nie może. Przyjechało tam wielu ludzi, nawet tacy, których nie podejrzewałem o sprzyjanie ruchowi „Solidarności”: dziennikarze, aktorzy, piosenkarze. Było nas bardzo dużo.

Po tym incydencie zaczęły się pielgrzymki do Częstochowy, byliśmy odprowadzani przez kordony milicji. To także były manifestacje patriotyczne, które często wiązały się z uroczystościami kościelnymi. Byłem jednych z tych, którzy organizowali msze za ojczyznę w Jastrzębiu i innych miastach. Według mnie w tamtym okresie było to jednak za - chciałem zrobić więcej. Ograniczały nas zwłaszcza fundusze. Na działalność wydawaliśmy własne pieniądze, a nie byliśmy wcale bogaczami. To był nasz główny ogranicznik. Czesiu Kopczyński organizował paliwo na kopalni, dzięki czemu mieliśmy możliwość wyjazdu do Warszawy ze sztandarem lub wieńcem, więc to były czasy bardziej partyzanckie.

Cały czas było niebezpiecznie. Ginęli ludzie, w więzieniach ludzie byli katowani. Ale jakoś przetrwaliśmy do roku 1988 roku. Znów powstały ogólnopolskie próby powrotu do strajków. W 1987 roku nastąpiła taka próba na Pomorzu, ale skończyła się fiaskiem, co nie wpłynęło dobrze na nasze nastroje. W ogóle ludzie zaczęli być już zmęczeni samą działalnością podziemną i nieustannymi walkami. Co chwila podejmowane były rożne akcje, które nic nie dawały i nastąpiło ogólne wyczerpanie. Jeszcze jakoś trzymała się „Solidarność Walcząca”, gdzie radykalizowały się grupy młodych. Starsi działacze nie mogli iść bić się na barykady, lata walki, prześladowania i inwigilacje doprowadziły do zmęczenia materiału.

W 1988 roku moje pokolenie, które pamiętało poprzednie strajki wykruszało się. Wszyscy widzieli, że system jest zły, ale część odwracała się od tej rzeczywistości, godząc się nawet na najgorsze warunki, byleby przetrwać. Górników kupiono: książeczkami G, płaconymi niedzielami, 300-procentowymi sobotami. Nie miałem książeczki G i nie pracowałem w soboty, czy niedziele, chyba, że były przymusowe. Ale tak - większość kupowała sobie lodówki, czy pralki. Jednak trzeba pamiętać, że pomału obumierała wiara w radykalną przemianę i ludzie starali się zadbać o siebie i swoje rodziny.

Kiedy 15 sierpnia stanęły kopalnie pracowałem na KWK „Manifest Lipcowy”. To była placówka wiodąca pod względem buntu. Z chwilą, kiedy stanęła praca w mojej kopalni od razu skierowałem się na parafię „Na Górce”. Okazało się, że było tam już wielu doradców Komitetu Strajkowego, a nawet przygotowano dla nich pokoje do noclegów. Powstało tam centrum koordynacyjne. Pojawiły się już znane osoby ze Śląska i z innych regionów Polski, jak: Siemianowicki, Piotrowski, Czartoryski, Skorenko Danka, Michał Tyszkiewicz, Anita Gargas z Michałem. Przyjechało dużo studentów do pomocy technicznej. Jako, że byłem jednym z nielicznych miejscowych, którzy się tam pojawili dostałem zadanie, żeby zajmować się tymi grupami. Oczywiście straszyła nas milicja, ale to już nic nie dało. Wyszedł biuletyn strajkowy. Mieliśmy zaopatrzyć stronę żywieniową i techniczną, a także noclegi. U mnie w domu spała jedna dziennikarka i dziennikarz z angielskiej agencji prasowej. Parokrotnie próbowano ustalić miejsce naszego pobytu i droga do mojej klatki schodowej była nawet obstawiona przez milicję. Chodziło tylko o to, żeby można było ich wylegitymować. Chcieli mieć wszystko na oku. Każdy miał świadomość, że komunizm nadal jest potężną i niebezpieczną maszyną.

„Na Górce” zaczęło się solidne działanie na rzecz strajku – byli tam zagraniczni dziennikarze i informacje szły w świat. Nasze nadwyżki żywności staraliśmy się dostarczyć na kopalnie. W jednej z takich prób zostałem zatrzymany i przesłuchiwany. Uświadomiono mi wówczas, że wielu agentów przebywa wewnątrz kopalni i donosi o przebiegach strajków. To była próba zamykania Okrągłego Stołu. Wizyta Wałęsy na „Zofiówce” i próba zamknięcia strajku na jego żądanie byle kolejnym tego poświadczeniem. Ludzie przygotowali dla niego taczki, został mocno wygwizdany. Ludzie dowiedzieli się, że zbiera się do układu z czerwonymi. Nasza armia była słaba, więc być może Wałęsa miał rację przyjmując wtedy takie warunki. Chyba niewiele można było wtedy ugrać. Ale dotarła do nas świadomość, że komunizm już zgnił i nie było żadnego komunisty, tylko niektórzy jeszcze jak najdłużej trzymali się władzy.

Po zakończeniu strajków wszedłem w skład Komisji zakładowej „Jastrzębie” i zostałem szefem Komisji Węglowej. W tym czasie, złożyło się, że przyjechała żona jednego z działaczy, który był na emigracji i dała mi zaproszenie do Stanów Zjednoczonych. Wahałem się, ponieważ w tym czasie dochodziło do ostatecznych przemian, a jednocześnie kusiły mnie względy ekonomiczne. Pojechałem, spełniając swoje dziecięce marzenia i zobaczyłem mityczną Amerykę. Brałem jeszcze udział w pierwszych wolnych wyborach. Nie było mnie w pierwszym okresie przemian, jedynie żona informowała mnie o przebiegu sytuacji.

Za granicą Bralem udział w wywiadach, prelekcjach i spotkaniach. Polonia była tam bardzo duża i wszyscy żyli naszymi problemami oraz chcieli mieć wiadomości z pierwszej ręki. Na tym skończyła się moja działalność związkowa, udzielałem już tylko informacji o stanie rzeczy w kraju. Po wszystkich wydarzeniach, jakie potem nastąpiły, wróciłem do Polski, jako człowiek niechętny „Solidarności”, zasiadającej u władzy. Przed moim wyjazdem nie było żadnej partii politycznej, a te, które istniały składały się z komunistów. Po powrocie było ich kilkaset, ja sam założyłem UPR w Jastrzebiu. Jednocześnie zaczęły się przepychanki polityczne. Nastał czas prywatyzacji, a nie kapitalizmu. Po wielu latach uważam, że nigdy do niego nie doszło tak naprawdę. Ale zawsze będę pewien, że do wszystkiego trzeba dojść w życiu ciężką pracą

Paulina Krachało, Andrzej Kamiński.
 




Bogdan Chorążyczewski
powrót »